Świat

Gra w chińczyka

Jak Chińczycy ustawiają europejskie mecze

Łotewski bramkarz zespołu Athlone Igor Labuts musiał wiedzieć, kiedy puścić trzy gole. Łotewski bramkarz zespołu Athlone Igor Labuts musiał wiedzieć, kiedy puścić trzy gole. Oliver McVeigh / Getty Images
Dlaczego azjatyckie mafie stawiają miliony dolarów na wyniki II ligi rumuńskiej czy III portugalskiej? Bo wiedzą, jakie te wyniki będą.
Piłkarze irlandzkiego zespołu Athlone (w niebieskich strojach), choć wloką się w ogonie drugiej ligi, nagle stali się sławni.EAST NEWS Piłkarze irlandzkiego zespołu Athlone (w niebieskich strojach), choć wloką się w ogonie drugiej ligi, nagle stali się sławni.

Athlone to najstarszy irlandzki klub piłkarski, z siedzibą w nazywającym się tak samo miasteczku, niemal dokładnie w geograficznym środku wyspy. I choć w swoją 130. rocznicę założenia zespół kołacze się w ogonie miejscowej drugiej ligi, to niespodziewanie dla własnych kibiców znalazł się w krajowym centrum zainteresowania.

Uwagę Irlandczyków przykuł przegrany przez Athlone mecz z końca tego sezonu, w którym ich łotewski bramkarz w zawstydzającym stylu wpuścił łącznie trzy gole. Golkiper tłumaczy się, że jest po prostu słabym sportowcem, bo „gdyby był dobry, to grałby w Realu Madryt”. Innego zdania jest lokalny związek piłkarski, który w zeszłym tygodniu zakończył śledztwo w sprawie spotkania i teraz najprawdopodobniej skieruje do sądu pozew o ustawienie wyniku.

Podejrzenia wzięły się stąd, że choć na trybunach grę śledziło ledwie 400 osób, to w zakładach bukmacherskich w Malezji, Indonezji oraz na Filipinach precyzyjnie obstawiono, że do przerwy padną dwa gole, a w całym meczu w sumie cztery – wypłaty za przewidzenie takiego scenariusza wyniosły równowartość 2,5 mln zł. Zdaniem śledczych za przekrętem mają stać chińscy oszuści, którzy od kilku lat ustawiają wyniki w całej Europie.

Europejskie władze piłkarskie, czyli UEFA, jeszcze w 2014 r. wskazały aż 17 podejrzanych spotkań, w których grał bramkarz z Athlone. Przed pojawieniem się w Irlandii Łotysz występował między innymi w portugalskim Atlético CP. Obie drugoligowe drużyny należą do grupy kapitałowej, na której czele stoi 34-letni Eric Mao. W rzeczywistości nazywa się Mao Xiaodong, urodził się w Pekinie i skończył historię na jednym z najlepszych krajowych uniwersytetów. W 2011 r., po kilkuletniej przygodzie w roli dziennikarza sportowego, został licencjonowanym agentem piłkarskim. A później szefem grupy, która zarabia fortunę na ustawianiu wyników spotkań.

Fałszywe mecze, prawdziwe pieniądze

Mechanizm jest prosty: oszuści wyszukują w mało prestiżowych ligach kluby z problemami finansowymi, przejmują je, a potem sprowadzają zaufanych ludzi. Zimą, po wejściu zagranicznego inwestora do Athlone, drużynę zasiliła liczna grupa obcokrajowców (od zwykłych piłkarzy, przez trenera po członków zarządu), których łączyło przede wszystkim to, że ich nazwiska przewijają się w historii podejrzewanych o sprzedawanie meczów zespołów od Portugalii aż po Litwę. Według ekspertów od korupcji grupa Mao zaangażowała się finansowo w około 20 klubach w całej Europie.

Trzy lata temu pojawiła się także w Polsce, próbując swoich sił z Flotą Świnoujście. I tym razem Chińczycy proponowali wiecznie niedofinansowanej drużynie spore pieniądze oraz transfer kilku zagranicznych graczy (jak się potem okazało o podejrzanej reputacji), jednak po tym, jak UEFA podniosła alarm w sprawie dziwnych zakładów, Polacy zerwali rozmowy.

Niezrażeni podwładni Mao chętnie podejmują negocjacje z klubami na Łotwie czy w Rumunii, bo interes jest więcej niż opłacalny: tylko z zakładów na wspomniany mecz Athlone oszuści mieli zarobić więcej, niż włożyli w przejęcie drużyny. Podobny model biznesowy stosują więc z powodzeniem inni przestępcy.

Tego samego dnia, gdy w Irlandii zamykano postępowanie w sprawie Athlone, w Hiszpanii przed sądem zeznawał trener oraz czterech graczy trzecioligowego Eldense. Policja oskarża całą grupę o związki z włoską mafią, która pod przykrywką funduszu inwestycyjnego kontrolowała nie tylko ten klub, ale także oddalonego o niecałą godzinę jazdy samochodem konkurenta. Europejscy gangsterzy okazali się bardziej kreatywni od azjatyckich – oprócz ustawiania wyników, do swoich drużyn angażowali młodych zawodników, których zamożne rodziny były gotowe płacić za ich grę. W ciągu jednego sezonu barwy Eldense przywdziało więc ponad pół setki piłkarzy.

Niejakim pocieszeniem jest to, że faktycznie wybiegali na murawę. Bo innym popularnym trendem wśród przestępców jest obstawianie meczów, które w ogóle się nie odbywają. Starcie młodzieżowych reprezentacji Malediwów z Turkmenistanem w 2012 r., towarzyskie mecze Ulisa z Gandzasarem w Armenii oraz Freamunde z Ponferradiną w Portugalii (oba w 2014 r.) czy białoruski pojedynek Słucka z Szachciorem w 2015 r. to tylko kilka fikcyjnych spotkań – prawdziwe były za to robione na nie zakłady oraz wygrane wypłacone oszustom z Dalekiego Wschodu.

Azjatycki łącznik

Wspólny raport paryskiej Sorbony oraz Międzynarodowego Centrum Bezpieczeństwa Sportu (organizacji pozarządowej badającej między innymi poziom uczciwości w sporcie) stwierdza, że co roku oszuści zarabiają około 140 mld dol. na zakładach. To jedynie przybliżone szacunki, bo mimo że na rynku działa kilka tysięcy firm oferujących przyjmowanie zakładów – mieszczących się przede wszystkim w Gibraltarze i na Malcie – to przestępcy korzystają chętniej z bukmacherów operujących w szarej strefie. A ponad połowa z nich działa w Azji, dlatego po najpopularniejszym na świecie futbolu kolejnym najbardziej zagrożonym sportem jest krykiet, a w dalszej kolejności tenis, koszykówka i badminton.

Choć krykiet wciąż jest uważany nad Wisłą za grę brytyjskich dżentelmenów, to prawdziwie masową popularnością cieszy się w dawnych brytyjskich koloniach – Pakistanie oraz Indiach. W 2011 r. trzej reprezentanci tego pierwszego kraju zostali skazani na kary więzienia za zgodę na skiksowanie konkretnych zagrań podczas spotkania z Anglią: wszyscy bez mrugnięcia okiem przyjęli pieniądze od dziennikarzy londyńskiej bulwarówki, podających się za przedstawicieli bukmacherskiej mafii.

Przed skandalem nie uchronił się nawet tak egzotyczny sport jak sumo. Sześć lat temu Japończykami wstrząsnęły wiadomości, że zapaśnicy niższych dywizji w ich sporcie narodowym uczestniczyli w ustawianiu walk na potrzeby zakładów bukmacherskich – w telefonach komórkowych zarekwirowanych przez policję znajdowały się esemesy określające nawet sposób, w jaki przegrywający zawodnik ma się przewrócić.

Centrala światowej mafii bukmacherskiej długo mieściła się w Singapurze. Wśród tamtejszej ludności hazard zawsze był popularny, a miejscowi oszuści zdobywali szlify na ustawianiu wyników malezyjskiej ligi piłkarskiej. Dwie dekady temu oba kraje nadwyrężyły z tego powodu stosunki dyplomatyczne, gdy rząd w Kuala Lumpur oskarżył sąsiadów o „drukowanie” ponad 70 proc. meczów w lidze. W połowie lat 90. zaprawieni w bukmacherskich przekrętach Singapurczycy wypłynęli więc na szerokie wody – dzięki doskonałym międzynarodowym połączeniom lotniczym, powszechnie akceptowanemu na świecie paszportowi, znajomości kilku języków i dużej chińskiej diasporze, która zapewniała kontakty z inwestorami z Państwa Środka.

Najbardziej znany przedstawiciel tej grupy to Wilson Raj Perumal, trzykrotnie skazywany w ojczyźnie, a potem także w Finlandii i na Węgrzech (skąd być może jeszcze w tym roku zostanie wydalony do Singapuru) – u szczytu swojej kariery miał m.in. ustawiać niektóre mecze na igrzyskach olimpijskich w Atlancie i Pekinie, a także spotkania decydujące o awansie Nigerii na mistrzostwa świata w piłce nożnej w RPA. Eksperci od tropienia oszustw ze wspomnianego Międzynarodowego Centrum Bezpieczeństwa Sportu zdradzili niedawno w mediach, że mieli oko na Mao Xiaodonga, właśnie od kiedy zaczął się zadawać z Perumalem.

Precyzja co do sekundy

Mao i jego wspólnicy działają jednak w zupełnie innej rzeczywistości niż generacja Perumala. Globalizacja i masowe upowszechnienie internetu otworzyły hazardzistom drogę do obstawiania niemalże dowolnych dyscyplin sportowych na którymkolwiek poziomie rozgrywek i w jakimkolwiek miejscu na świecie. A to pozwala na bardziej wyrafinowane oszustwa.

Firmy oferujące zakłady samodzielnie ustalają kursy na najważniejsze rozgrywki – od Wimbledonu, przez mistrzostwa świata w krykiecie, po El Clásico, czyli starcie Realu z Barceloną. Ale nawet te największe nie są w stanie skutecznie śledzić spotkań w drugich i trzecich ligach ekwadorskich, rumuńskich itd. Z pomocą przychodzi im Big Data, czyli obszerne cyfrowe zbiory danych, na podstawie których można prognozować trendy.

Serwis Betradar na bieżąco zbiera wszystkie możliwe statystyki sportowe na świecie i przepuszcza je przez specjalny algorytm, który pozwala z dużym przybliżeniem przewidzieć przyszłe wyniki. Serwis sprzedaje te przewidywania i sugestie bukmacherom, a ci są w ramach umowy zobowiązani do informowania na bieżąco o ustalanych przez siebie kursach, dzięki czemu algorytm jest na bieżąco aktualizowany – Betradar codziennie dokonuje w ten sposób prawie 5 mld poprawek w swoich przewidywaniach.

Sztuką nie jest więc dziś po prostu ustawić zawczasu wynik, tylko tak pokierować rozgrywką, by w ustalonym momencie doszło do zdarzenia przeczącego statystykom. Zwłaszcza że dzięki internetowi każdy może obstawiać rozgrywki na bieżąco w czasie ich trwania.

Na przykład w futbolu im bliżej końcowego gwizdka, tym więcej można zarobić na zakładzie, że padnie jeszcze jeden gol (bo piłkarze są zmęczeni, drużyna z bardziej korzystnym wynikiem gra na czas itd.). I tak w podejrzanym meczu Athlone ostatnią bramkę strzelono w 92. minucie, kilka chwil po tym, jak algorytm zanotował nagłe obstawienie takiej możliwości w zakładach na Dalekim Wschodzie.

Opłata za pudło

Największe pieniądze można zarobić właśnie na mniej popularnych wydarzeniach, bo z reguły brakuje na nich profesjonalnych sprawozdawców, a aktualizacja kursów dokonuje się na podstawie relacji przesyłanych w czasie rzeczywistym przez specjalnie desygnowanych skautów. Ci ostatni zarabiają jednak na swojej usłudze bardzo niewielkie sumy, więc łatwo ich przekupić – jeżeli ze statystyki wynika, że pałkarz w meczu bejsbola bez problemu odbije piłkę, ale w rzeczywistości zapłacono mu za spudłowanie, a skautowi za opóźnienie relacji o minutę, to oszuści zdążą w odpowiednim momencie obstawić przeciwną możliwość i z nawiązką odbić sobie koszty takiej operacji.

W ciągu dekady zmienił się też geograficzny punkt ciężkości bukmacherskiej mafii. Większość rodaków Perumala zajmujących się sportowymi oszustwami została z czasem aresztowana – za granicą bądź w ojczyźnie, gdzie ustawa o bezpieczeństwie publicznym pozwala na bezterminowe trzymanie za kratami nawet bez procesu.

Teraz pole przejęli Chińczycy, tak w ustawianiu rozgrywek, jak i czerpaniu z nich korzyści. To ostatnie widać dziś zwłaszcza na Filipinach, które wraz z Wietnamem i Kambodżą należą do ostatnich państw w regionie zezwalających na obstawianie wyników przez telefon – w zeszłym roku taką możliwość ostatecznie zlikwidowało Makau, a wcześniej zrobiły to także Australia oraz Singapur.

Wszystkie kasyna w Manili mają sale VIP zarezerwowane dla klientów grających o najwyższe stawki, a w każdej z nich są telefony obsługiwane przez operatorów mówiących płynnie po mandaryńsku i formalnie obstawiających we własnym imieniu, choć w rzeczywistości wykonujących jedynie polecenia dzwoniących: taki system pozwala Chińczykom na uniknięcie odpowiedzialności karnej w ojczyźnie, bo hazard w Państwie Środka jest nielegalny poza Makau i Hongkongiem. Według sprawozdań finansowych filipińskich kasyn tylko w zeszłym roku wysokość zakładów w takich VIP-roomach uległa podwojeniu i wyniosła równowartość 27 mld dol., przy czym aż 85 proc. tej sumy przypadło na zlecenia na telefon.

Znani i bezkarni

Dzięki Big Data większość oszustw jest dziś stosunkowo szybko wykrywalna. Sportradar, firma należąca do tej samej korporacji co Betradar, korzysta z jej algorytmu i wyłapuje odbiegające od normy zachowania obstawiających. Od dłuższego czasu współpracuje z kilkoma europejskimi ligami. To właśnie pracownicy Sportradaru podnieśli alarm w sprawie Athlone, ale niestety na tym przykładzie najlepiej widać, że sama wiedza nie równa się sprawiedliwości. Firma od prawie dekady prowadzi kartotekę 250 tys. nazwisk osób przewijających się przez profesjonalną piłkę (od zawodników, przez sędziów i trenerów, aż po agentów piłkarskich) i nieoficjalnie śledzi poczynania tych podejrzewanych na podstawie algorytmu o ustawianie meczów. Choć tacy ludzie jak Mao są jej więc doskonale znani jeszcze przed popełnieniem przestępstwa, to bez złapania ich za rękę wyjątkowo trudno doprowadzić winnych do skazania.

Sportradar ocenia, że co roku tylko w Europie rozgrywanych jest 300 oszukanych spotkań, a mimo to od początku dekady w ligach europejskich tylko 14 przypadków zakończyło się prawomocnymi wyrokami. Obstawiający na Dalekim Wschodzie czują się anonimowi, a zamieszani w proceder sportowcy mogą się – wzorem łotewskiego bramkarza – skutecznie tłumaczyć, że „są po prostu słabi”.

Czasem praworządność potrafi jednak zatriumfować w niespodziewanych okolicznościach. W listopadzie 2015 r. największa na świecie federacja mieszanych sztuk walki UFC organizowała galę w Korei Południowej. Występujący na niej miejscowy zawodnik Tae Hyun Bang dostał od tamtejszej mafii łapówkę w zamian za podłożenie się przeciwnikowi, na którego był korzystniejszy kurs – zachłanny Koreańczyk przez podstawioną osobę również postawił duże pieniądze na własną przegraną. Ale niespodziewana jednostronność podejrzanych hazardzistów została wyłapana przez algorytm i organizatorzy gali przeprowadzili z oboma zawodnikami ostrą rozmowę tuż przed ich wyjściem do walki. Tae Hyun Bang tak się nią przejął, że ostatecznie wygrał pojedynek, ale po jakimś czasie sam zgłosił się na policję, bo gangsterzy grozili mu śmiercią, jeżeli nie odda im utraconego 1,5 mln dol. Jak widać, karma też potrafi czasem wypłacić należne.

Polityka 28.2017 (3118) z dnia 11.07.2017; Świat; s. 45
Oryginalny tytuł tekstu: "Gra w chińczyka"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Na północ od Madrytu – kastylijskim szlakiem zamków i wina

Niecałe trzy godziny lotu do hiszpańskiej stolicy i krótka jazda samochodem przenoszą nas w samo serce Krainy Zamków. Teraz jest najlepszy moment, bo tłumy turystów zniknęły, a winiarze z La Rioja czekają z poczęstunkiem.

Paweł Moskalewicz
25.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną