Świat

Defilada mitów

Kremlowska mitologia

Rosyjska walka z rzekomym fałszowaniem historii nabiera tempa. Szczególnie teraz, w kontekście wojny na Ukrainie i 70 rocznicy Dnia Zwycięstwa. Rosyjska walka z rzekomym fałszowaniem historii nabiera tempa. Szczególnie teraz, w kontekście wojny na Ukrainie i 70 rocznicy Dnia Zwycięstwa. Sergei Fadeichev/TASS / Forum
Zwycięstwo nad faszyzmem, sprzed 70 lat, jest wciąż żywe w zbiorowej pamięci Rosjan. Stanowi zarazem fundament oficjalnej państwowej doktryny i codziennej propagandowej mitologii.
Czy da się walczyć z mitem i jak? Jedni twierdzą, że nie da się walczyć z kłamstwem, używając kłamstwa, a panaceum może być tylko prawda.Rafal Milach/Forum Czy da się walczyć z mitem i jak? Jedni twierdzą, że nie da się walczyć z kłamstwem, używając kłamstwa, a panaceum może być tylko prawda.
Plac Czerwony, 60 rocznica zakończenia II Wojny Światowej.Maciej Jeziorek/Forum Plac Czerwony, 60 rocznica zakończenia II Wojny Światowej.

Rosja obchodzi właśnie 70 rocznicę zakończenia drugiej wojny światowej, którą tam nazywa się Wielką Wojną Ojczyźnianą. Między podmoskiewskim poligonem Ałabino i placem Czerwonym już kilka razy przejechały czołgi, transportery opancerzone, ciężarówki i inny ciężki sprzęt. Moskwianie cierpliwie znosili utrudnienia w ruchu, w końcu chodziło o próby przed defiladą 9 maja. Według oficjalnych zapowiedzi – największą i najbardziej imponującą w historii.

Wielka Wojna Ojczyźniana jest, jak mówią Rosjanie, „święta”. Po rozpadzie ZSRR okazało się, że nic nie łączy ich tak bardzo, jak pamięć o niej. A w zasadzie – o zwycięstwie, bo to jest centralny punkt zbiorowej pamięci. Ten kult triumfu nad nazizmem przerodził się w zbiór dogmatów, który broni się przed głębszą dyskusją. Znalazł się w zestawie mitów, którymi propaganda bombarduje nie tylko swoich obywateli, ale także zachodnich odbiorców.

Mit pierwszy: zwycięstwo było nasze, a Zachód próbuje przeredagować historię

Rosyjska walka z rzekomym fałszowaniem historii nabiera tempa. Szczególnie teraz, w kontekście wojny na Ukrainie i 70 rocznicy Dnia Zwycięstwa. W ubiegłym roku Rosja przyjęła nawet ustawę, która wprowadza (wysokie) kary grzywny lub więzienia za „rehabilitację nazizmu”.

Nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzecza, że wkład ZSRR w walkę z hitlerowskimi Niemcami był decydujący, choć Moskwa tak właśnie próbuje interpretować odmowę udziału wielu zachodnich liderów w uroczystościach. Tymczasem jest ona protestem wobec polityki Rosji na Ukrainie i bezprawnej aneksji terytorium sąsiada. Przez plac Czerwony przedefiluje armia, która zbrojnie zajmowała Krym, a później walczyła w Donbasie.

Dawni zachodni alianci muszą się zastanowić, czy Rosja nadal świętuje to samo zwycięstwo. Obecność na trybunie honorowej 9 maja byłaby jednoznaczna z podpisaniem się pod reanimowaną sowiecką wersją historii. Rosja nieustannie oskarża innych o próby jej przeredagowania według politycznych motywacji, choć sama właśnie to robi.

W listopadzie 2014 r. Władimir Putin ostatecznie zrehabilitował pakt Ribbentrop-Mołotow, twierdząc, że nie było nic złego w tym, że ZSRR nie chciał walczyć i próbował zapewnić sobie czas na przygotowanie się do wojny (a Polska słusznie dostała za swoje za udział w rozbiorze Czechosłowacji). Sądząc po tym, że Putin nie zająknął się nawet w sprawie tajnych protokołów do paktu, według jego wykładni sojuszu Stalina z Hitlerem oficjalnie nie było. Tymczasem ZSRR przez niemal dwa lata w najlepsze współpracował właśnie z Hitlerem – razem z nim okupował ziemie sąsiadów i represjonował ich mieszkańców. Dzisiaj przypominanie o tym to „rehabilitacja nazizmu”, bo jest równoznaczne z umniejszaniem roli ZSRR w zwycięstwie nad Niemcami.

„To jest nasze zwycięstwo” – powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, odpowiadając na pytania o słabą reprezentację zachodnich sojuszników na tegorocznych obchodach. Rzeczywiście, w rosyjskiej propagandzie zwycięstwo jest coraz bardziej „nasze”. Wystarczy posłuchać Putina: „Ilu ludzi zginęło w Wielkiej Brytanii? 350 tys.? A w USA około pół miliona, od 350 tys. do pół miliona, to wszystko. To bardzo dużo, to straszne, ale to nie jest 25 mln, które stracił Związek Radziecki”. Wygląda na to, że ZSRR w zasadzie poradziłby sobie bez sojuszników. Także rola np. Ukraińców, według Kremla, też nie była aż tak istotna. W 2010 r. Władimir Putin powiedział, że Rosjanie poradziliby sobie i bez nich.

Mit drugi: współczesna Rosja walczy z faszyzmem

Władimir Putin: „Na Ukrainie buszują siły neonazistowskie, które terroryzują cywili”. Wiktor Janukowycz (już po ucieczce do Rosji): „Faszyści przejęli władzę na Ukrainie”. Siergiej Ławrow: „Europa już od wielu lat zamyka oczy na odrodzenie ruchu faszystowskiego”. Według pełnomocnika rosyjskiego MSZ ds. praw człowieka Konstantina Dołgowa w ciągu ostatnich kilku miesięcy na Ukrainie bataliony neonazistów metodycznie mordowały cywili, przy biernej, a nawet zachęcającej postawie Zachodu.

Fakt, że na Ukrainie partie nacjonalistyczne z kretesem poległy w wyborach – najpierw w majowych prezydenckich, a następnie w październikowych do Rady Najwyższej, kremlowska propaganda nie tylko wyparła z własnej przestrzeni medialnej, ale nawet przekonała sporą część zachodnich publicystów i ekspertów, by tego nie zauważyły.

Rosyjska propaganda skutecznie pożeniła tu dwa mity. Pierwszy: na Ukrainie rosną w siłę środowiska nacjonalistyczne i neonazistowskie. Drugi: Rosja ma prawo, a wręcz obowiązek zwalczać odradzający się faszyzm. Rosja walczy jednak bardzo wybiórczo. W marcu w Petersburgu odbył się zjazd ultraprawicowych i neonazistowskich organizacji z Rosji i z całej Europy, organizowany przez partię Rodina, której nieoficjalnym patronem jest Dmitrij Rogozin, wicepremier Rosji ds. obronności.

Z kolei rok temu, gdy opozycyjna telewizja Dożdż zapytała, czy poddanie Niemcom otoczonego przez nich w 1941 r. Leningradu mogło zmniejszyć liczbę ofiar (w czasie 2,5-letniego oblężenia miasta głód zabił co najmniej milion ludzi), do jej siedziby wkroczyli śledczy prokuratury, a Rogozin był w chórze tych, którzy żądali zwolnienia dziennikarzy. Nagonka na telewizję przebiegała pod hasłem „obrazy uczuć weteranów i świętej pamięci o wojnie”. Neonazistowscy działacze z Rosji i Europy, i to zaledwie kilka tygodni przed 70 rocznicą „świętego” zwycięstwa, uczuć tych już nie obrazili.

Oficjalna Rosja utrzymuje bliskie kontakty ze skrajną prawicą w Europie. To nie tylko Front Narodowy Marine Le Pen, ale też węgierski Jobbik, austriacka FPO, grecki Złoty Świt, belgijski Vlaams Belang, bułgarska Ataka. Ich liderzy są zapraszani do Moskwy na występy w Dumie, wykłady na uniwersytetach, spotkania z politykami różnego szczebla.

Po tych kontaktach z europejską skrajną prawicą i po słabej reakcji na aktywność rodzimych radykałów widać, że Kreml używa zarówno ideologii, jak i historii instrumentalnie. Faszystami są nie ci, którzy głoszą skrajnie prawicowe hasła i, co gorsza, wcielają je w życie, ale ci, którzy głoszą opinie niewygodne dla Moskwy. Rosja nie walczy z faszyzmem, ale walczy z tymi, których uważa za wrogów. Dla wygody nazywa ich po prostu faszystami.

Mit trzeci: zmiana władzy na Ukrainie to robota Ameryki

Ukraiński Majdan był spiskiem kierowanym z Waszyngtonu. „Formalnie opozycję wspierali głównie Europejczycy, ale my doskonale wiedzieliśmy, że prawdziwymi dyrygentami byli nasi amerykańscy partnerzy i przyjaciele. To oni pomagali w przygotowaniu nacjonalistów, oddziałów bojowych” – powiedział ostatnio kolejny raz Władimir Putin. To oficjalnie obowiązująca interpretacja dotycząca ukraińskich wydarzeń na przełomie 2013 i 2014 r.

Dla Rosjan, zarówno dla władz, jak i większości obywateli, siła sprawcza społeczeństwa jest wykluczona jako taka (chyba że chodzi o Krym i chęć przyłączenia się do Rosji). Na ulicę można ludzi wyciągnąć tylko za pieniądze. Być może doświadczenia z własnego podwórka i wieloletnia praktyka organizowania akcji poparcia dla rosyjskich władz odcisnęła tak silne piętno na tamtejszych liderach, że rzeczywiście szczerze wierzą w moc zachodniego spisku.

Pomimo że Władimir Putin podobno o amerykańskim spisku wiedział, jak dotąd nie przedstawił dowodów na swoją wersję. Skupiono się zatem na potępieniu radykalizacji protestów (była faktem) i „przewrocie nacjonalistów”.

Ten „niekonstytucyjny przewrót w Kijowie” to obowiązkowy punkt każdej prawdziwie rosyjskiej wypowiedzi.

21 lutego 2014 r. prezydent Janukowycz i jego oponenci w obecności trzech europejskich szefów dyplomacji i przedstawiciela Rosji podpisali porozumienie. Najważniejszy punkt dotyczył przerwania działań siłowych oraz powrotu do ograniczającej rolę prezydenta konstytucji z 2004 r. Rada Najwyższa Ukrainy od razu przegłosowała przywrócenie starej konstytucji („za” było m.in. 140 członków Partii Regionów). Prezydent Janukowycz miał ją podpisać, ale wyjechał do Charkowa. Według niego i Rosjan – w obawie przed pewną śmiercią z rąk majdanowców. Nazajutrz, właśnie z Charkowa, poinformował, że nie podpisze ustawy. Niedługo potem „zniknął”, by po sześciu dniach odnaleźć się w Rostowie nad Donem.

Jeden z głównych zarzutów Rosji to niewypełnienie przez opozycję ustaleń tego porozumienia. Kto dziś pamięta, że przedstawiciel Rosji Władimir Łukin nawet nie złożył pod nim podpisu? Rosja żąda więc realizacji postanowień dokumentu, którego sama de facto nie zaakceptowała i prawdopodobnie – gdyby Janukowycz nie uciekł z Kijowa – do dzisiaj uważałaby go za nieobowiązujący.

Nowe władze – przez Rosjan z upodobaniem nazywane faszystowską juntą – postępowały zgodnie z ukraińskim prawem na tyle, na ile pozwalała im na to sytuacja. Prezydent w związku z ucieczką został pozbawiony stanowiska, powołano rząd tymczasowy (poparty przez 371 z 417 głosujących), p.o. prezydenta został przewodniczący Rady, rozpisano wybory, potem kolejne. I jedne, i drugie odbywały się w czasie, gdy na południowym wschodzie kraju trwała wojna.

Wytykając Ukraińcom wszystkie możliwe błędy i żądając od nich wzorcowych zachowań, Rosjanie skutecznie odwracają uwagę od tego, że to ich polityka sprowokowała kryzys na Ukrainie. To oni wymusili na Janukowyczu odmowę podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE, anektowali Krym, a potem wzniecili wojnę w Donbasie. Zachowują się jak ktoś, kto wywołał pożar, a potem stanął obok i krzyczał na strażaków, że nieudolnie go gaszą.

Mit czwarty: Krym i Kosowo to to samo

Władimir Putin i rosyjskie MSZ wielokrotnie powtarzali, że na Krymie wydarzyło się dokładnie to samo co w Kosowie. Referendum i aneksja były, zdaniem Moskwy, zgodne z prawem międzynarodowym. W obu punktach Rosjanie nie mają racji.

Natowską operację w Kosowie w 1999 r., dokonaną bez sankcji Rady Bezpieczeństwa ONZ, przeprowadzono po uprzednim podjęciu dyplomatycznych prób przerwania serbskich czystek etnicznych na Albańczykach. Rosja była wówczas przeciwna interwencji. Wcześniej jednak sama uczestniczyła w próbach uregulowania kryzysu i podpisała się pod rezolucją ONZ, stwierdzającą zbrodnie na cywilach.

Nie da się tego powiedzieć o Krymie. Rzekome zagrożenie dla jego rosyjskojęzycznych mieszkańców ze strony „neonazistów” z Kijowa było zmyślone, podobnie jak sami „neonaziści”. Ani władze autonomicznej republiki, ani Rosja nie podjęły żadnych inicjatyw na szczeblu międzynarodowym, by takie zagrożenie udowodnić, same nie przedstawiły też żadnych faktów. Władimir Putin i ten zarzut potrafi odwrócić tak, by zdemaskować „cynizm” Zachodu i swoją własną szlachetność. „Rozumiem, że mieliśmy czekać, aż poleje się krew?” – pytał w ubiegłym roku.

Rosja lubi też powoływać się na decyzję Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze z 22 lipca 2010 r., która głosi, że kosowska deklaracja niepodległości z 2008 r. nie była nielegalna, ponieważ prawo międzynarodowe nie zabrania takich deklaracji. Warto jednak zwrócić uwagę, że Kosowo ogłosiło niepodległość (głosowaniem parlamentu) osiem lat po natowskiej operacji, a zanim do tego doszło, było międzynarodowym protektoratem (z udziałem Rosjan) i uczestniczyło w próbach uregulowania konfliktu. Krymskie referendum odbyło się pod lufami rosyjskich karabinów (dzisiaj Rosja już nawet nie zaprzecza, tylko wyjaśnia, że było to podyktowane względami bezpieczeństwa) i nie było monitorowane przez społeczność międzynarodową, bo za taką nie można uznać grupki skrzykniętych przez Moskwę radykałów z różnych krajów, również unijnych. Od rosyjskiej wojskowej operacji zajęcia Krymu do referendum minęło około dwóch tygodni. Dwa dni później doszło do ogłoszenia aneksji. Przed referendum krymskim władze (kontrolowane przez Rosję) nie podjęły żadnych prób negocjacji z Kijowem.

Putin używa argumentu, że nie przelano ani kropli krwi. Można to odeprzeć jego własną bronią: „Potrzeba ofiar, żeby udowodnić, że coś jest nielegalne?”. Moskwa, na Krymie broniąca prawa narodów do samostanowienia, do dzisiaj nie uznała niepodległości Kosowa (uczyniło to dotąd ponad sto państw). Kosowo nie było anektowane przez żadne państwo.

„Moskwa nigdy nie gwarantowała integralności terytorialnej Ukrainy” – powiedział z kolei w jednym z wywiadów premier Dmitrij Miedwiediew. Najwyraźniej zapomniał, że w 1997 r. oba państwa podpisały dwustronny traktat o przyjaźni i współpracy, który stanowił m.in. właśnie o gwarancji integralności terytorialnej obu państw. Rosja uzasadnia agresję i aneksję troską o losy rzekomo prześladowanych mieszkańców rosyjskojęzycznych na Krymie. Tymczasem od pierwszych chwil tej operacji rozpoczęła prześladowanie innej mniejszości – Tatarów krymskich, którzy nie chcieli podporządkować się nowej władzy.

Rok później bilans tej działalności to kilkunastu porwanych i zabitych przeciwników nowej władzy, groźby i zastraszanie, ponad 10 tys. emigrantów, zakaz wjazdu na półwysep dla krymskotatarskich działaczy politycznych, paraliż medżlisu i jego stopniowe zawłaszczenie przez prorosyjskich przedstawicieli mniejszości krymskotatarskiej, a także zamknięcie ich mediów, ważnego nośnika tradycji i kultury. Przestał nadawać nawet kanał z bajkami dla dzieci – najwyraźniej w jego działalności również Moskwa dopatrzyła się jakichś zagrożeń.

Mit piąty: NATO otoczyło Rosję

Innym mitycznym zagrożeniem, któremu Rosja swoim działaniem „zapobiegła”, była wizja „natowskich wojsk w Sewastopolu”, przemieszczanie natowskiej infrastruktury ku granicom Rosji i próby przymuszenia państw Europy Wschodniej do wstąpienia do Sojuszu.

Rosja zarzuca Sojuszowi, że złamał obietnicę złożoną jakoby w 1990 r., że nie będzie rozszerzać się na państwa Europy Środkowej i Wschodniej. Gdyby taka obietnica miała miejsce, musiałby zostać sporządzony dokument zatwierdzony przez wszystkie państwa członkowskie. Istnieniu podobnych ustaleń zaprzecza nawet były sowiecki i rosyjski przywódca Michaił Gorbaczow.

Kolejny zarzut to niezgodne z porozumieniami z Rosją budowanie infrastruktury wojskowej w pobliżu jej granic i umieszczanie tam stałych sił wojskowych. Abstrahując od faktu, że właśnie ze względu na obawy niektórych zachodnich liderów przed „drażnieniem” Rosji stałe siły wojskowe nie były umieszczane na wschodniej flance, zarzut ten jest bezpodstawny.

W podpisanej w 1997 r. umowie NATO-Rosja zapisano, że Sojusz będzie realizować swoje zadania raczej bez „dodatkowego stałego stacjonowania znaczących sił bojowych”. Może jednak do niego dojść w przypadku obrony przeciwko groźbie agresji, prowadzenia misji pokojowych, a także ćwiczeń wojskowych.

Decyzja o utworzeniu tzw. szpicy, czyli sił natychmiastowego reagowania, nie jest sprzeczna z tą umową. Zaś sama decyzja o ich utworzeniu nie wynika z „ekspansjonistycznych ambicji” Sojuszu, a jest reakcją na zagrożenia stwarzane przez Rosję. Przede wszystkim jednak porozumienie, które dotyczyło „obecnego i przewidywalnego środowiska bezpieczeństwa”, nie jest umową międzynarodową, ma charakter politycznej deklaracji, którą zresztą Moskwa złamała jako pierwsza.

W 1997 r. Moskwa zobowiązała się do „powściągliwości w rozmieszczaniu sił konwencjonalnych w Europie”, co w oczywisty sposób pogwałciła, wprowadzając wojska na Krym i do Donbasu. Zadeklarowała też „poszanowanie suwerenności, niepodległości i integralności terytorialnej wszystkich oraz ich niepodważalnego prawa wyboru środków zapewnienia własnego bezpieczeństwa”.

Warto dodać, że NATO respektowało „pozablokowy” status Ukrainy, gdy został on wprowadzony przez prezydenta Janukowycza (nie bez wpływu Rosji). Moskwa natomiast z uporem twierdzi, że Kijów powinien ten status – zniesiony w grudniu 2014 r. – przywrócić, bo obecna sytuacja „zagraża jej bezpieczeństwu”.

Czy da się walczyć z mitem i jak? Jedni twierdzą, że nie da się walczyć z kłamstwem, używając kłamstwa, a panaceum może być tylko prawda. Inni mówią, że rozum jest bezsilny wobec absurdu. Jeszcze inni, że mit można zwalczyć tylko za pomocą innego mitu. Peter Pomerantsev, autor głośnej książki o mechanizmach rosyjskiej propagandy, uważa, że jej sukces opiera się na zwolnieniu ludzi z krytycznego myślenia, dlatego jedynym skutecznym antidotum jest właśnie takie myślenie.

Autorka jest analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Polityka 19.2015 (3008) z dnia 05.05.2015; Temat tygodnia; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Defilada mitów"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

Hiroszima i Nagasaki – trauma Japonii

Ameryka przeczytała opis skutków zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę dopiero w rok po fakcie. Dla Japończyków to symbol narodowego męczeństwa. Wolą jednak nie rozpamiętywać, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tragedii.

Adam Szostkiewicz
06.08.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną