UE powinna jak najszybciej zareagować na dramat imigrantów na morzu

Nasz kryzys
Z polskiej perspektywy kryzys migracyjny na Morzu Śródziemnym może wyglądać abstrakcyjnie. Tysiące kilometrów od nas do Europy próbują przedostać się obywatele państw, których nie potrafimy nawet zlokalizować na mapie.
Twitter

Uciekają z krajów, które trapią kryzysy nie przez Polskę zawinione, gdzie toczą się raczej nie nasze wojny, do biedy których Rzeczpospolita nigdy bezpośrednio nie przyłożyła ręki. Można pomyśleć, że skoro nie nasz kryzys, więc niech z emigrantami wiejącymi z Afryki i Azji borykają się Włosi, Francuzi i bogatsze państwa Unii, które swoją dzisiejszą zamożność i bezpieczeństwo zawdzięczają m.in. kolonialnemu wyzyskowi.

Ale skoro jesteśmy częścią drużyny pod nazwą Unia Europejska, odległy kryzys jest też naszym problemem, także polski rząd, korzystając z naszych podatków, musi się z nim mierzyć . Mimo że w polskiej polityce kwestia ta nie uzyskała nawet marginalnej rangi. Nic tu do powiedzenia nie mają niezawodnie beznadziejni w podobnych przypadkach kandydaci na prezydenta. I to mimo setek ofiar i nieludzkich warunków rejsów, z którymi Unia od wielu miesięcy najzwyczajniej nie potrafi lub nie chce sobie poradzić.

Przestępstwa przemytników

Wiadomo, co trzeba zrobić w pierwszej kolejności, pomocy domagają się Włosi: należy szukać i ratować rozbitków. Krok drugi podpowiada choćby Amnesty International, organizacja broniąca praw człowieka: osobom uciekającym przed konfliktami zbrojnymi i prześladowaniami należy ułatwić dostanie się do Europy (liczącą pół miliarda obywateli Unię na to stać ) – zgodnie z założeniem, że jeśli zostaną objęte opieką międzynarodową albo dostaną azyl, nie powierzą swojego losu przemytnikom ludzi i nie podejmą ryzykownej drogi przez morze. Akurat Polacy, od pokoleń korzystający z często bezinteresownej gościnności nieraz odległych państw, powinni ten argument w rozumieć.

Niestety tu kończą się dobre pomysły. Dodatkowa komplikacja jest i taka, że w łodziach płyną nie tylko obywatele Syrii czy Libii albo innych państw objętych wojną, ale także emigranci ze spokojnej, choć biednej Zambii i podobnych miejsc. Szukając lepszego życia w Europie korzystają z tego, że wobec chaosu libijskiego nieoczekiwanie powstał rynek taniego przewozu osób na Lampedusę i Sycylię. Setki przemytników aresztowano i mnóstwo łodzi przechwycono, ale sposobu na ukrócenie tego dochodowego biznesu nie widać. Szczelna blokada morska odpada – wystarczy, by przewoźnicy podpływali pod okręt, wyrzucali pasażerów za burtę i odpływali, a wojsko czy straż przybrzeżna i tak musi wyłowić ludzi z wody i dowieźć ich na swój brzeg.

Test z przywództwa

Są koncepcje, obarczone oczywistymi wadami, by płacić rządom z Afryki Północnej za to, że zatrzymają chętnych po swojej stronie morza. Może naśladować Australijczyków i nakazywać łodziom zawracać albo korzystając z europejskich okrętów odwozić niedoszłych imigrantów z powrotem na afrykański brzeg? Otworzyć granice na oścież?

W czwartek podczas szczytu Rady Europejskiej przywódcy Unii ustalą, co o sytuacji na Morzu Śródziemnym sądzą. Spośród czterech pilnych kryzysów stojących przed Europą: wyzwań gospodarczych, Ukrainy, Państwa Islamskiego i kryzysu imigracyjnego właśnie to ten ostatni wydaje się względnie najłatwiejszy do przezwyciężenia. Zadaniem szefów europejskich rządów jest zatem przygotowanie i wdrożenie rozwiązania.

Nie musi być tanie, ważne by było humanitarne, skuteczne i długofalowe. Jak ma wyglądać? To muszą wymyślić politycy (i wspierający ich eksperci). Skoro chcą być są przywódcami, niech dalej nie zwlekają i wreszcie podejdą do testu z przywództwa. Po to ich przecież zatrudniamy.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną