Rozmowa z europosłanką Różą Thun o dotkniętym kataklizmem Nepalu

Czarne deszcze i inne nieszczęścia
Gdy mieszkaliśmy w Nepalu, padały czarne deszcze. Ludzie mówili wtedy, że bogowie się złoszczą. Jestem przekonana, że i teraz myślą, że trzęsienie zesłali na nich bogowie – mówi Róża Thun, która przebywała w Katmandu na przełomie lat 80. i 90.
Liczba ofiar w Nepalu może sięgnąć nawet 10 tys. Na zdjęciu Bhaktapur
Bulent Doruk / Anadolu Agency/Forum

Liczba ofiar w Nepalu może sięgnąć nawet 10 tys. Na zdjęciu Bhaktapur

Jeden ze zniszczonych doszczętnie zabytków w Katmandu
Twitter

Jeden ze zniszczonych doszczętnie zabytków w Katmandu

Róża Thun, europosłanka i była szefowa Fundacji im. Roberta Schumana. Na przełomie lat 80. i 90. mieszkała w Katmandu z dziećmi i mężem Franzem, zaangażowanym tam w pomoc rozwojową.
Róża Thun/Facebook/Facebook

Róża Thun, europosłanka i była szefowa Fundacji im. Roberta Schumana. Na przełomie lat 80. i 90. mieszkała w Katmandu z dziećmi i mężem Franzem, zaangażowanym tam w pomoc rozwojową.

Agnieszka Mazurczyk: – Najpierw usłyszeliśmy, że trzęsienie ziemi w Nepalu pochłonęło 2 tys. ludzi, potem była mowa o 5 tys., a teraz liczbę ofiar niektórzy szacują nawet na 10 tys. Jaka była pani pierwsza reakcja na wiadomość o trzęsieniu?
Róża Thun
: – W pierwszej chwili pomyślałam o naszych znajomych, usiłowałam się do nich dodzwonić, napisać mail albo sprawdzić na Facebooku, czy coś piszą. Dopiero teraz, po kilku dniach, zaczynają się odzywać, bo przywrócono internet. Widzę, że wszyscy, do których usiłowałam się dobić, żyją. I to wielka ulga. Ale widzę też, że mieszkają w namiotach, a nie w domach. I jak oglądam relacje z Katmandu, to generalnie wszystko wygląda dość makabrycznie.

Słyszymy o liczbie zabitych, ale w rzeczywistości nie wiadomo, czy podawane informacje są prawdziwe. Nie wiadomo, ilu ludzi zginęło, bo – po pierwsze – nikt nie dociera do mniejszych miejscowości w górach. Po drugie – nawet nie wiadomo, ilu ludzi dokładnie mieszka w Katmandu i jego okolicach, bo tam nie ma dowodów ani jakichkolwiek spisów, więc w sumie trudno oszacować liczbę ofiar. Nikt nie dociera do mniejszych miejscowości poza Katmandu, bo nie ma jak. W reportażach z miejsca katastrofy dziennikarze często mówią, że coś dzieje się 50 km od Katmandu. Tyle że tam o takiej odległości mówi się po prostu, że to 2–3 dni drogi na piechotę od miejsca w którym się rozmawia.

Na pewno mnóstwo ludzi umrze jeszcze teraz, już po trzęsieniu ziemi, wskutek chorób, które się tam pojawią.
W Nepalu zawsze był wysoki poziom żółtaczki czy tyfusu. To się nie zmieniło od lat. Jest też potworne zanieczyszczenie. Na miejscu nie ma kolei, większość towarów przewozi się ciężarówkami z Indii, które jeżdżą na fatalnym paliwie. I tych smrodzących ciężarówek zawsze było dużo, a teraz podobno jest ich jeszcze więcej. Znajomy Nepalczyk opowiadał, że w Katmandu, które leży w głębokiej dolinie, otoczonej górami, jest tak straszny kurz i smog, że teraz tylko przez dwa dni w roku widać Himalaje.

Katmandu jest też totalnie przeludnione. Gdy tam mieszkaliśmy, nie było jeszcze takiego gęstego zaludnienia, więcej ludzi mieszkało w górach. Dzisiaj przez Katmandu przewija się 2,5 a nawet 4 mln ludzi. Nie mieszkają tam na stałe; pomieszkują, przyjeżdżają za pracą albo są w drodze do Indii, nie są zintegrowani z tym miejscem, więc nie dbają o nie.

W Nepalu jest jeszcze jeden problem – brak jakichkolwiek źródeł energii. Ludzie wycinają więc drzewa. I właściwie prawie ich już tam nie ma. Nie ma też więc korzeni, które trzymałyby ziemię i sprawiały, że jest ona zwarta na stromych zboczach. Dlatego teraz, gdy zatrzęsła się ziemia, wiele wiosek zsunęło się po gołych skałach w przepaść. Tam musiały się dziać dantejskie sceny.

W chrześcijaństwie zdarza się, że w takich sytuacjach ludzie zadają sobie pytanie – czym zawiniłem? Co takiego zrobiłem, że spotyka mnie kara? A Nepalczycy jak reagują? Jak sobie tłumaczą spotykające ich zło czy cierpienia?
W Nepalu mieszkają hinduiści i buddyści. Hinduiści nie zadają podobnych pytań. Oni uważają, że taka jest ich karma. Wierzą w reinkarnację i uważają, że jeśli będą dobrze żyć, w reinkarnacji będą szczęśliwi, jeśli źle – to będą nieszczęśliwi. Wiele też zależy od tego, w co się wcielą.

Gdy mieszkaliśmy w Nepalu, padały czarne deszcze. Brały się stąd, że w Kuwejcie paliły się wówczas szyby naftowe. Wiatr przenosił sadzę z tych szybów na wschód, a że była to pora deszczowa, to w Katmandu padał autentycznie czarny deszcz. I pamiętam, że wówczas ludzie mówili, że bogowie się złoszczą i stąd ten czarny deszcz. Przebłagiwali tych bogów. Jestem więc przekonana, że tym razem też myślą, że trzęsienie ziemi zesłali na nich bogowie, bo zrobili coś złego. Tyle tylko, że teraz nawet nie mają jak przebłagiwać tych bogów. Zwykle robi się to, zapalając ogniska albo składając w ofierze zwierzęta, a oni w tej chwili nic takiego nie mogą zrobić.

Przebłagiwanie bogów to jest podejście hinduistyczne. A buddyści jak reagują?
Oni są w ogóle pogodzeni ze swoim losem i przyjmują wszystko tak jak jest. Biorą życie tak, jak się ono toczy. Opłakują zmarłych, modlą się, ale nie ma w nich buntu. Cierpliwie znoszą, co im przynosi los. To nie jest pokora, raczej zgoda. Są w tym wszystkim bardzo godni i spokojni wewnętrznie. W takich sytuacjach jak to ostatnie trzęsienie ziemi ten wewnętrzny spokój bardzo pomaga. Tak jak religijność, tylko taka poważnie pojmowana. A Nepalczycy są szalenie religijni, i to na pewno trzyma ich w wewnętrznym porządku. Europejczycy pewnie łatwo by sobie z tym wszystkim nie poradzili. W tej naszej zachodniej cywilizacji jak coś złego nam się dzieje, to się buntujemy.

Nepalczykom pomaga też pewnie to, że każdą wolną chwilę spędzają na medytacjach. Kiedyś byłam na medytacji przez 12 dni. To była medytacja dla Nepalczyków, ja byłam jedyną osobą z zagranicy. Na miejscu były też dzieci szkolne, które akurat miały ferie i w trakcie tych ferii całe dnie siedziały w kwiecie lotosu, nic nie mówiły, tylko medytowały.

Co można teraz zrobić, żeby im pomóc?
Wobec takiej skali zniszczeń pomoc musi być długofalowa i przewidziana na lata. Przez miesiąc, dwa prawie nic się nie zrobi. Każdy chce pojechać do Katmandu, zrobić sobie fajne zdjęcie, pójść w góry, przeżyć przygodę. Teraz, gdy oni są w tej dramatycznej sytuacji, mam wielką nadzieję, że ludzie ruszą się i sypną groszem. Że powstaną programy pomocowe, bo wszystko trzeba odbudować właściwie od zera.

Czy taka pomoc jest możliwa? Czy na miejscu ktoś tę pomoc koordynuje?
Tak. Tam są zagraniczne organizacje pomocowe, które mają swoje biura i swoich pracowników. Od lat na miejscu działają Amerykanie, Japończycy, Niemcy czy Szwajcarzy. Są też jezuici, którzy pomagają, mają olbrzymie doświadczenie i olbrzymią wiedzę na temat Nepalu. Są organizacje pozarządowe (NGSOsy). Organizacyjnie wszystko jest absolutnie do zrobienia. Muszą tylko pojawić się na to pieniądze.

*Róża Thun – europosłanka i była szefowa Fundacji im. Roberta Schumana. Na przełomie lat 80. i 90. mieszkała w Katmandu z dziećmi i mężem Franzem, zaangażowanym tam w pomoc rozwojową.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną