Świat

O psie, który uciekł z Aleppo

Międzynarodowa akcja ratowania syryjskiego psa

Aleppo, panorama zniszczeń Aleppo, panorama zniszczeń Jawad al Rifai/Anadolu Agency / Getty Images
Dwie rzeczy wydają się zgoła niemożliwe: po pierwsze, jakoś to przeżyć. Po drugie, wydostać stamtąd psa. Po co narażać życie, by ratować stare zwierzę?
Aleppo to piekło także dla zwierząt.Voice of America Aleppo to piekło także dla zwierząt.

Poniższy tekst ukazał się w POLITYCE 1 listopada 2016 r. i zwyciężył w kategorii „Reportaż prasowy” w 1. edycji Festiwalu Wrażliwego, który nagradza za wyczucie i inspirowanie do działania.

W czasie wojny zwierzęta mają się gorzej niż ludzie. Teraz w Syrii mnóstwo jest bezpańskich psów i kotów. Cierpią głód jak to sieroty. Dostają odłamkami, biegają w szoku. Aleppo znaczy Białe Miasto. Na jasnym kurzu ze zburzonej ściany dobrze widać, skąd leci krew. Niektóre trafiają pod gruzy. Najpierw słychać piski i wycie, potem już tylko cisza.

Wiele rodzin uciekło z Aleppo, ale nie chciało albo zwyczajnie nie mogło zabrać ze sobą zwierząt. Teraz psy wałęsają się po ulicy. Nie rozumieją, co im się przydarzyło. Julie Yaghoon z Syryjskiego Towarzystwa Ratowania Zwierząt (SARA) mówi: – Nie oceniam tych ludzi. Ratuję, co się da.

Czasem syryjskie władze próbują zlikwidować problem. Strzela się do zwierząt albo próbuje je wytruć. Gehenna zwierząt to refren każdej wojny. Giną przypadkowo – jak cywile. Ale i ludzie specjalnie zadają im cierpienie, jakby chcieli się pozbyć własnego. Tak było w Libanie 10 lat temu. Helen Hessayne z organizacji BETA (Bejrut dla Etycznego Traktowania Zwierząt) opowiada, że ich schronisko mieściło się akurat na linii frontu. Codziennie zgarniali znajdy z ulicy. Wtedy też ludzie uciekali przed wojną i porzucali zwierzęta. Czasem zostawiali im chociaż otwarte lodówki. A jak nie ma ludzi, to nie ma też nic w śmietniku.

Dziś w Bejrucie krążą pogłoski, że uchodźcy z Syrii, którzy uciekli do Doliny Bekaa w Libanie, z głodu zabijają i zjadają swoje psy i koty. Helen: – Nie wiem, czy to prawda. Nie chcę, by to była prawda.

Helen czasem myśli, że zwierzęta zasługują na ratunek bardziej niż ludzie. Nie one wywołały wojnę, ale za nią płacą. Helen: – My skarżymy się za nie. W czasie wojny w Libanie ewakuowaliśmy 300 psów. Organizacje takie jak BETA starają się wysyłać zwierzęta do Stanów, Kanady, Francji, Niemiec i Holandii. Mają doświadczenie, a jednak pierwszy raz wolontariusze porwali się na coś takiego.

Sufit na podłodze

Gaby Andrawos poprawia okulary, siedząc w fotelu. Przed wojną mieliśmy normalne życie, opowiada. Byłem inżynierem elektromechanikiem, matka była szefową laboratorium, a brat studiował ekonomię. Nic specjalnego. Mieliśmy dom i psa. Niezwykła była chyba tylko biblioteka mojego ojca. Miał w niej 15 tys. książek. Nie będzie przesadą, jeśli nazwę to skarbem, madame. Ojciec nadal myśli, że uda się to odbudować.

Ale trwała wojna, codziennie działo się coś złego. Udawaliśmy, że przywykliśmy do tego, że w tle cały czas słychać eksplozje. Jednak zwierzęta nie przywykły. Mieliśmy białego futrzastego psa. Miał pysk zupełnie jak u lisa, nazwaliśmy go Fox. Tak bardzo bał się odgłosów wojny, że miał nieustające kłopoty z jelitami. Lekarz tłumaczył, że to z przerażenia. Szykowaliśmy się do wyjazdu, załatwialiśmy formalności, także paszport dla psa. Ale nie zdążyliśmy. Było rano, brat i ja jeszcze spaliśmy. Mama skończyła brać poranny prysznic, kiedy w nasz dom uderzył pocisk. W łazience sufit upadł na podłogę.

Był dom i nagle nie ma domu. To moment, którego nie zapomnę, a bardzo bym chciał. Ale i tak mieliśmy szczęście, bo ani mama, ani nikt z rodziny nie zginął. Sąsiedzi szczęścia nie mieli. Musieliśmy uciekać. Jestem inżynierem, wszystko mam uporządkowane. Zawczasu przygotowaliśmy dokumenty, świadectwa pracy, tłumaczenia. Mama zdecydowała, że ruszamy natychmiast. Fox nie mógł pojechać z nami – my narażalibyśmy jego, a on nas. Uznaliśmy, że lepiej zapewnić mu opiekę na miejscu. Wyjeżdżaliśmy zrozpaczeni, oglądając się za siebie.

To nieprawda, że nie można wyjechać z miasta. Na rogatkach są checkpointy kontrolowane przez rząd. Jeśli dokumenty są w porządku, można jechać. Ale papier to nie kamizelka kuloodporna. Nigdy nie wiadomo, co jest za zakrętem. Baliśmy się najemników, rebeliantów, złodziei. Że rozwali nas pocisk albo że nas po prostu zastrzelą, madame.

Dotarliśmy do Bejrutu, przez rok pracowałem tam jako prosty mechanik. Matka cały czas płakała. Fox i ona zawsze byli nierozłączni. Ciągle powtarzała: musimy go sprowadzić, musimy go uratować. Nie pojmowała, że to nierealne. Jednocześnie nasza rodzina w Montrealu robiła wszystko, by ściągnąć nas do Kanady. Matka pakowała się i powtarzała: musimy odzyskać psa, to la obligation.

Wylądowaliśmy w Montrealu. Znalazłem SPCAI, organizację, która pomaga zwierzętom. Skontaktowali się z następną i następną. Założyli grupę na Facebooku, wszystko koordynowały trzy kobiety, ale zaangażowanych było wiele osób. Liban, Syria, Niemcy, Hiszpania, Stany i Kanada. Organizacje pomocowe i internauci. Cel był jeden: uratować psu życie.

Droga

Wolontariusze SARY na co dzień pomagają porzuconym i rannym zwierzętom w Damaszku. Od domu Foksa w Aleppo dzieli ich tylko 310 km, ale w czasie wojny to przepaść. Nie można było po prostu pojechać po psa i załadować go na pakę. Zresztą kto dobrowolnie pojedzie teraz do Aleppo? Główna droga łącząca miasta była zamknięta. W SARZE długo szukali kogoś, kto odważyłby się jechać naokoło, rozmawiać z żołnierzami, negocjować na blokadach. Ale żaden zawodowy kierowca nie chciał ryzykować życia dla cudzego psa. Zaczęli prosić fanów SARY na Facebooku. Skoro kliknęli, że nas lubią, może rzeczywiście teraz nam pomogą?

Zgłosiła się jedna dziewczyna, Souna. Wyjeżdżała z Aleppo do nadmorskiego Tartous, gdzie jest względnie bezpiecznie. Powiedziała, że zgadza się spróbować. Souna uciekała nocą. Przejechała z Foksem ponad 250 km. W Tartous psa przechwycił ktoś z SARY. Znowu dziewczyna. Pomogła go dostarczyć do Damaszku, do domu Sary Orfali, najważniejszej damasceńskiej ratowniczki. Ta chroniła go przez miesiąc, a organizacja w tym czasie stawała na głowie, by załatwić wszystkie niezbędne papiery i szczepienia. Równolegle szukali kogoś, kto wywiezie psa z kraju. Do Bejrutu to tylko 120 km, ale cel wydawał się nieosiągalny. Przyszedł taksówkarz: zrobię ten kurs dla Foksa.

Był kierowca, samochód, pieniądze na benzynę. Ale nie było specjalnej klatki do przewozu dużych zwierząt. Żadna z doświadczonych syryjskich organizacji nie była w stanie jej załatwić. W mieście, które umiera, akcesoria dla zwierząt to fanaberia.

Bejrut

Była tu noc, gdy Helen, szefowa BETY, odebrała telefon. Kierowca zadzwonił, jak tylko przekroczył granice miasta: udało mi się, inshallah, zaraz będziemy. Helen otworzyła drzwi żółtej taksówki. Zobaczyła sporego białego psa zamkniętego w drucianej klatce dla ptaków.

W Libanie, a już zwłaszcza w Bejrucie, jest teraz spokój. Ale pies był przerażony – wspomina Helen. – Powiedziałabym nawet, że wyglądał, jakby przeszedł jakąś trudną do pojęcia traumę. Następnej nocy Helen odwiozła psa na lotnisko Rafic Hariri. Patrzyła, jak samolot Lufthansy zabiera Foksa, leci do Europy.

Lotnisko

Samolot wylądował we Frankfurcie i pies trafił pod opiekę Amerykanki Meredith Ayan. Szefuje największej międzynarodowej organizacji pomagającej zwierzętom, SPCAI. Organizują program Baghdad Pups, szczeniaki z Bagdadu. Amerykańskim żołnierzom, którzy wracają do domu z zagranicznych misji, pomagają sprowadzić do Stanów psy, które tam przygarnęli. Meredith opowiada, że nazywają to łączeniem rodzin, a o psach mówią: futrzane dzieci. Z Bliskiego Wschodu sprowadzają do Stanów 3–4 psy tygodniowo, to już raczej rutynowa procedura. Ale Fox to była ich najtrudniejsza misja. – W Syrii sytuacja już nie jest zła – mówi Meredith. – Jest niewyobrażalna, niepojęta.

Pieniądze zbierano w internecie. Na transport do Damaszku – 100 dol. Na taksówkę do Bejrutu – 200. Na bilet lotniczy – 3,2 tys. W czasie lotu pies musi mieć specjalną klatkę, z poidłami, kocykiem i wentylacją. To 200 dol. Do tego weterynarz, szczepienia, wizy – kolejne 600. W ciągu kilku dni uzbierało się 4,3 tys. dol. To niewyobrażalna fortuna w targanym wojną kraju, gdzie średnia miesięczna pensja wynosi nieco ponad 100 dol. Czy moralne jest wydawanie takich pieniędzy na transport dla starego psa?

Montreal

Meredith z SPCAI uważa, że ratowali nie tylko psa, ale i jego rodzinę. Właściciele Foksa nigdy nie mieli zamiaru go porzucić. Poruszyli niebo i ziemię, by wydostać psa z Aleppo. A organizacji pomagających zwierzętom w czasie wojny jest o wiele mniej niż tych pomagających ludziom.

Międzynarodowa akcja ratunkowa trwała pięć miesięcy. Aż pewnego dnia w Montrealu zadzwonił telefon: Meredith i Fox weszli na pokład samolotu lecącego do Kanady. Gaby z rodziną popędzili na lotnisko. Na miejscu uprzedzano ich, że trzeba będzie długo czekać. Wreszcie zza drzwi z przyciemnianego szkła wyszła Meredith. W ramionach trzymała duże, białe futro. Foks przetrwał w podróży ponad 10 tys. km. Nie widzieli się rok. Nie zapomniał.

Potem w sieci sypnęły się komentarze. Że to wspaniałe i są jeszcze ludzie na świecie. Że słodki piesek. Że Syryjczycy to też ludzie. Ale też, że to bez sensu, że po co tyle pieniędzy na jakiegoś kundla. Albo że psa to można przygarnąć, ale oni mają wracać, skąd przyjechali.

Kobiety, które organizowały ewakuację Foksa, mówią, że takim akcjom najgłośniej sprzeciwiają się ci, którzy nigdy nikomu nie pomogli. Krytykują trwonienie fortuny na bilet dla psa, ale sami nie rwą się z pomocą. Nie angażują w ratowanie nikogo innego, kto ich zdaniem bardziej zasługiwałby na życie.

Epilog

Ale spotkanie Foksa ze stęsknioną rodziną to jeszcze nie happy end. Fox ma jeszcze pana, który został w zrujnowanym mieście. Ojciec Gaby’ego został w Aleppo. Chorował na polio i dziś nie może się sprawnie poruszać. Został ze swoją matką, która ma 93 lata i nie nadaje się do tego, by uciekać. Czekają. W Aleppo łatwo zginąć w ciągu sekundy, ale umieranie wcale nie przychodzi szybko.

Poza tym ojciec Gaby’ego nie jest futrzastym psiakiem, ale dorosłym mężczyzną. Trudniej mu o lajki.

Joanna Gierak-Onoszko z Toronto

Polityka 45.2016 (3084) z dnia 01.11.2016; Świat; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "O psie, który uciekł z Aleppo"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną