Świat

Dajcie, co obiecaliście

Dojrzewa kolejna arabska rewolta

27 proc. Egipcjan żyje poniżej granicy ubóstwa, odebranie choćby części subsydiowanego przez państwo chleba może spowodować społeczny wybuch. 27 proc. Egipcjan żyje poniżej granicy ubóstwa, odebranie choćby części subsydiowanego przez państwo chleba może spowodować społeczny wybuch. Shawn Baldwin/Bloomberg
Jeszcze Syria płonie, jeszcze kurz buntów z 2011 r. nie opadł, a już coraz wyraźniej widać oznaki kolejnej arabskiej rewolty.
Nigdzie indziej nie ma tyle cierpienia, co w świecie arabskim. Na fot. ulica w Hararze, EtiopiaWikipedia Nigdzie indziej nie ma tyle cierpienia, co w świecie arabskim. Na fot. ulica w Hararze, Etiopia

Biedota demonstruje bez transparentów. Zwłaszcza jeśli nagle ogarnia ją wściekłość, bo w lokalnej piekarni zamiast pięciu dotowanych placków chlebowych na osobę, można dostać tylko trzy. Mieszkańcy egipskiego Disuk, miasta w Delcie Nilu wielkości Tarnowa, dowiedzieli się o nowej regulacji rządu dopiero przy ladzie. Zamiast transparentów skandowali: Wahid, itnejn, aisz fejn? – Raz, dwa, gdzie jest chleb?

Wiadomo, że chleb jest ważny – cóż bardziej powszedniego? Ale w egipskim jak w każdym biednym społeczeństwie chleb to warunek ludzkiej godności i punkt honoru. W Egipcie wszyscy znają powiedzenie, że „nikt nie kładzie się spać głodny”. Życie ponad jednej czwartej spośród 95 mln Egipcjan, tych wegetujących poniżej granicy ubóstwa, zależy od subsydiowanych placków. Są dziesięć razy tańsze niż na wolnym rynku – prawie darmowe.

Chlebowe protesty doczekały się hasztagu w internecie, ludzie żądali ustąpienia prezydenta Sisiego, a władze tak się przestraszyły nagłego pospolitego ruszenia, że zaraz odwołały obcięcie subsydiów. Mimo to incydent z chlebem pokazał, jak łatwo ponownie Egipcjan zmobilizować. Kto głodzi lud, musi odejść. Odliczanie się zaczęło – napisał na fejsbukowym profilu Hamdin Sabahi, były lewicowy kandydat na prezydenta Egiptu.

30 lat wcześniej i w Polsce zaczęło się podobne odliczanie. Wiosną 1988 r. w Hucie im. Lenina robotnicy też strajkowali pod hasłem „Chcemy chleba i wolności”. Przy wszystkich odmiennościach świat arabski po 2011 r. przypomina Polskę po 1980 r. – zwyciężyła kontrrewolucja, zamordyzm, stan wojenny, społeczeństwo obywatelskie przyduszono. Potrzeba było prawie dekady, by ludzie ruszyli ponownie. Andrzej Paczkowski w książce „Rewolucja i kontrrewolucja 1980–1989” pisze, że rewolucja zaczęła się już w 1980 r., ale dopiero lata 1988–89 można nazwać jej finałem. Czy, podobnie jak Polska po 1980 r., świat arabski po 2011 r. dopiero teraz przygotowuje się do finałowej rozgrywki?

Momentu wybuchu i przebiegu rewolucji nie da się przewidzieć, ale jedna publikacja przepowiedziała arabską wiosnę. Był to raport Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) z 2009 r. o kondycji społeczeństw arabskich. Nie mówił wprost o nadchodzącej rewolcie, ale dokumentował problemy: deficyt godności, wolności i frustrująca sytuacja kobiet. ONZ kilka miesięcy temu wydała nowy raport o młodzieży w państwach arabskich – 30-latków i młodszych jest prawie 70 proc. Lektura ta musi wywołać ból brzucha każdego arabskiego władcy, bo niechybnie przepowiada nową rewoltę. Te same problemy, które doprowadziły do buntów w 2011 r., występują dziś ze wzmożoną mocą. – Daje się wyczuć rewolucyjny nastrój – uważa Georges Fahmi, egipski politolog w European University Institute we Florencji. – Jednak tym razem jest inaczej niż w 2011 r. Dzisiejsza fala wystawia władzy rachunek: dajcie, co obiecaliście, zadbajcie o nas.

W 2011 r. demonstranci domagali się chleba, wolności i sprawiedliwości społecznej. Teraz jest tego jeszcze mniej. Gospodarki Egiptu, Iraku czy Libanu nie mogą zaspokoić rozbudzonych po 2011 r. oczekiwań. UNDP szacuje, że do 2020 r. potrzebne będzie 60 mln miejsc pracy dla wchodzących na rynek młodych Arabów. Już dziś jedna trzecia z nich nie znajduje zatrudnienia. Wszędzie też rośnie dług publiczny. Nawet w bogatej w ropę Algierii, gdzie większość dochodów budżetowych pochodzi z eksportu tego surowca. Za 10 lat zniknie 60 proc. dzisiejszych dochodów państwa – rezerwy pokryją zaledwie narosły w tym czasie dług, a co dalej?

Egipt do reform

W Egipcie naobiecywano wiele, a nie zreformowano systemu. Dług wewnętrzny przekracza 100 proc. PKB. To dwa razy tyle co za Hosniego Mubaraka przed 2011 r. Już i tak wielki sektor publiczny powiększył się o kolejny milion zatrudnionych. Gospodarka podupadła do tego stopnia, że rząd musiał w grudniu 2016 r. wziąć 12 mld dol. pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Fundusz zażądał zaś reform. Zdewaluowano funta egipskiego, stopniowo cięto subsydia: najpierw na paliwo, co uderzyło głównie w klasę średnią, a następnie na chleb – to rozjątrzyło biednych. Ceny żywności wzrosły błyskawicznie – olej spożywczy podrożał o 60 proc. – a inflacja przekroczyła 40 proc. Przed 2011 r. cena chleba też rosła o kilkadziesiąt procent rocznie – uważano, że przyczyniło się to do wybuchu rewolt.

Słabe gospodarki nie mogą sobie pozwolić na tak wyśrubowane wydatki socjalne – muszą je jakoś ciąć. Ale tu nie ma dobrych rozwiązań: cięcia wzmagają niezadowolenie.

Naprawiać upadającą gospodarkę próbowały i rządy PRL w latach 80. Dużą reformę gospodarczą realizowali Messner i Rakowski. Te reformy – jak dziś w Egipcie – spowodowały kilkudziesięcioprocentowe zwyżki cen podstawowych produktów, dotknęły więc najuboższych. O ile w systemie opartym na społecznym zaufaniu, gdzie można zyskać przyzwolenie na zaciśnięcie pasa, takie reformy mogłyby się udać, o tyle w społeczeństwach nieufających władzy są skazane na porażkę. Tym bardziej, jeśli nadal chronią uprzywilejowanych.

Władze Egiptu zaczęły od cięcia subsydiów, ale jednocześnie doprowadziły do jeszcze większej dominacji gospodarczej armii. Nieopodatkowane monopole – od fabryk farmaceutyków i hut po gospodarstwa rolne i stacje benzynowe – znajdują się w rękach wojskowych, a nie prywatnych przedsiębiorców. Armijny biznes chronią byli oficerowie na stanowiskach politycznych – od prezydenta po ministerstwa gospodarki czy zaopatrzenia. Za prezydenta Sisiego pensje w armii wzrosły o 35 proc. Elita szuka oszczędności nie u siebie, tylko w kieszeniach 27 proc. Egipcjan żyjących poniżej granicy ubóstwa.

Tłamszenie opozycji

60 tys. więźniów politycznych – tylu, ilu dziś w Egipcie – nie siedziało nawet w stalinowskiej Polsce. Opozycja polityczna, religijna, dziennikarze, aktywiści NGO. Kolejne tysiąc osób zaginęło bez śladu. Tylko ciała nielicznych znaleziono. Zwłoki Giuliego Regeniego, włoskiego doktoranta z Oxfordu, który badał egipskie związki zawodowe, nosiły ślady tortur. Urzędniczka z egipskiej Tanty, Sanaja Al-Faki, z kolażu fotografii zaginionych albo zabitych kolegów utworzyła swoje zdjęcie profilowe w mediach społecznościowych. Odkąd w ubiegłym roku zaostrzono prawo o organizacjach pozarządowych, NGO praktycznie nie mogą działać. Wyproszono amerykańskie i niemieckie fundacje. Dwa miesiące temu zamknięto Nadim, Centrum Rehabilitacji dla Ofiar Przemocy i Tortur – pracownicy zastali zaplombowane drzwi biura.

Zakrawające na totalitaryzm ograniczanie wolności dotyczy nie tylko Egiptu. W marcu za pocałunek w policzek i rękę na ramieniu policja zatrzymała dwoje młodych Algierczyków: Thinhinan Makaci i Mumuha Kadi, przy stacji metra La Grande Poste w Algierze. Mieli zakłócać porządek publiczny przez obrazę moralności. Media społecznościowe aż huczą: „Znowu to samo… Nie można kochać, myśleć, mówić, pisać” – napisał Said Salhi, wiceprezydent Algierskiej Ligi Ochrony Praw Człowieka. Kilka dni później sąd okręgowy w algierskim Akbu umieścił 36 osób pod nadzorem za przynależność do „zakazanej” grupy religijnej – reformatorskiego odłamu islamu o nazwie ahmadijja. Tłamszenie opozycji, mniejszości religijnych, zbuntowanej młodzieży, działaczy NGO samo w sobie nie musi przyspieszać rewolucyjnego momentu – ta część społeczeństwa rzadko jest w większości. Co jednak może się stać, gdy dołączą do niej przyciśnięte biedą masy?

Amerykański historyk Crane Brinton uważał, że pierwszym i podstawowym warunkiem rewolucji jest powszechność niezadowolenia. Demonstracje w sprawie chleba pokazują, że klasy najniższe, zależące od subsydiów na żywność, mogą połączyć się w gniewie z klasą średnią, w którą uderzyło obcięcie subsydiów na paliwo. A jeśli do tych dwu grup dołączy wpływowa elita – powszechność niezadowolenia jest gwarantowana.

Próbuje się też wyliczyć czas buntu. Według OECD protesty w Afryce Północnej w latach 1996–2011 z dużą regularnością osiągały punkt kulminacyjny co 5–6 lat. Taki moment powinien nadejść już wkrótce. Po 2011 r., gdy demonstracje wyssały z ludzi społeczną energię, trudno było oczekiwać nowych zrywów. Lecz im więcej czasu upływa i im bardziej rośnie niezadowolenie, tym więcej energii nabiera społeczeństwo obywatelskie.

Ostentacyjny brak przyzwoitości – to ona może pogrzebać obecne władze. Nieprzyzwoity jest rząd, który pozwala, by w środku gorącego lata w ciepłym klimacie przez wiele tygodni nie wywożono śmieci z prawie półmilionowego miasta. Tak było w Bejrucie w 2015 r. Zakumulowana wściekłość mieszkańców znalazła ujście w ponad 100-tysięcznych antyrządowych demonstracjach. W ubiegłym miesiącu demonstranci obrzucili libańskiego premiera pustymi butelkami po wodzie. Przynieśli transparenty z hasłem „Nie zapłacimy”, bo nie godzą się na podwyżkę podatków. Jak tu w ogóle płacić podatki państwu, które od 12 lat nie uchwaliło budżetu, a obecny parlament urzęduje już ósmy rok, bo siły polityczne nie mogą się dogadać co do rozpisania nowych wyborów?

Korupcja w Iraku

W irackim Kurdystanie nauczyciele i policjanci od miesięcy nie dostają pensji, co tłumaczy się brakiem pieniędzy w budżecie, a według Transparency International Irak – obok Libii, Jemenu i Syrii – jest jednym z 10 najbardziej skorumpowanych państw świata. Mógłby być drugim Katarem – to czwarty największy producent ropy na świecie – ale regularnie połowa pieniędzy w tym kraju znika bez śladu. Rokrocznie w irackiej armii ponad 500 mln dol. ulatnia się w rzekomych żołdach dla nieistniejących żołnierzy. Obronność kosztuje więcej niż służba zdrowia. Według szwedzkiego Instytutu Badań nad Pokojem SIPRI wydatki na zbrojenia na Bliskim Wschodzie o 65 proc. przewyższają światową średnią. Nawet jeśli region rzeczywiście potrzebuje silnej armii, to pieniądze nie trafiają do niej jako do instytucji, tylko do indywidualnych kieszeni. W lutym w Bagdadzie przeciw korupcji demonstrowało 50 tys. osób.

Uniwersytet w Princeton i Arab Reform Initiative przeprowadzają w 12 państwach arabskich badania opinii publicznej pod nazwą Arab Barometer. W ostatnim sondażu ponad 80 proc. mieszkańców 10 krajów uznało sytuację ekonomiczną i korupcję za dwa największe problemy ich państw. ONZ korupcję nazywa „niewidzialnym gwoździem do trumny rozwoju”. Rodzi ona takie poczucie niesprawiedliwości, że zamiast widzieć w instytucjach opiekuna, ludzie unikają ich jak pijawek. W egipskiej sieci krążą klipy dokumentujące korupcję urzędników. Sympatycznego policjanta w okularach przeciwsłonecznych, który wyłudza pieniądze za zwrot prawa jazdy, obejrzało pół miliona internautów. Nikogo zresztą policjant nie dziwi, bo przykład idzie z samej góry.

Postulat sprawiedliwości społecznej pogrzebano na najwyższym szczeblu. Obalonego w 2011 r. Mubaraka oskarżano o wydanie nakazu strzelania do demonstrantów, korupcję i inne nadużycia władzy. Proces trwał sześć lat. W marcu sąd Mubaraka uniewinnił i wypuścił. Nie chodzi o to, żeby go wieszać, ale całkowite uniewinnienie unieważnia całą tę rewolucję, a jej postulaty miesza z błotem. Symbolicznie ujawnia też, że Sisi to reinkarnacja Mubaraka. I tak jak Mubarak pod koniec rządów, tak Sisi zaczyna tracić poparcie. Popularny prorządowy prezenter telewizyjny Ahmad Musa przeprowadził niedawno szybki sondaż twitterowy. Zapytał: „Czy poparlibyście Sisiego na drugą kadencję?”. Gdy okazało się, że wyniki nie idą po jego myśli – 81 proc. odpowiedziało, że nie – zamknął swoje konto, a publicznie ogłosił, że zhakowali je „tureccy wywrotowcy”.

Potrzeba silnej ręki

Czy ciągłe doświadczenie przemocy zniechęci ludzi do buntu? Wolność, sprawiedliwość społeczna, a nawet chleb nie są przecież ważniejsze od bezpieczeństwa. Nie ma drugiego tak przeżartego przemocą regionu jak świat arabski. Na obszarze, na którym mieszka tylko 5 proc. ludności globu, umiera prawie 70 proc. wszystkich ludzi ginących na polu walki. W 25-leciu po 1989 r. odsetek ten był ponaddwukrotnie niższy. Większość uchodźców pochodzi z krajów arabskich i w nich przebywa – tam też w 2014 r. zorganizowano połowę wszystkich zamachów terrorystycznych. Nigdzie indziej nie ma tyle cierpienia.

Wojna w Syrii mogła zdemobilizować Jordańczyków. Obserwując tragedię sąsiadów, woleli już zostać ze starym królem, niż próbować szczęścia z jakąś nową nieznaną władzą. Algierczycy zaś sami przyznają, że pamięć o la decenie noire – czarnej dekadzie lat 90., kiedy to zginęło ponad 100 tys. osób – zniechęciła ich do rewolty w 2011 r. Kto nie przyzna jednak, że nawet do wojny, szczególnie jeśli przeciąga się latami, można się przyzwyczaić? Słynny psycholog społeczny Gordon Allport uważał, że „agresja rodzi agresję”, a Hannah Arendt pisała o banalności zła: gdy jest go wiele, przestaje szokować. Wojny w Syrii, Jemenie, Libii czy Iraku niekoniecznie zahamują przyszłe bunty. Co innego może je za to odsunąć w czasie: zamachy terrorystyczne. Wracający z Iraku i Syrii dżihadyści – mowa tu o 16 tys. ludzi – przeniosą terror z powrotem do swoich ojczyzn. Zamachy w Niedzielę Palmową na Koptów w Egipcie są tego przykładem.

Zmiany może też hamować polityka międzynarodowa, a szczególnie jej najbardziej prominentni przedstawiciele: Stany Zjednoczone i Rosja. Gdyby trzymać się warunków rewolucji wyliczonych przez wspomnianego Brintona, bunty nie nastąpią dopóty, dopóki władze nie znajdą się w międzynarodowej izolacji. Na taką izolację nic w najbliższej przyszłości nie wskazuje. Władimir Putin i Donald Trump wyznają kult przywódcy i z pewnością łączy ich przekonanie, że Arabowie potrzebują rządów silnej ręki. Putin wspiera Baszara Asada w Syrii i gen. Chalifę al-Haftara – nowego Kaddafiego – w Libii. Trump zaś wyraża podziw dla Sisiego i jego „fantastycznej roboty”. Z drugiej jednak strony w latach poprzedzających bunty 2011 r. państwa arabskie z pewnością nie były izolowane, a mimo to do rewolty doszło.

Arabska wiosna jeszcze nie przyniosła długotrwałych zmian politycznych. Cały region przechodzi jednak przeobrażenia społeczne, które – według francuskiego tuza historii Fernanda Braudela – charakteryzuje tzw. długie trwanie, la longue durée. Ich tempo jest inne niż rytm historii faktograficznej, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Nawet rewolucje wynikają z ewolucyjnych procesów. Czy zdarzyłby się nasz 1989 r., gdyby nie 1980, 1970, 1956 i to, z czym mieliśmy do czynienia pomiędzy? Kiedy więc Arabowie obudzą się na nowo – nie wiadomo. Ale na to, że tak się stanie, można stawiać.

*** 

Autorka jest analityczką Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Polityka 16.2017 (3107) z dnia 18.04.2017; Świat; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Dajcie, co obiecaliście"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną