Świat

Syryjski kocioł

Tragedia Aleppo

Miasta Aleppo już nie ma, choć zostali tam niektórzy jego mieszkańcy, kryjący się po piwnicach przed islamskimi rebeliantami i rosyjskimi bombami. Miasta Aleppo już nie ma, choć zostali tam niektórzy jego mieszkańcy, kryjący się po piwnicach przed islamskimi rebeliantami i rosyjskimi bombami. Hosam Katan/Reuters / Forum
O Aleppo toczy się ta sama wojna co o Donbas i Krym. Jeśli Zachód szybko nie przyjmie tego do wiadomości, przegra ją.
Aleppo to największe miasto Syrii i jedno z najstarszych w tym regionie. Tak wygląda dzisiaj.Hosam Katan/Reuters/Forum Aleppo to największe miasto Syrii i jedno z najstarszych w tym regionie. Tak wygląda dzisiaj.
Tak Aleppo wyglądało jeszcze pięć lat temu. Jedna z licznych handlowych ulic miasta.Alexanyan/Wikipedia Tak Aleppo wyglądało jeszcze pięć lat temu. Jedna z licznych handlowych ulic miasta.

Krótki gryf, jajowate pudło, pięć podwójnych strun i ta najważniejsza dla duszy instrumentu – basowa. Na Zachodzie oud zwany jest często arabską lutnią, co jest typowym orientalistycznym „zawłaszczeniem symbolicznym”, jak to nazywał kiedyś Edward Said. Gdyby trzymać się chronologii, to nasza klasyczna lutnia powinna się nazywać europejskim oudem. Zresztą zachodnie kopie tego arabskiego instrumentu wyglądają przy oryginałach jak tanie chińskie podróbki. A te najdelikatniejsze oudy pochodzą z Aleppo, do niedawna niekwestionowanej stolicy arabskiej muzyki i kultury.

I kebabów. W Aleppo można było kiedyś spróbować 26 rodzajów kebabów, czego niżej podpisany nieomal dokonał. Ten najbardziej wykwintny, nie na kieszeń skromnego wędrowca, zawiera w sobie pieczone wiśnie. Miejscowi twierdzą, że fanką tego przysmaku była Agatha Christie, która na początku lat 30. XX w. w hotelu Baron na starówce napisała „Morderstwo w Orient Expressie”. To wersja z hotelowych ulotek, bo poważni historycy twierdzą, że książka powstała jednak w Stambule. Ale biznesmeni z Aleppo słyną z bogatej wyobraźni przy robieniu interesów. Choć mają też swoje zasady, bo jak mówi miejscowe przysłowie: „Nawet jeśli robisz interesy z psem, to mów do niego »panie psie«”.

Tego Aleppo już nie ma. Zdziesiątkowani mieszkańcy kryją się po piwnicach przed islamskimi rebeliantami i rosyjskimi bombami.

1.

Zaczepiony na niedawnej konferencji międzynarodowej w Monachium premier Turcji wyglądał na wstrząśniętego. „Sekretarz generalny ONZ pojechał kiedyś do Bośni przepraszać za bezczynność tej organizacji wobec masakry, do której tam doszło w 1995 r. – mówił Ahmet Davutoğlu. – Przyjdzie czas, gdy szef ONZ tak samo będzie przepraszał za tragedię Aleppo”.

Premier wyszedł właśnie ze spotkania w sprawie tego największego syryjskiego miasta, wokół którego na początku lutego zacisnęła się pętla oblężenia. Aleppo było w ostatnich latach nieoficjalną stolicą i ostatnim dużym miastem w rękach rebelii przeciwko rządom Baszara Asada. Teraz jego siły, przy wsparciu rosyjskiego lotnictwa i szyickich bojówek, odcięły ostatnie dwie drogi, którymi biegło wsparcie z tureckiej granicy.

Na początku ubiegłego tygodnia stronom zaangażowanym w konflikt udało się porozumieć w sprawie dopuszczenia do okrążonych dostaw żywności i leków. Jednocześnie jednak rosyjskie bombowce atakowały pozycje rebeliantów w Aleppo. Zachód, przede wszystkim w osobie obecnego w Monachium amerykańskiego sekretarza stanu Johna Kerry’ego, liczył, że to porozumienie będzie pierwszym krokiem do zawieszenia broni. Ale prawdopodobnie się pomylił.

Asad razem z Rosjanami wiedzą już, że miasto im się nie wymknie – przekonuje przez Skype’a Abbas Lahnam, były wykładowca politologii na Uniwersytecie Damasceńskim, obecnie uchodźca w Niemczech. – Wezmą go bez frontalnego ataku, ale zaciskając pętle krok po kroku i bombardując, tak jak Homs. Lahman twierdzi, że przed zamknięciem pętli do miasta ściągały tabuny najbardziej doświadczonych żołnierzy rebelii, którzy zresztą nie mają już za bardzo dokąd uciekać. – To będzie jatka, w której zakładnikami jest 200 tys. pozostałych jeszcze w mieście ludzi.

Stąd Aleppo zaczyna przypominać Stalingrad, i to nie tylko z powodu morza ruin, w które się zamieniło. Pierwszy etap arabskiej wiosny cudem przetrwało nietknięte, nie licząc sporadycznych starć przy wypychaniu z miasta wojsk rządowych. Kolejne próby odbicia kończyły się dla reżimu Asada niepowodzeniem, ale również ogromnymi zniszczeniami. W 2012 r. spłonął historyczny suk na starym mieście. Rok później runął minaret meczetu Umajjadów z XI w., jednego z najważniejszych miejsc kultu dla muzułmanów. Odkąd jesienią do ofensywy przyłączyli się Rosjanie, miasto jest systematycznie równane z ziemią, a na początku lutego średnią dzienną liczbę ofiar rosyjskich bomb i rządowego ostrzału liczono w dziesiątkach.

Porównanie do Stalingradu jest o tyle trafne, że dzisiejsi oblegani przez ostatnie cztery lata sami oblegali, o czym już zachodnia prasa niechętnie donosiła. Otóż rebelianci nigdy nie opanowali całego miasta. Jego zachodnia część, nieprzerwanie kontrolowana przez reżim i zamieszkana do dziś przez ponad pół miliona ludzi, od 2012 r. była pod ciągłym ostrzałem rebeliantów. I choć siła tego ostrzału nie równa się z tą reżimową, to Wolna Syryjska Armia, w której Zachód wciąż pokłada nadzieje polityczne, ostrzeliwała gęsto zaludnione dzielnice kontrolowane przez reżim z podobnym zapałem, z jakim to robią dziś rosyjscy piloci wobec dzielnic rebelianckich.

2.

Upadek Aleppo może oznaczać koniec wojny domowej w Syrii – ta opinia zyskuje coraz więcej zwolenników zarówno wśród ekspertów syryjskich, jak i amerykańskich. – Aleppo to klucz do kontroli nad północną Syrią i w dalszej perspektywie nad granicą z Turcją – mówi Michael Pregent, były agent amerykańskiego wywiadu na Bliskim Wschodzie, a dziś ekspert Hudson Institute. – Ale to tylko w wymiarze strategicznym. Jeszcze większe znaczenie będzie miał efekt propagandowy, bo kolejne oddziały Wolnej Armii Syryjskiej deklarują, że jeśli Aleppo padnie, przejdą do podziemia.

Ale taki scenariusz końca wojny jest możliwy tylko przy założeniu zupełnej bierności krajów takich jak Turcja i Arabia Saudyjska. A to wcale nie jest oczywiste. – Ankara i Rijad zbyt dużo już zainwestowały w rebeliantów, aby zostawić ich na pastwę Asada w Aleppo – mówi prof. Cinar Ozen z Uniwersytetu Ankarskiego. I przekonuje, że Turcja jest na skraju decyzji o lądowej interwencji w Syrii. Po ostatnich atakach bombowych w Ankarze, dokonanych prawdopodobnie przez Kurdów, armia turecka zaczęła rozminowywanie granicy z Syrią, aby utorować ewentualną drogę czołgom. – Turecki rząd obawia się, że zwycięski Asad pozwoli Kurdom z północy Syrii na utworzenie quasi-państwa, co byłoby z punktu widzenia Ankary geopolityczną katastrofą.

Sytuacja z Kurdami jest o tyle niejasna, że Zachód może czekać na symboliczny koniec świata w Syrii, czyli odzyskanie przez reżim kontroli nad całym krajem, a ten koniec może po Miłoszowsku nastąpić niepostrzeżenie i wcale nie musi dotyczyć całego kraju. Jak pisze doświadczony korespondent „The Independent” na Bliskim Wschodzie Robert Fisk: kto powiedział, że Asad będzie chciał pokonać wszystkich? „Jemu wystarczy kontrola nad »esencjonalną Syrią«, czyli osią Damaszek–Homs–Hama–Aleppo z dostępem do morza w Latakii. Odbijanie reszty kraju byłoby zbyt kosztowne i wymagałoby liczniejszej armii, której Asad nie ma”. Szczególnie że chodzi o samodzielnych już Kurdów i sunnitów ze wschodu, którzy po pięciu latach wojny mają powody, żeby alawitę-Asada szczerze nienawidzić.

Z pozostawienia w spokoju tzw. Państwa Islamskiego na pustyni między „esencjonalną Syrią” i Irakiem Asad miałby same korzyści: zachowałby straszak, który przypomina „kto, jeśli nie Asad”. Likwidacja PI musiałaby się wiązać z pogonią za islamistami do Iraku, co już stanowi wybitnie nierealny scenariusz. Ostatecznie nikt nie musi nikogo formalnie uznawać, wystarczy ustanowienie granicy zdrowego rozsądku – w końcu islamiści z PI, zanim podbiją świat, też potrzebują chwili oddechu i stabilności.

Bardziej chętni do rozprawienia się z PI byliby Rosjanie, bo dla Władimira Putina kolejne triumfy międzynarodowe są jak zastrzyki politycznej adrenaliny. Ale do czego Zachodowi potrzebna byłaby Rosja, gdyby od razu załatwiła wszystkie jego problemy? Poza tym Rosja w Syrii, tak jak wcześniej we wschodniej Ukrainie, testuje koncepcję wojny nielinearnej, wyłożoną dwa lata temu przez Władysława Surkowa, szarą eminencję Kremla.

W skrócie zakłada ona, że trzeba zrezygnować z westfalskiego postrzegania wojen jako „prymitywnej rywalizacji” między dwoma państwami o określonych terytoriach. Tak jak w Ukrainie, stron konfliktu, które nie przywiązują wagi do granic, może być wiele. Chodzi przede wszystkim o kontrolę nad obszarem, który da się obronić, ale jednocześnie takim, który pozostanie zależny od rosyjskiej pomocy. Przy okazji na tyle jednolity, aby koszty jego utrzymania nie były zbyt wysokie. Może to być właśnie wspomniana esencjonalna Syria, „oczyszczona” w miarę możliwości z sunnitów.

3.

Dla Putina Syria to tani poligon, na którym można wiele ugrać. Z jego punktu widzenia, w odróżnieniu od Ukrainy, koszty są (względnie) umiarkowane: jeden zestrzelony nad Synajem samolot pasażerski, jeden bombowiec trafiony przez Turków w listopadzie i brak stałego potoku trumien rosyjskich żołnierzy, z czego musiałby się w Rosji tłumaczyć. A przy tym mozolne posuwanie się do celu małymi krokami w postaci kolejnych „porozumień”, potrzebnych tylko po to, aby pomiędzy nimi realizować strategię faktów dokonanych. Dokładnie tak, jak we wschodniej Ukrainie do czasu drugiego porozumienia mińskiego.

Odnoszone przy tym korzyści są dla Kremla nieproporcjonalnie wysokie. Pierwszy raz od 1973 r., gdy Anwar Sadat wyrzucił rosyjskich doradców z Egiptu, Moskwa znów ma realne wpływy na Bliskim Wschodzie. I to nie byle jakie. Szef brytyjskiego MSZ Philip Hammond rozbrajająco przyznał w Monachium, że porozumienie w sprawie Syrii składa się z dwóch elementów. Pierwszy, czyli dopuszczenie przez Asada pomocy humanitarnej do oblężonych miast, zapewne uda się zrealizować. „Drugi, czyli potencjalne zawieszenie broni, w zupełności zależy od Rosjan” – przyznał Brytyjczyk. Od kiedy to cokolwiek na Bliskim Wschodzie „w zupełności zależy od Rosjan”, a nie od Amerykanów? No cóż, od teraz.

Putinowi nie udałoby się to, gdyby nie Barack Obama. – Z jednej strony trudno go krytykować za bezczynność, bo w końcu został wybrany, aby zakończyć amerykańskie wojny w tym regionie – tłumaczy Pregent. – Ale politycy nie są automatami i jeśli zmieni się sytuacja, powinni zmieniać też swoją politykę. A tu nic takiego się nie zdarzyło.

Choćby obiecywane przez Amerykanów na początku wojny strefy bezpieczeństwa dla uchodźców. Gdyby powstały, mogłyby ograniczyć presję migracyjną do Europy. Podobnie strefy zakazu lotów, które miały chronić cywilów przed atakami lotnictwa reżimu. Nic takiego nie powstało i już nie powstanie, bo dziś wprowadzenie takiej strefy mogłoby się skończyć niebezpiecznym spotkaniem między amerykańskimi i rosyjskimi samolotami.

Największym jednak błędem Obamy w Syrii była tzw. czerwona linia. W 2013 r., gdy do opinii międzynarodowej dotarły pierwsze sygnały, że Asad może użyć broni chemicznej w walce z rebelią, amerykański prezydent twardo przestrzegł Damaszek, żeby nie przekraczał tej właśnie czerwonej linii, bo odpowiedzią będzie amerykańska interwencja zbrojna. Nie minęło kilka dni od tej deklaracji i Asad użył gazu przeciwko rebeliantom na południu kraju, a Ameryka ani drgnęła.

Wówczas pisaliśmy w POLITYCE (37/13), że to zaniechanie będzie miało opłakane skutki dla amerykańskiej wiarygodności. I raczej się nie pomyliliśmy. Władimir Putin odczytał ten brak konsekwencji w sprawie syryjskiej broni chemicznej jako słabość i stąd jego geopolityczna bezczelność na wschodzie Ukrainy. Stąd również jego ofensywa powietrzna w Syrii. Waszyngton ostrzegał Rosjan przed tą interwencją, ale przecież ostrzegał również Asada przed użyciem broni chemicznej.

Bliskowschodni ekspert Andrew Tabler w wywiadzie dla magazynu „The Atlantic” przekonuje, że potęga imperium, w tym amerykańskiego, zależy nie tylko od liczby czołgów i samolotów bojowych, ale może nawet w większym stopniu od percepcji tej potęgi przez innych i od odpowiedzi na pytanie, czy jest ona egzekwowalna. Tabler jest tu sceptyczny: „Czy nasze [tj. amerykańskie] słowo w Syrii się liczy? Uważam, że nie. (…) Ameryka ma całkiem niedaleko od Aleppo siły, przy których te rosyjskie są śmiesznie słabe. Ale to nie ma znaczenia, bo Obama ich nie wykorzysta, co z kolei stawia pod znakiem zapytania cały sens utrzymywania tak potężnej armii”.

4.

Putin robi, co może, aby postawić Zachód przed wyborem: Asad albo Państwo Islamskie. I dlatego, krok po kroku, likwiduje w Syrii wszystkie siły względnie umiarkowane, z którymi Asad byłby zmuszony negocjować i ewentualnie podzielić się władzą. Gdy padnie Aleppo i na placu boju pozostaną już tylko islamiści z PI, wiele państw Zachodu machnie ręką na moralne wątpliwości i stanie ramię w ramię z Asadem oraz Putinem. I poniekąd przeciwko sobie samym.

Z europejskiej perspektywy Rosjanie na Krymie i Rosjanie w Aleppo to dwie podobne tragedie geopolityczne. Ta pierwsza doprowadziła do jedynego po 1945 r. w Europie złamania zasady nienaruszalności granic, co stawia pod znakiem zapytania cały system międzynarodowy we wschodniej części kontynentu. Druga tragedia w Aleppo może doprowadzić do exodusu ludności, przy którym zeszłoroczne problemy z migrantami w Europie mogą okazać się umiarkowane. Bo jeśli walki wokół Aleppo potrwają dłużej, to według Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka liczba uchodźców tylko z tego regionu może potencjalnie dojść do miliona.

Jednocześnie sam Putin próbuje wiązać Krym z Aleppo i składa Zachodowi niepisaną ofertę: my uspokoimy Syrię, a w zamian za to wy przestaniecie się dąsać za Ukrainę. Propozycja ta nie przechodzi bez echa, bo jest wielu chętnych, w tym m.in. premierzy Włoch i Węgier Matteo Renzi i Viktor Orbán, którzy na taki układ chcą się zgodzić i już w czerwcu znieść sankcje nałożone przez Unii Europejską na Rosję po jej inwazji na Ukrainę.

Ale może jednak choć raz należałoby przejąć inicjatywę i wyjść z kontrpropozycją. Bo dlaczego wzorem Putina nie powiązać Krymu oraz Aleppo i zagrozić mu sankcjami w pakiecie za Ukrainę i Syrię, gdzie – według wspomnianego Syryjskiego Obserwatorium – rosyjskie bombardowania prowadzone głównie na ślepo zabiły już od września ponad tysiąc cywili, nie mówiąc już o współudziale w braniu głodem kolejnych miast, co samo w sobie jest zbrodnią wojenną?

Dalsze koncentrowanie się na negocjacjach w Genewie mija się z celem, co pokazała ostatnia próba z początku lutego. Rozmowy zerwali rebelianci, bo nie przypadkowo nałożyła się na nie ofensywa reżimu na Aleppo. Poza tym uznając Rosję za pośrednika, a nie stronę w tych rozmowach, Zachód w praktyce legitymizuje jej działania w Syrii. Prof. Lahman przekonuje: – Dyplomacja nie może być celem samym w sobie, szczególnie jeśli jest wykorzystywana przez Rosjan jako przykrywka dla prowadzenia wojny.

Prof. Lahman sam gra na oudzie, z tym że w ramach integracji z Niemcami nazywa ją teraz „arabską lutnią”. Tę, którą przywiózł trzy lata temu ze sobą z Syrii, zrobiono w Aleppo. Na koniec rozmowy podnosi instrument do góry i mówi: – Tyle zostało z tego pięknego miasta.

Polityka 9.2016 (3048) z dnia 23.02.2016; Świat; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Syryjski kocioł"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Świat

Kontrowersyjna rolna rewolucja

Lada dzień na Ukrainie rozpocznie się rolna rewolucja. To najbardziej oczekiwana i kontrowersyjna obietnica Wołodymyra Zełenskiego.

Oleksandra Iwaniuk
25.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną