Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

Egoiści kontra technokraci

Trump, Corbyn: politycy dla rozczarowanych

Jeremy Corbyn, nowy szef brytyjskiej Partii Pracy. Jeremy Corbyn, nowy szef brytyjskiej Partii Pracy. Mary Turner / Getty Images
Neomaoista Jeremy Corbyn i anarchokapitalista Donald Trump to – wbrew pozorom – reprezentanci tego samego wyborcy, który bardziej niż o rządzenie martwi się o czystość własnego sumienia.
Donald Trump, czołowy kandydat na republikańskiego kandydata do Białego Domu.Robyn Beck/AFP/EAST NEWS Donald Trump, czołowy kandydat na republikańskiego kandydata do Białego Domu.

Gdyby szukać dziś na Zachodzie polityków najbardziej odległych od siebie światopoglądowo, konkurs mogliby wygrać Donald Trump i Jeremy Corbyn. Pierwszy z nich to czołowy kandydat na republikańskiego kandydata do Białego Domu. Drugi jest nowym szefem brytyjskiej Partii Pracy. Są jakby z dwóch światów. Trump odzieżowo celuje w klimaty Las Vegas i przemieszcza się własnym odrzutowcem, Corbyn wygląda, jakby spał w ubraniu, i porusza się własnym rowerem. Amerykanin wszędzie poza USA widzi wrogów, Brytyjczyk wszystkich chciałby przytulić, w tym niektórych dyktatorów. Trump jest brutalny i bezczelny, Corbyn – grzeczny i spokojny, wręcz eteryczny.

Tych dwóch to jednak para politycznych bliźniaków, a równoległe i niespodziewane przyspieszenie w ich karierach nie jest dziełem przypadku.

Obaj są przedstawicielami skrajnych nurtów politycznych, które w dość nieoczekiwany sposób weszły niedawno do wielkiej polityki, choć wcześniej traktowano je z politowaniem, jeśli nie z dozą humoru. Trump, jedyny w swoim rodzaju anarchokapitalista, prowadzi w sondażach wśród najpopularniejszych polityków amerykańskiej prawicy. Z kolei Corbyn, samozwańczy „neomaoista”, który 30 lat przesiedział w tylnych ławach laburzystów jako element folklorystyczny, miesiąc temu w głosowaniu na szefa tej partii zdobył ponad 60 proc. głosów, deklasując innych kandydatów.

Choć obaj mówią po angielsku, ich zakresy percepcji w zasadzie na siebie nie zachodzą. Corbyn chce ścigać takich bogaczy jak Trump. Ten z kolei proponuje zniesienie opodatkowania przedsiębiorstw. Odkąd Brytyjczyk przejął władzę w Partii Pracy, obiecuje wielką krucjatę przeciwko międzynarodowym korporacjom. Corbyn chce również ciąć wydatki na obronność, a Trump każdemu wrogowi Ameryki grozi bombardowaniem. W skrócie: plutokrata i trybun ludowy. Strach byłoby ich zostawić w jednym pokoju.

Różnice między nimi są jednak względne. „Gdyby z ich przekazu odjąć zawartość merytoryczną, to obaj pochylają się nad oburzonymi i przekonują ich, że są w stanie zatrzymać świat i powiedzieć »wysiadam«” – pisze w „Financial Times” Philip Stephens. Obaj są głosem protestu, obaj stanęli na czele buntu wobec elit. Hasło Trumpa? „Take your country back” (Odzyskaj swój kraj). Corbyna? „Your wealth is being stolen from you” (Kradną ci twoje bogactwo). Mogliby się nimi spokojnie zamienić. I jeszcze te osobowości – z pozoru zupełnie inne, ale czy na pewno narcyzm Trumpa nie ma nic wspólnego z przeświadczeniem o własnym moralnym niepokalaniu Corbyna?

Trump. Corbyn. Marine Le Pen z francuskiego Frontu Narodowego. Beppe Grillo z włoskiego Ruchu Pięciu Gwiazdek. Aleksis Tsipras z greckiej Syrizy. Wszyscy oni są przedstawicielami nowego nurtu w zachodniej polityce, który – napędzony kryzysem – ma się stać, według nich, odpowiedzią na bezalternatywność konwencjonalnej polityki. Na rozczarowanie demokracją, w której wynik wyborów nie ma już znaczenia, bo stare partie przestały się dziś od siebie różnić. Wszyscy ci nowi politycy proponują wyborcom proste rozwiązania w coraz bardziej skomplikowanym świecie. Są przy tym na swój sposób autentyczni i spójni. Nie potrzebują spin doktorów, bo sami wiedzą, za czym się opowiadają – w odróżnieniu od wielu starych polityków technokratów.

1.

Jak wielka przepaść niezrozumienia dzieli jednych i drugich, pokazał konflikt Angeli Merkel z Tsiprasem wokół greckiego kryzysu zadłużeniowego. Nieoficjalnie niemiecka kanclerz miała wielokrotnie żalić się na Greka, który „ideologicznie jest twardy jak beton” i „świadomie prowadzi swój kraj w przepaść” (cytaty za „Frankfurter Allgemeine Zeitung”). Merkel nie mogła się nadziwić, jak można prowadzić międzynarodowe negocjacje, używając wojennej retoryki w stylu: „Możemy pokonać strach, nie mamy już czego się bać”.

W jednym z majowych numerów tygodnik „Der Spiegel” przekonywał, że różnice między tym dwojgiem są zbyt fundamentalne, aby osiągnąć porozumienie. Pani kanclerz ma w zwyczaju pozostawianie problemów samym sobie, aż czas je rozwiąże. Taka jednak metoda sprawdza się, gdy również adwersarz chce kompromisu. Ale co jeśli druga strona nie jest nim zainteresowana? Merkel od początku była świadoma, że Tsipras chce wywrócić system, a mimo to zastosowała metodę sprawdzającą się w konwencjonalnych warunkach niemieckiej polityki. Efekt: do formalnego porozumienia ostatecznie doszło, ale żadna ze stron nie jest do niego przekonana i nie potrafi do niego przekonać własnych obywateli.

W związku z Grecją Merkel pokazała jeszcze jedną cechę polityka technokraty: zrzucanie odpowiedzialności. Swoje pierwsze reformy gospodarcze już jako kanclerz przeprowadziła pod osłoną McKinsey&Company, firmy konsultingowej, znanej m.in. stąd, że przejmuje od rządów rolę złego policjanta i w tabelkach Excela uzasadnia niezbędne cięcia oraz zwolnienia, czym potem tłumaczą się politycy. Gdy doszło do greckiego kryzysu, Merkel nie chciała działać sama i w podobnej roli zatrudniła Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW). Jego eksperci wyliczyli niezbędne w Grecji cięcia, a kanclerz „tylko” je poparła.

W tym sensie, jak pisze „Der Spiegel”, spór Merkel i Tsiprasa dotyczy definicji polityczności. Niemiecka technokratka, chowając się za innymi technokratami, próbowała utrzymać całą sprawę na poziomie liczb i wykresów. Według Tsiprasa to nic innego jak okupacja jego kraju przez urzędników MFW, którzy w dodatku nie mają żadnej demokratycznej legitymacji. Grek umiejętnie przestawił cały spór jako zamach na suwerenność swojego kraju i w ten sposób podniósł go z poziomu liczb i wykresów na poziom polityczny. Bo dla Tsiprasa polityka to magia, która może sprawić, że dług państwa zniknie, a unijne zasady przestaną obowiązywać. Jego radykalizm opiera się na wierze w moc decyzji politycznej, bo wszystko jest kwestią woli.

2.

Obie postawy polityczne, Angeli Merkel i Aleksisa Tsiprasa, choć tak różne, mają jednak wspólne źródło w tym samym procesie społecznym. Nabierający tempa rozpad grup społecznych wywołał już upadek wielkich ruchów politycznych, w tym przede wszystkim partii masowych. Ale też wielu partiom wyborcy przestali być potrzebni. Według holenderskiego politologa Rudy’ego Andewega, partie finansowane z budżetu, bardziej niż narzędziem wpływu wyborców na państwo, stają się dziś przedstawicielstwami tego państwa w terenie i coraz mniej identyfikują się z obywatelami.

Jednocześnie stopniowa indywidualizacja społeczeństwa sprawia, że wybory zaczęli wygrywać ci, którzy od partii odcinają się najwyraźniej. Schowali w kieszeń poglądy polityczne (choć niekoniecznie je w ogóle mają) i zaczęli się reklamować jako kompetentni menedżerowie, apolityczni technokraci. Do tej grupy należą Angela Merkel, David Cameron czy w końcu Donald Tusk.

Bezpośrednim efektem tego procesu jest społeczne zobojętnienie na politykę, o czym pisze Peter Mair w książce „Ruling the Void” (Rządząc próżnią). Politycy technokraci wmawiają więc obywatelom, że wystarczy raz na cztery lata zagłosować i mieć spokój. Oni się zajmą resztą. Wielu wyborców poszło na taki układ z lenistwa – przekonuje Mair. Nie chce im się wgryzać w skomplikowane problemy współczesnego państwa. Poza tym wybierając apolitycznych technokratów, sami pozostają w przekonaniu o własnej czystości, niezbrukanej partyjną polityką.

Pionierem takiej technokratyzacji polityki był szef brytyjskiego rządu Tony Blair. W wywiadzie dla BBC w 2000 r., już jako premier z trzyletnim stażem, powiedział: „Nigdy nie byłem tak naprawdę w polityce”. I dalej: „Polityka nie rozwiązuje problemów. (…) Chodzi o to, aby nie dostarczać rozwiązań z góry. To ludzie powinni szukać rozwiązań. Trzeba pomóc obywatelom, aby robili jak najwięcej dla siebie”.

3.

Od wybuchu kryzysu gospodarczego klimat polityczny zmienił się jednak wyraźnie. W wielu zachodnich krajach wyborcy mają dość profesjonalnej klasy politycznej i jej często niejasnych związków z biznesem. – Jako antidotum jawi im się staroświecki aktywizm polityczny, oparty na gorącym zaangażowaniu w życie partyjne już na poziomie dzielnicy lub gminy – mówi Pankaj Mishra, mieszkający od lat na Zachodzie indyjski publicysta i eseista.

Największą siłą są tu młodzi wyborcy, którzy czują, że są w znacznie gorszej sytuacji startowej niż ich rodzice. Wielu z nich dało się wcześniej przekonać politycznym technokratom, że swój udział w polityce mogą ograniczyć do minimum i mieć więcej czasu na swój indywidualizm. Żyją w końcu w dobie mediów elektronicznych, które w razie potrzeby zapewnią im wzmocnienie przekazu – tak jak to miało miejsce w 2008 r. przy okazji wyboru Baracka Obamy na prezydenta. Dziś już jednak widać naiwność takiego podejścia. Na Twitterze czy Facebooku można wykrzyczeć, co się żywnie podoba. Według Mishry, to jednak tylko wzmacnia ogólną kakofonię i już dawno przestało być poszukiwaniem dobra wspólnego czy kompromisu. Króluje hasło: niech twój głos zostanie usłyszany!

Jak przekonuje dalej Mishra, obywatele stają się konsumentami demokracji jako spektaklu, myląc realizacje własnych zainteresowań – poprzez blogowanie, komentowanie i forwardowanie – ze wspomnianym staroświeckim aktywizmem politycznym. – Rezultatem jest intelektualna i obywatelska impotencja. Trudno się dziwić, że szukają czegoś nowego w polityce. Czują się oszukani zarówno przez polityków pokroju Merkel czy Camerona, jak i przez symulowaną demokrację w internecie. Dlatego wielu z nich chce głosować na Donalda Trumpa czy Jeremy’ego Corbyna, na niekonwencjonalnych polityków, którzy ponad umiejętności menedżerskie przedkładają szczerość i autentyczność.

Triumf Corbyna jest tu co najmniej symptomatyczny. Brytyjska Partia Pracy pod rządami Blaira i jego następcy Gordona Browna stała się typowym ugrupowaniem technokratycznym, establishmentowym. Sam Brown, podczas swojego premierowania nagabywany przez związki zawodowe (bądź co bądź współzałożyciela laburzystów) do zmiany prawa pracy, odparł, że on już teraz nie może wsłuchiwać się w partykularne oczekiwania lewicy, ale musi brać pod uwagę interesy całego narodu.

Po kolejnej porażce wyborczej w czerwcu tego roku laburzyści postanowili zmienić system wybierania przewodniczącego. W starym rozwiązaniu niewspółmierny wpływ na jego nominację miały związki zawodowe i posłowie partii. Teraz postanowiono, że taki sam głos będzie miał każdy członek ugrupowania, co miało też przyciągnąć do partii nowych ludzi. Corbyn ledwo zdobył status kandydata, bo do tego potrzeba było 15 podpisów posłów (kilku z nich potem tłumaczyło, że poparło go dla draki). Już w ogólnym głosowaniu Corbyn był bezkonkurencyjny. I tak wyborcy dokonali zamachu stanu we własnej partii.

4.

Corbyn czy Trump to polityczni outsiderzy, którzy swoje kariery zbudowali poza partią. Nie mają doświadczenia w rządzeniu i raczej niczego już nie wygrają dla swoich partii. Nie będą w stanie zbudować wokół siebie większości i rządzić. I wcale im o to nie chodzi. Są przede wszystkim narzędziem ekspresji dla swoich zwolenników. Pozwalają im na składanie politycznych deklaracji, umożliwiają wyrażanie złości i oburzenia bez żadnych konsekwencji. Ich niespodziewane kariery po części są efektem upadku znaczenia ich partii jako instytucji zaufania społecznego. Ale są też następstwem dominacji indywidualizmu ekspresyjnego.

Termin ten nie jest nowy. Pierwszy raz został użyty przez amerykańskiego socjologa Roberta Bellaha w książce z 1990 r. „The Good Society” (Dobre społeczeństwo). Później o indywidualizmie ekspresyjnym pisały m.in. takie sławy, jak kanadyjski filozof Charles Taylor. Ten ostatni tłumaczy sprawę następująco: politycy starego typu i ich zwolennicy różnią się między sobą, ale większość z nich zdaje sobie sprawę, że aby osiągnąć i utrzymać władzę, potrzebne są kompromisy, np. przy budowaniu koalicji. W tym sensie w polityce niezbędne są kontakty z ludźmi o innych poglądach, spieranie się i w końcu tolerowanie odmienności.

Dla ekspresyjnych indywidualistów, takich jak Corbyn, Trump i większości ich wyborców, wartością nadrzędną jest autentyczność. Kompromis i budowanie koalicji ma posmak zdrady. Wszyscy ci indywidualiści za pomocą nowych mediów zamykają się w oddzielnych bańkach ideologicznych czy kulturowych. I tak odseparowani od inności sami siebie przekonują, że ich własna wersja czystości politycznej w końcu zwycięży.

A czy system to wytrzyma? To już nieważne. Liczy się osobista satysfakcja.

Polityka 43.2015 (3032) z dnia 20.10.2015; Świat; s. 52
Oryginalny tytuł tekstu: "Egoiści kontra technokraci"
Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Świat

Co z tymi czołgami? Niemiecka prasa o kolejnym sporze Warszawy i Berlina

Spór o Leopardy, obiecane ponoć Polsce w ramach „zamiany okrężnej”, zmienił się w kolejny punkt zapalny. Sprawa rozgrywana jest przez rząd PiS jak zwykle w pełnym świetle jupiterów.

Adam Krzemiński
07.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną