Świat

Tweetowładza

Jak się uprawia politykę w serwisach społecznościowych

Nakręcony z okazji Dnia Prezydenta śmieszny film z Obamą w roli głównej obejrzały 23 mln. Nakręcony z okazji Dnia Prezydenta śmieszny film z Obamą w roli głównej obejrzały 23 mln. Twitter
Bez mediów społecznościowych nie można już być ani prezydentem, ani papieżem. W sieci zrodził się nowy rodzaj polityki. A także inny, trywialny wymiar klęski.
Premier Indii Narendra Modi też postawił na nowe media. Na Twitterze śledzi go już 11 mln osób.materiały prasowe Premier Indii Narendra Modi też postawił na nowe media. Na Twitterze śledzi go już 11 mln osób.

Artykuł w wersji audio

Frank Underwood, cyniczny bohater serialu „House of Cards”, zmanipulował dwie partie polityczne, potężny związek zawodowy, amerykańskie media, pół Białego Domu oraz samego prezydenta USA za pomocą... telefonu komórkowego. Użył esemesów, tweetów, postów i odrobiny staromodnego ręcznego sterowania, by zdobyć fotel w Gabinecie Owalnym. I choć to tylko political fiction, kariera Underwooda doskonale ilustruje przełom w polityce. Stare sformułowanie „informacja to władza” właśnie nabrało nowego znaczenia.

W 2007 r. konta na Twitterze nie miała ani jedna głowa państwa. Założył je sobie wówczas dalekowzroczny senator z Illinois. Dziś profil @BarackObama śledzi 56 mln ludzi (absolutny rekord wśród polityków, choć aż 86 proc. szefów państw należących do ONZ ma już swoje konta). Liczba obserwatorów wciąż wzrasta, m.in. dlatego, że profil polecany jest automatycznie każdemu, kto dołącza do serwisu.

Wizerunek bezpretensjonalny

Dla przyszłego szefa Białego Domu zarezerwowano już oficjalny profil @POTUS (skrót od ang. President of the United States). Nie wiadomo, czy z niego skorzysta. Mądrość podpowiada raczej, by wzorem Obamy założyć prywatne konto i prezentować nieoficjalny, bezpretensjonalny wizerunek. Bo gdy za rok podsumowywany będzie dorobek 44. prezydenta USA, jednym z jego największych osiągnięć z pewnością okaże się wpływ na usieciowienie globalnej polityki, przebudzenie młodego elektoratu i zaangażowanie ludzi w demokrację.

Premier Indii Narendra Modi uczy się od najlepszego, ale ma też osobiste ambicje. Niedawno uruchomił własną aplikację, którą w ciągu tygodnia pobrało 100 tys. osób. Dzięki niej można śledzić podróże i spotkania premiera, dowiedzieć się, z kim właśnie je śniadanie, komu podarował ręcznie robione siodło, i obejrzeć, jak w Międzynarodowym Dniu Jogi ćwiczy z 35 tys. ochotników w centrum Delhi. Aplikacja zawiera kanał radiowy, sekcję biograficzną, a nawet osobiste wiadomości od premiera. Wszystko to jest dostępne w kilkunastu indyjskich językach, a także po angielsku, mandaryńsku, francusku czy rosyjsku.

Za tworzenie treści dla premiera Indii odpowiedzialny jest 20-osobowy zespół pracujący w czterech pokojach w głównej siedzibie Indyjskiej Partii Ludowej. Pomagają im setki ochotników – entuzjastów Modiego. Premier Indii jest prekursorem: kraj ma słabą infrastrukturę informatyczną i powolne łącza, a celem Modiego jest uczynić z Indii cyfrową potęgę.

Modi to powtórka ze społecznościowego fenomenu Obamy, tyle że realizowana w kraju, w którym tylko 25 proc. społeczeństwa (280 mln osób) posiada dostęp do sieci. W Indiach jednak już co czwarty młody czerpie informacje polityczne wyłącznie z mediów społeczościowych i urządzeń mobilnych. Dlatego poza tradycyjnym pielgrzymowaniem i wiecowaniem Modi postawił na nowe media i technologie: od cyfrowych hologramów wyświetlanych na wsiach, przez aktywne profile społecznościowe, aż po zabawne selfie.

To drugi taki – po Obamie – szef państwa, w którego przypadku można mówić o realnym przełożeniu internetowego entuzjazmu i klikania na polityczną rzeczywistość. Wyjątkowe jest i to, że Modi stale umacnia swoją obecność w sieci – na Twitterze śledzi go już ponad 11 mln osób. Pod tym względem jest na trzecim miejscu wśród przywódców, po Obamie i papieżu Franciszku, który pisze w dziewięciu językach do 16 mln ludzi.

Od czasu do czasu Modiemu udaje się przeskoczyć papieża. Np. w kwietniu, gdy wybrał się do Chin. Kilka dni wcześniej założył konto na Weibo – chińskim odpowiedniku zakazanego tam Twittera. Najpierw został zasypany wrogimi wpisami, ale gdy zamieścił tam selfie z roześmianym premierem Chin Li Keqiangiem, ton nagle się zmienił. Nie dość, że zdjęcie ukazujące wyszczerzonego komunistycznego przywódcę, na co dzień sztywniaka, obiegło świat z podpisem: „Dwóch prezydentów, którzy wspólnie rządzą 1/3 ludzkości”, to posypały się pytania, czemu Li nie ma konta na Weibo. Chiny to też jedyny kraj w grupie G20, który nie posiada oficjalnego profilu społecznościowego.

W Afryce z mediami społecznościowymi najlepiej radzi sobie Paul Kagame, prezydent Rwandy, którego obserwuje blisko milion osób. Jest on też liderem aktywności – odpowiada na prawie wszystkie komentarze. Na Bliskim Wschodzie prym wiodą królowa Rania z Jordanii i król Arabii Saudyjskiej, a w Ameryce Łacińskiej najlepiej radzą sobie prezydenci Meksyku, Kolumbii i Brazylii – śledzi ich ok. 4 mln osób, oni też publikują najwięcej na świecie, bo średnio 70 komunikatów dziennie.

Internet stał się doskonałą przestrzenią do manifestowania dobrych stosunków. Modi nie zwołuje już konferencji prasowych i rzadko udziela wywiadów. Zamiast ogłaszać ocieplenie na linii Delhi-Islamabad, opublikował gratulacje dla pakistańskiej drużyny krykieta. Z japońskim premierem ShinzoŻ Abe połączył go nawet „twitterowy romans”. Modi po wizycie w Tokio pisał: „Nie sposób wyrazić słowami wielkiej gościnności premiera @AbeShinzo”. Japończyk rewanżował się: „@NarendraModi. Wspaniale się z panem rozmawiało. Nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w Tokio i zacieśnienia naszej przyjaźni”.

Błyskawiczna krytyka

Media społecznościowe mają jednak też to do siebie, że krytyka dosięga polityków błyskawicznie i bezlitośnie. Gdy Modi podczas wizyty w Bangladeszu pogratulował premier Hassinie, że twardo walczy z terroryzmem, „pomimo bycia kobietą”, internauci ośmieszali go jako seksistę i bigota. Wątek oznaczony jako #PomimoByciaKobietą zgromadził tysiące komentarzy, zdjęć i filmów. Przykłady: „Jak może pan używać sformułowania #PomimoByciaKobietą, skoro Indie miały wybitną kobietę premiera?” albo „#PomimoByciaKobietą Marie Curie zdobyła Nobla z fizyki i chemii”. Analitycy wytykają Modiemu, że w sieci brak mu poczucia humoru i refleksu, a internet wymaga szybkich reakcji.

Mistrzem tych ostatnich wciąż jest Obama, który zjednuje ludzi szczerością. Jego profile pokazują prawdziwe zainteresowania: NBA, muzykę Bacha i The Fugees oraz „Ojca chrzestnego” czy „House of Cards”. Nawet teraz, u schyłku drugiej kadencji, Obama potrafi wyzwalać wielkie emocje. Z okazji Dnia Prezydenta pozwolił nakręcić śmieszny film ze sobą w roli głównej – robi na nim „wszystko to, co robimy, gdy inni na nas nie patrzą”, a więc: pozuje przed lustrem na twardziela w okularach przeciwsłonecznych, wystawia język, robi sobie zdjęcie z użyciem selfie stick (uchwytu do autoportretów z telefonu). Film obejrzało 23 mln ludzi.

Sferą, w której cyfrowa aktywność realnie zyskuje na znaczeniu, jest też dyplomacja. I choć kluczowe decyzje wciąż zapadają przy stołach negocjacyjnych, Twitter stał się nieodzownym narzędziem utrzymywania bieżących stosunków między głowami państw, misjami dyplomatycznymi i ministrami spraw zagranicznych. Według raportu „Twiplomacy” z marca 2015 r., konta w serwisie mają 4100 ambasad oraz 172 głowy państw.

Najaktywniejsi są Chorwaci i Brytyjczycy, ale polski MSZ jest już na czwartym miejscu, bo śledzi konta aż 157 ambasadorów. Co ciekawe, najpilniej obserwowanym profilem (380 tys. śledzących) jest ten założony przez rosyjskie przedstawicielstwo przy NATO. Świat już wie, że ważnych, w tym najgorszych wiadomości, należy wypatrywać na Twitterze.

W UE funkcjonuje nieformalna cyfrowa sieć kontaktów, dzięki niej dyplomaci mogą publicznie wymieniać się informacjami lub prowadzić prywatne konwersacje, zamiast wysyłać oficjalne noty. Najlepsze sieciowe notowania ma oficjalne konto Downing Street oraz prywatny profil premiera Włoch Matteo Renziego. Natomiast Angela Merkel została w tyle – ona jedyna w grupie przywódców G7 nie ma własnego profilu. Dobrze wypadają liderzy z naszej części Europy, szczególnie ci, którzy piszą osobiście, jak prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves, który nie boi się ani dowcipu, ani ostrego języka. Aktywna i popularna jest norweska premier Erna Solberg, a pierwszą trójkę zamyka Donald Tusk, który sprawnie przeplata poważne i nieformalne komunikaty, szczególnie odkąd rezyduje w Brukseli. Czasem pisze o futbolu, czasem jednoczy się z Ukraińcami (i wtedy publikuje po ukraińsku), a czasem po prostu żartuje i czatuje z internautami.

Tusk jest wśród polskich polityków wyjątkiem. Większość z nich traktuje bowiem media społecznościowe jak obowiązek i grzeszy brakiem wyczucia. Konta prezydenta Andrzeja Dudy czy premier Ewy Kopacz wieją oficjalną nudą i niezrozumieniem sieciowego dialogu. Na całym świecie politycy dzielą się na tych, którzy autentycznie angażują się w nowe media, i tych, którzy zlecają ich prowadzenie sztabom uważnie kontrolującym treści. Ze strachu przed wpadkami stosują autocenzurę, a w efekcie nie korzystają z indywidualnej, spontanicznej natury nowych mediów.

To nie jest już gadżet

Wyborcy coraz śmielej traktują internet jako kluczową przestrzeń, w której polityczne spektakle się nie tyle ogląda, co współtworzy i weryfikuje. Osobiste konta i profile wielu polityków mają już więcej widzów niż najważniejsze gazety i stacje telewizyjne. Podczas ostatniej kampanii prezydenckiej wielu młodych Polaków włączyło telewizory tylko raz, by obejrzeć pierwszą debatę Komorowski vs. Duda i móc komentować ją w sieci – wspólnie i na żywo.

Media społecznościowe dawno przestały być gadżetem dla młodych, są już podstawowym narzędziem uprawiania władzy na najwyższym szczeblu. Bo wszystko, co ważne, zaczyna się w sieci. Dzięki Twitterowi z zamkniętej sali wysyłane były w świat informacje o postępach w nuklearnych negocjacjach z Iranem. Tak król Hiszpanii powiadomił o abdykacji, a prezydent Malezji – o tym, że samolot kursu MH370 spadł do oceanu. Tam też można było zobaczyć uścisk dłoni Obamy z Raulem Castro. Tam wreszcie Hillary Clinton powiadomiła, że będzie ubiegać się o fotel prezydencki. Ma niewielkie szanse dorównać ekscytującemu i lajkowanemu Obamie, ale sposób, w jaki rozpoczęła kampanię, potwierdza, że od sieciowej polityki nie ma odwrotu. W cyfrowym morzu trzeba nauczyć się pływać.

Polityka 38.2015 (3027) z dnia 15.09.2015; Świat; s. 52
Oryginalny tytuł tekstu: "Tweetowładza"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Demonstrancie, pokaż twarz!

Zakazy zakrywania twarzy podczas demonstracji mnożą się nie tylko w państwach autokratycznych, ale też na Zachodzie. Czy możliwa jest demokracja bez anonimowości?

Jędrzej Winiecki
15.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną