Jak żyć w erze zagrożeń: prawdziwych i zmyślonych?
Tadeusz Późniak/Polityka

Przyleciałem do Sydney niedawno, w trakcie „zimy stulecia”. Wszyscy mówili o niej w mediach. W ciągu dnia było 10 stopni Celsjusza, choć w górskich okolicach spadł nawet śnieg. Dwa dni później było już 20 stopni i ze spokojem mogłem chodzić po ulicach tego uroczego miasta. Nikt już nie groził klęską żywiołową.

Podany przykład pokazuje, że wszystko można zrelatywizować i łatwo zmanipulować definicją zagrożenia. Polakowi przyzwyczajonemu do siarczystych mrozów australijskie zmartwienia wydadzą się zabawne. Jednak w Sydney problem brano bardzo poważnie, bo większość mieszkań nie ma ogrzewania i część flory nie jest w stanie przetrwać nawet porannych przymrozków.

Dyskusje na temat zagrożenia zawsze opierają się na jakiejś prawdzie. Problem tkwi w ocenie skali zagrożeń i w używaniu ich dla określonych celów gospodarczo-politycznych. Na propagandzie w tej kwestii zawsze ktoś zarabia. Mam na myśli nie tylko media, ale też przemysł i polityków.

Za każdym razem, gdy zbliża się fala zachorować na grypę, lobby farmaceutyczne krzyczy, że trzeba kupić drogie szczepionki. Za każdym razem, gdy Rosja coś nabroi, lobby wojskowe upomina się o nowe samoloty i czołgi. Rządy poddawane są presji, by wydawać pieniądze na szczepionki, a nie np. na pensje pielęgniarek, sale operacyjne czy medyczną profilaktykę. Podobnie musi zdecydować, czy wydać na wojsko, czy na szpitale albo szkoły. Czarne przepowiednie czasem się sprawdzają, a politycy z reguły nie chcą brać na siebie ryzyka.

Jakiś czas temu Polska dobrze zrobiła, nie kupując przeciwgrypowych szczepionek, ale przy następnym ataku grypy może mieć dużo mniej szczęścia. Konia z rzędem temu, kto jest w stanie przewidzieć zachowanie Rosji w najbliższych latach.

Mistrzem w manipulowaniu zagrożeniami jest obecny rząd Australii. Niedawny kryzys finansowy dotknął Europę i Amerykę, ale w niewielkim tylko stopniu Australię. Tutejszy wzrost gospodarczy w ostatniej dekadzie był dużo wyższy niż w Niemczech, i tylko Szwajcaria cieszy się wyższą stopą życiową niż Australia. Jednak liberalno-konserwatywni politycy i dziennikarze rozpętali histeryczną kampanię w sprawie kryzysu, akcentując mocno potrzebę systemowych reform, by ratować kraj przed krachem. Zastraszeni obywatele usłyszeli, że jak najszybciej należy uwolnić firmy od rządowych regulacji, zliberalizować rynek pracy, obciąć świadczenia socjalne i ograniczyć prawa związkowe. Słuchając tych argumentów, miało się wrażenie, że Australia jest Grecją.

Podobną kampanię zagrożenia rozpętano wokół imigracji pod hasłem: Australia jest pełna. Ciekaw jestem, jak zmierzyć, czy Australia jest pełna. Na jednym kilometrze kwadratowym w Australii mieszkają średnio trzy osoby, w Holandii 498 osoby, a w Singapurze prawie 8 tysięcy. Jeśli jest kraj, który spokojnie może przyjąć więcej imigrantów, to jest nim Australia, nie tylko z uwagi na jej rozmiar, ale też bogactwo. Pod wpływem antyimigracyjnej histerii stało się jednak na odwrót. Nie tylko zaostrzono przepisy imigracyjne, ale wprowadzono wojskowe patrole na morzu, a nawet przekupiono biedne rządy malutkich państw na Pacyfiku, by „gościły” odprawianych tam przez Australię przybyszów.

Oenzetowski raport na temat potwornych warunków w tych obozach dla uchodźców zlekceważono, podobnie jak raporty o tonących łodziach z uchodźcami. Rząd nawet wydrukował plakat mający na celu odstraszenie potencjalnych imigrantów, który przedstawiał mały statek na wzburzonym morzu z napisem: „Nie ma szans, by Australia stała się Twoim domem”. Innymi słowy: czeka cię śmierć, jeśli spróbujesz dotrzeć na naszą wyspę w nielegalny sposób.

Obecny rząd Australii nie tylko wyolbrzymia zagrożenia, ale też często, dla zrealizowania swego partykularnego interesu, świadomie je pomniejsza. Tak jest w kwestii zagrożeń dla środowiska naturalnego. Umierająca rafa koralowa w stanie Queensland jest światowym symbolem zmian klimatycznych, przy czym największe szkody dla australijskiej natury przynosi rozbudowany przemysł wydobywczy. Dlatego poprzedni, laburzystowski rząd postanowił wprowadzić „zielony” podatek od dochodów kopalni. Dochody takich firm wydobywczych jak BHP, Hancock Prospective czy Rio Tinto są astronomiczne. BHP ma roczny dochód przekraczający 15 miliardów dolarów.

Oczywiście ten podatek nie przypadł do gustu bogatym właścicielom kopalni i ich partyjnym zausznikom w konserwatywnej partii liberalnej. Wybory w 2013 roku były głównie głosowaniem za lub przeciw temu podatkowi. Uruchomiono wtedy ogromną maszynę propagandową przekonującą Australijczyków, że problemy ochrony środowiska są zmyślone, a problemy przemysłu wydobywczego są rzeczywiste. Po zwycięstwie wyborczym liberałowie nie tylko znieśli „zielony” podatek, ale zaczęli likwidować subsydia państwowe dla instytutów badawczych zajmujących się problemami środowiska naturalnego. Niektórzy poszli dalej i rozpętali kampanię mającą zdyskredytować dorobek naukowy obrazujący szkodliwe skutki rujnowania środowiska. Powstał ogromny „przemysł” niszczenia naszej wiedzy i robienia obywatelom wody z mózgu.

Manipulowanie zagrożeniami to nie tylko australijska specjalność. Zresztą Australia jest dużo lepszym krajem od wielu innych, nawet pod rządami premiera Tony’ego Abbotta. We współczesnym świecie przeważają zagrożenia globalne, a nie lokalne, co oznacza, że wiemy o nich stosunkowo niewiele. Media dają nam informację o różnych zagrożeniach, ale informacja to nie to samo co wiedza. Gospodarcze i polityczne grupy interesu wykorzystują nasze lęki dla swoich celów. Musimy mieć się na baczności i odróżniać prawdziwych od fałszywych proroków. Przede wszystkim dużo i z różnych źródeł czytając.

zielonka.blog.polityka.pl

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną