W Wenezueli wrze. Tak wygląda dyktatura w praktyce

Chaos i dyktatura
Protest przeciwko wyborom do Konstytuanty odbył się też w Hiszpanii.
Sergio Perez/Reuters/Forum

Protest przeciwko wyborom do Konstytuanty odbył się też w Hiszpanii.

Opozycja wzywa do dalszych protestów. Jednak każde wyjście na demonstrację to w Wenezueli ryzykowanie życia. Jak długo ludziom wystarczy odwagi? Możliwych jest kilka wariantów rozwoju wypadków. Oto trzy spośród nich.

Pierwszy – wojskowy zamach stanu, choć nie wiadomo, czy taki zamach byłby wymierzony tylko w opozycję (wiele ofiar śmiertelnych, masowe aresztowania) czy także w prezydenta Madura. Wysokie szarże wojska były do tej pory lojalne wobec rządu, ale nie musi tak być zawsze. W ostatnim czasie aresztowano krytycznych wobec prezydenta oficerów, więc wolta generalicji nie jest całkowicie nie do pomyślenia. Gdyby wojsko zechciało usunąć Madura, rodzi się pytanie, czy byłoby skłonne przeprowadzić szybko nowe wybory i oddać władzę cywilom. Doświadczenia latynoamerykańskie z XX w. nie są zachęcające.

Drugi – jakiś rodzaj okrągłego stołu, transformacja negocjowana. W obozie władzy pojawiały się ostatnio rysy i pęknięcia. Prokurator generalna Luisa Ortega, do niedawna arcylojalna chavistka, nazwała działania prezydenta Madura przeciwko parlamentowi zamachem stanu. Za karę zablokowano jej konta bankowe i zakazano wyjazdu z kraju. Niektórzy sugerują – przywołując przykład transformacji w RPA – że prokurator Ortega mogłaby stać się wenezuelskim Frederickiem De Klerkiem (który reprezentował obóz rządowy białej mniejszości w rozmowach z Afrykańskim Kongresem Narodowym Nelsona Mandeli).

Trzeci – to otwarta dyktatura Madura i pogłębiający się chaos, walki uliczne bojówek, policji i zwykłych obywateli, być może głód i plądrowanie sklepów, a na końcu ślepy bunt. Wenezuela ma za sobą doświadczenie tego rodzaju rebelii. W 1989 roku, po wprowadzeniu surowego programu oszczędnościowego w myśl neoliberalnych wierzeń, biedota ze slumsów okalających Caracas zeszła ze wzgórz do miasta i zaczęła je plądrować, napadać na sklepy, na mieszkania prywatne, rabować, czasami też zabijać mieszkańców. Rząd wysłał wojsko, co zakończyło się ogromną masakrą, według oficjalnych danych zginęło około 300 osób, według nieoficjalnych – ponad dwa tysiące. Zamordowanych grzebano w masowych grobach.

Tamte wydarzenia, które później ochrzczono mianem caracazo, stały się mitem założycielskim ruchu Hugo Chaveza, którego Nicolas Maduro jest nieudolnym imitatorem. Teraz podobny bunt może stać się mitem założycielskim jakiegoś nowego ruchu politycznego czy obozu – i wolno sądzić, że skala takiej rebelii będzie wielokrotnie większa. Tragiczne byłoby jednak, gdyby do zmiany władzy w Wenezueli musiało dojść tak krwawą drogą.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną