Sympatia dla diabła, czyli prezydent USA w Hawanie
Barack Obama rozpoczyna oficjalną wizytę na Kubie. Ostatni amerykański prezydent był tam 88 lat temu. W stosunkach obu krajów to zdarzenie na miarę upadku muru berlińskiego.
Twitter

Przez 57 lat, jakie upłynęły od rewolucji kubańskiej, ani próby inwazji na wyspę rękami politycznych emigrantów, ani polityka izolacji Kuby, ani amerykańskie embargo-blokada nie zmusiły rządu w Hawanie do zmiany kursu: socjalistycznej gospodarki i rządów jednej partii. Upadł mur berliński w Europie, rozpadł się Związek Radziecki, a rewolucyjna dla jednych i dyktatorska dla drugich Kuba uparcie i dumnie trwała przy karaibskiej wersji realnego socjalizmu.

Niedorozwój ekonomiczny spowodowany długoletnią izolacją, kres najpotężniejszego sojusznika (ZSRR), zmiana w ostatnich latach politycznej koniunktury (śmierć Hugo Chaveza pomagającego Kubie petrodolarami) – sprawiły, że następca wodza rewolucji kubańskiej Fidela Castro, jego młodszy brat Raul, zaczął wprowadzać elementy rynkowe do gospodarki planowej.

Zasadniczą częścią tej polityki było uwolnienie inicjatywy prywatnej, ale równie ważną rozpoczęta rok temu odwilż w stosunkach Hawany i Waszyngtonu. Pomyślną okolicznością okazała się prezydentura Baracka Obamy – polityka, który ogłosił, że nie chce toczyć politycznego sporu, który rozpoczął się, zanim on się urodził. Obama i Raul Castro spotkali się już w 2015 roku na Szczycie Obu Ameryk w Panamie. Oficjalna wizyta amerykańskiego prezydenta na Kubie to zwieńczenie odwilży.

Zmiana podejścia do Kuby – podobnie jak dialog z Iranem – stanie się prawdopodobnie znakiem firmowym jego prezydentury w polityce międzynarodowej, którą opisują słowa: dyplomacja i multilateralizm.

Amerykańscy biznesmeni zacierają ręce: niedorozwinięta ekonomicznie i technologicznie Kuba to raj dla inwestycji. Najbardziej zainteresowane działalnością na wyspie są firmy z branż turystycznej, rolniczej, nowych technologii i służby zdrowia.

Mimo że amerykańscy turyści nie mogą jeszcze całkiem swobodnie podróżować na wyspę, w zeszłym roku odwiedziło ją 160 tys. Amerykanów, zaś ogółem wszystkich turystów dotarło tu ponad 3,5 miliona. Wielu obecnych podróżnych nie interesują jedynie plaże – to ostatni moment, żeby zobaczyć socjalistyczny skansen w tropikach, który w ciągu kilku–kilkunastu lat zapewne zamieni się w nowoczesną i kosztowną mekkę rozrywek wszelkich.

Świat biznesu oczekuje, że wizyta Obamy przyczyni się do złagodzenia biurokratycznych blokad dla inwestowania.

Biały Dom zapowiedział, że prezydent USA będzie zachęcał Kubańczyków do aktywności na rzecz zmian politycznych, ale ma również pozostawić klarowne przesłanie: nie jest celem ani zadaniem Waszyngtonu zmiana ustroju i rządu na wyspie. Jak wyraził to doradca Obamy Ben Rhodes: „to Kubańczycy muszą zmienić Kubę”.

Od czasów rewolucji stosunki z Hawaną były zawsze narzędziem wewnętrznej polityki w Stanach. Nie inaczej jest teraz, szczególnie że toczy się kampania wyborcza. Jej największym cieniem jest pojawienie się ksenofobicznego biznesmana i trybuna, Donalda Trumpa, który wielokrotnie mówił o Latynosach językiem pogardy. Gdyby to on dostał nominację Partii Republikańskiej, a potem wygrał wybory, polityczny kapitał Obamy, jakim jest odprężenie w relacjach z Kubą, mógłby zostać prędko roztrwoniony.

Podziały w sprawie Kuby na amerykańskiej scenie politycznej nie zawsze pokrywają się z podziałami partyjnymi. Niektórzy demokraci krytykują Obamę za otwarcie na dialog z rządem Castro i twierdzą, że legitymizuje on w ten sposób reżim, dopuszczający się łamania praw człowieka. I zdarzają się republikanie popierający kroki demokratycznego prezydenta ku wzajemnemu otwarciu.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną