Cameron szukał w Warszawie wsparcia dla renegocjacji traktatów UE. Ale go nie dostał

Oj, lepiej trzymać z innymi
Na luźniejszą Unię, coś w rodzaju strefy wolnego handlu, może sobie pozwolić, i to z trudem, Wielka Brytania. Ale nie Polska. Tu interesy są całkowicie rozbieżne.
P. Tracz/Kancelaria Prezesa RM

Wizytę w Warszawie złożył premier Wielkiej Brytanii David Cameron, który – jak wiadomo – stara się o renegocjację warunków brytyjskiego członkostwa w Unii i szuka wśród partnerów największego możliwego poparcia.

W niedawnym wywiadzie dla tygodnika „Spectator” Cameron ostrzegł, że obecny kryzys migracyjny i kryzys eurozony skłania doraźnie jego rodaków do westchnienia: „zabierzcie ode mnie tę Europę, bo tylko mam z nią same problemy” (w oryginale, dla ludzi szlifujących angielski: „oh Christ, push Europe away from me, it's bringing me problems”).

Prasa brytyjska od razu skupiła się na tym, że Cameron w Warszawie nie uzyskał zgody na posunięcie, które najbardziej interesuje Brytyjczyków – tj. likwidację świadczeń socjalnych dla nowo przybyłych na wyspy emigrantów. Ogólny jednak wydźwięk rozmów jest przyjazny, gdyż Londyn zdaje się rozumieć naszą sytuację bezpieczeństwa i deklaruje wzmocnienie wschodniej flanki NATO, a także głos za przedłużeniem sankcji UE wobec Rosji jako reakcję na jej postępowanie w stosunku do Ukrainy. Choć z drugiej strony na pewno nie oznacza to brytyjskiej niechęci do gazociągu Nord Stream 2, który niepokoi Polskę i wiele krajów naszego regionu.

Co do innych brytyjskich postulatów – trudno coś konkretnego powiedzieć. Dla przykładu: wzmocnienie konkurencyjności, rynku wewnętrznego i ograniczenia ciężarów regulacyjnych w Unii – to ogólnie pobożne życzenie, każdy się z tym zgadza, istnieje i działa w Unii komisja pod nazwą „Better Regulation Board”. Rzecz w tym, że nie każdy widzi postulaty i metody podobnie.

Dobrze, że rozmawiamy z Londynem i deklarujemy otwartość negocjacji. Rozmawiać i szukać sojuszników wszędzie w Unii – to elementarz polityczny. Źle natomiast, że nowy polski rząd przyznaje się do powinowactwa ideologicznego z eurosceptycznymi konserwatystami brytyjskimi, którzy raz na zawsze chcieliby skończyć z pogłębianiem unijnej integracji i akcentują brytyjską suwerenność.

Na luźniejszą Unię, coś w rodzaju strefy wolnego handlu, może sobie pozwolić, i to z trudem, Wielka Brytania. Ale nie Polska. Tu interesy są całkowicie rozbieżne. Warszawa może się zachowywać jak Londyn dopiero wtedy, kiedy gdzieś na Pradze – może wokół portu nad Wisłą – usadowi się City jako największy europejski ośrodek finansowo-giełdowy i wzrosty na giełdzie będą dorównywały indeksowi FTSE. I także wtedy, kiedy to Polska da pracę na zmywaku przynajmniej milionowi brytyjskich emigrantów. Wtedy powiem: rzeczywiście, mamy podobne interesy.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną