Muhamad Ikhlaq żył z rodziną w mieście Noida, w północnym Uttar Pradesz. To najludniejszy stan Indii – ma ponad 200 mln mieszkańców. I co piąty z nich jest muzułmaninem. Tak jak Ikhlaq, który we wrześniu 2015 r. został zlinczowany przez tłum hindusów – wpadli do jego domu z pałkami i cegłami. Chwilę wcześniej z głośników w nieodległej hinduistycznej świątyni rozległo się wezwanie bramina do ukarania Ikhlaqa za rzekome zabicie ukradzionego cielaka. 52-letni mężczyzna zmarł. Aresztowano kilkunastu podejrzanych, ale równolegle wszczęto postępowanie przeciw rodzinie Ikhlaqa. Krewnych oskarżono o sprawianie mięsa z krowy, która dla wyznawców hinduizmu jest zwierzęciem o niemal boskim statusie, a jej ubój i przetwórstwo są ściśle regulowane. Z domu pobrano próbkę mięsa, które okazało się baraniną.
Postępowanie trwa, oskarżeni zostali także bramin wzywający do ataku oraz lokalny lider Indyjskiej Partii Ludowej (BJP), największego prawicowego ugrupowania, które od 2014 r. rządzi Indiami. Ważniejsze niż wyrok sądu dla społeczności Uttar Pradesz były jednak słowa Yogiego Adityanatha, lokalnego duchownego. To on zażądał oskarżenia rodziny Ikhlaqa, wezwał też do uwolnienia oskarżonych o morderstwo. 44-letniego kapłana otacza uwielbienie zarezerwowane dla najbardziej wpływowych guru i idoli religijnych, silniejsze niż jakiekolwiek sympatie polityczne. Yogi Adityanath ma nie zwolenników, lecz wiernych. A także prywatną armię. I wkroczył na sam środek sceny politycznej Indii.
W dwa lata po zabójstwie Ikhlaqa, w marcu tego roku, Adityanath został premierem Uttar Pradesz. Podlegający mu delegaci są kluczową, bo wyjątkowo liczną, grupą w parlamencie Indii. A to czyni Yogiego trzecią najbardziej wpływową osobą w państwie, tuż po premierze Narendrze Modim oraz przewodniczącym rządzącej partii – Amicie Shahu.