Świat

Po-rachunki

Nierealne odszkodowania za wojnę

Mieszkańcy Oświęcimia podczas wizyty kanclerza Niemiec Helmuta Kohla w 1989 r. Mieszkańcy Oświęcimia podczas wizyty kanclerza Niemiec Helmuta Kohla w 1989 r. Krzysztof Wójcik / Forum
Wniosek posła Mularczyka o zbadanie możliwości uzyskania reparacji wojennych od Niemiec wywołał stary temat. Zwykle nie chodzi o odszkodowanie – całkowicie nierealne, lecz o sygnał wobec Berlina. Głównie jednak o domowy użytek.
Jerzy Mąkosa jest emerytowanym dyplomatąTadeusz Późniak/Polityka Jerzy Mąkosa jest emerytowanym dyplomatą

O reparacjach mówił już wcześniej, na konwencji Zjednoczonej Prawicy w Przysusze, prezes PiS Jarosław Kaczyński, zaskakując ponownym żądaniem wypłaty Polsce odszkodowań wojennych przez Niemcy. Przypomniał, że Polska poniosła gigantyczne straty materialne i ludzkie w wyniku niemieckiej agresji i okupacji, „których tak naprawdę nie odrobiliśmy do dziś” i które „są właściwie nie do odrobienia”. Przypomniał, że „Polska była pierwszym krajem, który zbrojnie przeciwstawił się niemieckiemu hitleryzmowi”, i krytykujące dziś PiS kraje zachodnie powinny o tym pamiętać. Prezes przekonywał, że „Polska nigdy nie zrzekła się odszkodowań – a ci, którzy tak sądzą, są w błędzie”. Kilkanaście dni później, potwierdzając niejako tezę o krajowym adresacie takich wystąpień, znacznie osłabił wymowę swoich słów z Przysuchy i sprowadził kwestię zaledwie do „sygnału” oraz do „przypomnienia pewnych spraw”. Teraz te sprawy znów wróciły. Przypomnijmy zatem, jak się naprawdę mają.

Wychodzenie z żądaniem odszkodowań wojennych w 72 lata po zakończeniu wojny to droga w ślepy zaułek, to polityka wyprana z realizmu. Polska nie ma mocy sprawczej do realizacji takiej polityki, a rząd niemiecki, nawet gdyby chciał uznać nasze roszczenia, to nie jest w stanie przebić się przez opór powojennych pokoleń Niemców, którzy nie poczuwają się już do odpowiedzialności za wojnę. I każdorazowo w takich przypadkach odsyłają nas do znaczącego wkładu Niemiec do wspólnego unijnego budżetu, z którego Polska czerpie niespotykane nigdy wcześniej w historii korzyści.

Niemcy przypominają nam także, że wprawdzie po wielu latach i z dużymi oporami, ale pogodzili się w końcu z granicą na Odrze i Nysie i przejęciem przez Polskę ziem zachodnich, i ta kwestia po wiekach sporów granicznych przestała konfliktować i dzielić oba narody. Oceniają, nie bez racji, że przesunięcie terytorialne Polski po wojnie z rolniczego wschodu na zurbanizowany zachód pomogło nam w dokonaniu skoku cywilizacyjnego i przybliżyło zarówno geopolitycznie, jak i mentalnie do cywilizacji zachodniej. Uważają, że ten historyczny akt jest istotnym składnikiem ich zadośćuczynienia Polsce. Tyle, jeśli chodzi o standardowe, dobrze znane argumenty.

Reparacje i odszkodowania

Prawo międzynarodowe rozróżnia dwa rodzaje odszkodowań za szkody spowodowane przez agresora. Są to reparacje, czyli zadośćuczynienie za straty materialne państwa ofiary agresji. W tym przypadku wszelkie kwestie z tym związane są przedmiotem regulacji międzypaństwowych bądź międzynarodowych.

Drugą kategorię stanowią indywidualne roszczenia cywilnoprawne do odszkodowań za straty materialne, moralne, utratę zdrowia, poniesione przez obywateli państwa ofiary agresji wobec państwa agresora, jego instytucji, organizacji, firm, koncernów itp. Ta sfera roszczeń jest przedmiotem postępowania procesowego przed sądami. Państwo w tym przypadku może w interesie swych obywateli występować wobec agresora z roszczeniami, nie może natomiast za obywateli rezygnować z ich prawa do roszczeń. Politycy w Polsce wypowiadający się w tych sprawach najczęściej nie znają prawa i wrzucają wszystko do jednego worka odszkodowań wojennych.

Jest sprawą oczywistą, że żaden polski rząd w okresie powojennym nie ogłaszał w imieniu obywateli polskich rezygnacji z ich indywidualnych praw do odszkodowań cywilnoprawnych. W świetle prawa taka rezygnacja byłaby zresztą nieważna. Polska natomiast oficjalnie zrzekła się prawa do odszkodowań, oczywiście nie mając pełnej swobody decydowania i naśladując Związek Radziecki. Uchwałą Rady Państwa z 1953 r. zrzekła się prawa do reparacji – jak brzmi tekst uchwały „od Niemiec”, a nie „od NRD”, jak postąpił ZSRR. Była to istotna różnica. Uchwała Rady Państwa była i jest aktem wiążącym. Nikt nie kwestionuje np. innej uchwały tejże Rady w sprawie zakończenia stanu wojny z Niemcami czy porozumienia w sprawie granicy na Odrze i Nysie.

Reparacje a plan Marshalla

Uchwała Rady Państwa o rezygnacji z reparacji wojennych od Niemiec była w prostej linii konsekwencją rozpadu koalicji antyhitlerowskiej, forsowania polityki dzielenia świata na bloki i sfery wpływów oraz wkroczenia w etap zimnej wojny między Wschodem a Zachodem. Oba zwalczające się bloki szybko postanowiły powiększyć swoje potencjały militarne i polityczne o okupowane przez siebie strefy Niemiec, tworząc dwa państwa niemieckie i uwalniając je po drodze od zobowiązań i ograniczeń okupacyjnych.

Stany Zjednoczone, W. Brytania i Francja, tworząc Republikę Federalną Niemiec, zaniechały ściągania należnych im reparacji wojennych, zawiesiły też realizację części reparacji należnych Związkowi Radzieckiemu z zachodnich stref okupacyjnych. Polska – jak wiadomo – miała według postanowień alianckich otrzymywać 15 proc. reparacji z puli należnej ZSRR. Pewna, przez nikogo nierejestrowana, ilość sprzętu – jak np. traktory, rowery i zegarki – dotarła do Polski i w tamtych czasach była dobrze spożytkowana.

Państwa zachodnie, przywracając z czasem RFN suwerenność oraz włączając to państwo do krwiobiegu planu Marshalla, pozwoliły zarazem Niemcom na uchwalenie takich norm prawnych, które de facto wykluczają możliwość dochodzenia przed niemieckimi sądami indywidualnych roszczeń cywilnoprawnych z tytułu szkód wyrządzonych przez niemieckich okupantów. Z tych ograniczeń wyłączono jedynie Izrael i społeczność żydowską żyjącą w państwach zachodnich, przeznaczając ogromne środki na zaspokojenie roszczeń odszkodowawczych tych osób.

Wbrew twierdzeniom niektórych naszych polityków, jakoby Polska po wojnie nie otrzymała od Niemiec żadnych odszkodowań, trzeba przypomnieć porozumienie o wypłacie zadośćuczynienia polskim ofiarom hitlerowskich eksperymentów pseudomedycznych w wysokości 140 mln ówczesnych marek, wynegocjowane przez polskie MSZ i rozdysponowane wśród ofiar i ich rodzin. Resort wynegocjował z partnerami w RFN tzw. umowę rentową, na mocy której Polska w ramach wzajemnych rozliczeń emerytalnych otrzymała 1,3 mld marek. Kwota ta w cichym domyśle obu stron stanowiła w rzeczywistości namiastkę zadośćuczynienia za szkody wojenne. Podobnie było z wynegocjowanym kredytem finansowym dla Polski w wysokości 1 mld marek na bardzo korzystnych warunkach, którego spłata – jak z góry przesądzono – po kilku latach została całkowicie umorzona.

Tajne rozmowy Franciszka Szlachcica

Nie sposób w tym kontekście nie wspomnieć także o szczelnie utajnionych rozmowach i po dziś dzień niewielu osobom znanych zabiegach o rozwiązanie kwestii odszkodowań wojennych podejmowanych na początku lat 70. przez Franciszka Szlachcica, wówczas członka Biura Politycznego i sekretarza KC, uchodzącego za osobę zaufaną Edwarda Gierka. Pamiętam zdumienie w MSZ, kiedy polecono nam przygotować kompleksowe dossier na eskapadę Szlachcica do Berlina Zachodniego, gdzie odbyły się negocjacje.

Zdumienie wzbudzał fakt, że Szlachcic nie miał nic wspólnego z polityką zagraniczną i nie miał niezbędnego obycia międzynarodowego. Dlatego też wprowadzenie w temat, tezy do prowadzenia negocjacji, sugestie taktyczne, sylwetka niemieckiego rozmówcy i inne materiały przygotowane w MSZ były wyjątkowo obszerne i szczegółowe. Na partnera Niemcy wyznaczyli Egona Bahra, wytrawnego polityka i socjaldemokratę, twórcę tzw. polityki wschodniej RFN, czyli otwarcia się Niemiec zachodnich na Europę Środkową i Wschodnią. Sam fakt, że Niemcy zgodzili się prowadzić w pełnej tajemnicy negocjacje odszkodowawcze, wzbudzał pewne nadzieje.

Rozmowy zakończyły się jednak całkowitym fiaskiem. Dyrektor Departamentu IV w MSZ (wówczas Europa Zachodnia), który asystował Szlachcicowi, miał zakaz informowania o przebiegu ustaleń. Zwierzył się nam jedynie, że Szlachcic niewiele korzystał z materiałów MSZ, postępował według własnego widzimisię, nie sprostał zadaniu. Nie wiem, czy w archiwach zachowały się jakieś dokumenty dotyczące tej sprawy.

PRL to epoka zamknięta. Nie chcę z góry przesądzać, jak potoczyłyby się później podobne rozmowy z Berlinem, z unijnym partnerem. Ale tu od początku nie chodzi o dyplomację, lecz wyłącznie o propagandę.

***

Jerzy Mąkosa jest emerytowanym dyplomatą, byłym radcą, ministrem pełnomocnym w Bonn i Berlinie, byłym dyrektorem departamentu w MSZ.

Polityka 32.2017 (3122) z dnia 08.08.2017; Świat; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Po-rachunki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną