Czy światowa wojna pokoleń jest nieunikniona?

Kolonizatorzy przyszłości
Brytyjczyków w wieku 18-24 lata jest na wyspach tylko 6 mln, podczas gdy seniorów co najmniej 65-letnich – już 11 mln.
Lucy Nicholson/Reuters/Forum

Brytyjczyków w wieku 18-24 lata jest na wyspach tylko 6 mln, podczas gdy seniorów co najmniej 65-letnich – już 11 mln.

Trudno dzisiaj mówić o wojnie pokoleń, skoro tylko jedna, starsza strona konfliktu potrafi walczyć o swoje interesy.
diane39/Vetta/Getty Images

Trudno dzisiaj mówić o wojnie pokoleń, skoro tylko jedna, starsza strona konfliktu potrafi walczyć o swoje interesy.

Międzypokoleniowy deficyt

Wszystkie znane duże demokracje działały dotychczas w społeczeństwach o piramidalnej strukturze demograficznej. Te współczesne struktury zaczynają przypominać kopułę, gdzie starsze roczniki wciąż dorównują liczebnością młodszym. Dziś już co czwarty obywatel Unii jest emerytem (130 na 500 mln), siłą rzeczy więc waga polityczna tego elektoratu rośnie, co nie umknęło uwadze polityków. Angela Merkel systematycznie odwdzięcza się seniorom, którzy stanowią jej kluczowy elektorat (vide ostatnia 5-proc. podwyżka emerytur). Rząd brytyjski po kryzysie finansowym przeprowadził jedne z najgłębszych cięć wydatków w Europie. Ale emerytów nie tknął. Premier Włoch Matteo Renzi przymierza się do cofnięcia reform systemu emerytalnego. Jednocześnie od kryzysu finansowego z lat 2007–08 w Europie Zachodniej trwa rzeź socjalu dla młodych. W Wielkiej Brytanii i Irlandii zniknęły zapomogi mieszkaniowe. W Beneluksie, Francji, Hiszpanii drastycznie obcięto wsparcie dla młodych bezrobotnych.

Według brytyjskiego socjologa Jasona Brennana, autora książek o nierównowadze demograficznej Europy, nasz kontynent walczy z nieco wymyślonym deficytem demokracji w Brukseli, podczas gdy państwa członkowskie trawi zupełnie inny deficyt demokracji – międzypokoleniowy. – To jest zaprzeczenie podstawowej zasady demokracji liberalnej, że decyzje podejmują z grubsza ci, których one dotyczą. A przecież obecni emeryci, którym życzę jak najlepiej, podejmują wielkie decyzje na przyszłość, z którymi będą żyć tylko kilka lat.

Trudno się z tym nie zgodzić. W żadnym unijnym kraju wkłady do systemu obecnie przechodzących na emeryturę nie równoważą tego, co ci emeryci zdążą wyciągnąć z systemu przed śmiercią. Jeszcze nie tak źle wygląda sytuacja w Wielkiej Brytanii, gdzie dzisiejszy 65-latek wyjmie z systemu przeciętnie 118 proc. tego, co wpłacił, gdy pracował. Ale już we Włoszech czy Portugalii ten wskaźnik sięga 300 proc.

Emerytury to zresztą tylko jeden z przykładów, równie ważny dotyczy zmian klimatycznych. Od 1992 r., gdy na Szczycie Ziemi w Rio podniósł się alarm, wiadomo, że w sprawie ograniczenia emisji CO2 trzeba działać już, bo konsekwencje dla świata będą nieodwracalne. Problem polega na tym, że Europa te konsekwencje na poważnie odczuje dopiero za 20, 30 lat. Jaki więc interes mają dzisiejsze 60-latki, aby popierać kosztowne ograniczanie emisji już dziś, skoro nie dożyją konsekwencji? I nie popierają. Według Eurostatu 72 proc. Brytyjczyków 65+ jest przeciwna ograniczaniu emisji CO2 (41 proc. w ogóle nie wierzy, że ludzie mają coś wspólnego z ociepleniem klimatu). Podobne zdanie ma 64 proc. Włochów w wieku emerytalnym. Trudno przy okazji nie zauważyć, że seniorzy przez dekady korzystali z taniej energii, której produkcja z paliw kopalnych w dużym stopniu doprowadziła do obecnej sytuacji.

Kolejny przykład to niewspółmierna kumulacja bogactwa w rękach starszego pokolenia, co już dziś przekłada się na kształtowanie szkodliwego dla młodych systemu fiskalnego, począwszy od redukcji ulg podatkowych dla młodych rodzin, a kończąc na stopniowym obniżaniu podatków od nieruchomości. Starsi zdążyli skumulować więcej bogactwa, bo żyją dłużej, ale dysproporcje, szczególnie przewaga 50- i 60-latków, są uderzające. Brytyjczycy przed czterdziestką mają jedynie 15 proc. zasobów finansowych (udziałów i oszczędności) będących w posiadaniu całego społeczeństwa. Z kolei grupa 44+ posiada 84 proc. wartości wszystkich brytyjskich nieruchomości pozostających w prywatnych rękach. Co najciekawsze, na przestrzeni ostatnich 10 lat wyraźnie widać, że udział młodych w majątku narodowym powoli spada, podczas gdy seniorów rośnie.

Seniorzy nad urnami

XVIII-wieczny brytyjski filozof Edmund Burke pisał, że społeczeństwo to kontrakt nie tylko między żyjącymi, ale również z tymi, co już pomarli, i z tymi, co się dopiero narodzą. Stąd wywodził się jego sceptycyzm wobec demokracji, która niewątpliwie faworyzuje żyjących wyborców. Według Burke’a natura transakcji międzypokoleniowej polega na tym, że wspólnota polityczna korzysta zarówno z wiedzy i doświadczenia starszych i zmarłych już członków, ale również bierze odpowiedzialność za ich błędy. Aby się na nich uczyć, stworzyć coś nowego lub je odrzucić.

Weźmy przykład integracji europejskiej. 40 lat temu Europejczycy podjęli decyzję, że chcą być razem, bo tylko w ten sposób mogą uniknąć kolejnej wojny. Dziś wielu Europejczyków, którzy nie mają bladego pojęcia o wojnie, życzy Unii Europejskiej jak najgorzej. Lekceważąc starszych wyborców, lekkomyślnie pozbawiają Wspólnotę głosów, które mogą ją uchronić przed katastrofą.

Trudno jednak mówić dziś o wojnie pokoleń, skoro tylko jedna, starsza strona sporu jest zorganizowana i potrafi walczyć o swoje interesy. Mamy raczej do czynienia z czymś w rodzaju kolonizacji przyszłości. Obecne pokolenia de facto opodatkowują te przyszłe, zaciągając długi, których nie zdążą już spłacić. Współcześni Europejczycy kolonizują i grabią więc przyszłość, tak jak ich przodkowie ogołacali Amerykę, stawiając tym samym przyszłe pokolenia w gorszej sytuacji już na starcie. Co ważne, w podobnych przypadkach dla młodych pozostawał ostatni zawór bezpieczeństwa w postaci emigracji. Ale już wiadomo po Brexicie, że również i ta opcja może być ograniczona głosami starszych wyborców.

Odebranie im prawa do głosu w celu zrównoważenia systemu byłoby absurdalne i niebezpieczne. Ale można też pójść w drugą stronę i przyznać go dzieciom. I nie chodzi tu wcale o małe eksperymenty, jak obniżenie wieku wyborczego do 16 lat w takich krajach, jak Austria, Argentyna czy Brazylia. Jeśli dajemy je 16-latkom, to dlaczego nie 15-latkom? Dlaczego nie wszystkim?

Oczywiste jest, że małolaty mają zbyt małą wiedzę i doświadczenie, aby podejmować świadome wybory polityczne. Ale przecież zachodnie demokracje nie stosują cenzusu wiedzy czy doświadczenia, przyznając prawo głosu swoim obywatelom. Jeśli rozważać, komu się to prawo należy, warto sobie zadać pytanie, po co w ogóle jest demokracja? W czym ona jest lepsza od innych ustrojów?

Otóż stanowi ona najlepszy znany sposób agregacji interesów poszczególnych obywateli. Wiadomo, że są one bardzo różne, często rozbieżne. Wiadomo również, że większość obywateli nie jest aniołami i nad urną nie wyzbędzie się swojej partykularnej perspektywy na rzecz dobra wspólnego, bo w końcu dlaczego miałaby to zrobić. Ale tu trzeba być konsekwentnym – jeśli przyjmujemy, że każdy ma jakiś własny interes, to mają go również dzieci. A jeśli demokracja ma tę przewagę nad innymi ustrojami, że agreguje interesy wszystkich, to dlaczego nie dać prawa głosu dzieciom. Do osiągnięcia pełnoletności tymi głosami dysponowaliby rodzice, którzy i tak w wielu innych dziedzinach reprezentują swoje potomstwo. Trudno byłoby im zarzucić, że dostają od państwa jakieś „ekstra” głosy, bo w końcu dziecko to też człowiek.

Taki ruch niewątpliwie zmniejszyłby demograficzną przewagę seniorów nad urnami. I byłby prawdziwie sprawiedliwy, w odróżnieniu od programów typu 500+. Niekonwencjonalne sytuacje wymagają niekonwencjonalnych środków. Bo jeśli utrzymane zostanie status quo, to może się okazać, że przyszłe pokolenia zbuntują się, przestaną łożyć na bogate pokolenie swoich rodziców i zerwą kontrakt z przeszłością. Tak jak współcześni seniorzy zrywają go właśnie z przyszłością.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną