Armenia i Azerbejdżan walczą o Górski Karabach. Walki najcięższe od 20 lat
Od 2 kwietnia w codziennych ostrzałach, odwrotach i kontrofensywach zginęło kilkudziesięciu żołnierzy, setki osób są ranne, zestrzelono helikopter, zniszczono czołg. Kto zaczął? Jak zawsze: druga strona. Wróg.
Photo RNW.org/Flickr CC by 2.0

Obie strony od 1994 r., od czasu zwycięskiego dla Armenii zawieszenia broni, są gotowe do walki. Nie stoją z bronią przy nodze. Strzały na granicach nigdy nie cichły, dochodziło do wymian ognia, ginęli żołnierze, utrzymywał się gorący pokój. W tych warunkach oswojono anormalną sytuację: formalnie azerbejdżański Karabach zamieszkany przez Ormian jest niepodległym ormiańskim państwem utrzymywanym przez Armenię, którego nawet ona nie uznaje. Niemniej przyzwyczajono się i lepiej lub gorzej, ale jakoś to funkcjonowało.

Jednak obie strony od ponad 20 lat, od początku swoich niepodległości, nie pozwalają sporowi wygasnąć, regularnie porcjują swoim społeczeństwom solidne dawki wojowniczego patriotyzmu. Nie brakowało programów telewizyjnych nadawanych w najlepszym czasie antenowym o potędze armii, która utrzyma/odbije Karabach. Siłą rzeczy bardziej ofensywny musi być Azerbejdżan, zamieniający zyski ze sprzedaży gazu ziemnego i ropy naftowej na uzbrojenie, rakiety, samoloty i czołgi.

Powtarzana na okrągło obietnica, że całe to żelastwo przedefiluje niebawem w jeszcze tylko krótko ormiańskim Stepanakercie (karabachskiej stolicy), od ponad 20 lat nie pozwala azerskim uchodźcom z Karabachu urządzić sobie życia w Azerbejdżanie. Choćby wynieść się z prowizorycznych mieszkań w niedokończonych blokach czy szpitalach. Zresztą państwo niespecjalnie pomagało im się urządzić, bo obraz uchodźców mieszkających po norach powiększa wymiar ormiańskiej winy.

Tak już jest, że strzały na Kaukazie to zazwyczaj echa sporu mocarstw. Rosja sekunduje Armenii, ale sprzedaje też broń Azerbejdżanowi, zapatrzonemu w braterską Turcję, dziś skonfliktowaną z Rosją. Trudno ustalić, kto rozpoczął obecne walki. Tak samo trudno zakładać, że przywódcy obu kaukaskich państw dają się wykorzystywać lub podpuszczać, konflikt ograniczony do walk przy granicy wszystkim pasuje. Wasale spłacają długi swoim protektorom, mobilizują rodaków, a azerską i ormiańską ręką tytani z Moskwy i Ankary załatwiają swoje geopolityczne porachunki.

O tym konflikcie nie mówi się jeszcze „wojna”. Na razie są „starcia”. Chyba żeby nie zapeszać, bo wojny na Kaukazie, także te w ostatnich dekadach, bywały okropne. Oznaczały hekatombę dla ludności cywilnej i traumę dla kolejnych pokoleń, zmuszonych machistowskim poczuciem honoru bez końca mścić poległych. W warunkach, gdzie liczy się honor i strzałki na sztabowych mapach, niewiele potrzeba, by z podpuszczenia Kremla lub Ankary, poczucia azerskiej siły lub czegokolwiek innego „starcia” przerodziły się w „wojnę”.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną