Świat

Jutro jest piękne

Jak to się stało, że w Grecji utknęły tysiące syryjskich uchodźców

Esra, Ahmed i ich dzieci Esra, Ahmed i ich dzieci Ala Qandil
Ludziom trzeba pomóc – mówi ateńczyk, który oddał swoje mieszkanie rodzinie Esry i Ahmeda.
Dzieci mieszkające w liceum nr 5.Ala Qandil Dzieci mieszkające w liceum nr 5.
ImadAla Qandil Imad
ChaledAla Qandil Chaled
SalahAla Qandil Salah
HammoudeAla Qandil Hammoude
Tego różowego misia Esra chwyciła w ostatniej chwili, gdy w 2011 syryjska armia wyrzucała ich z domu.Ala Qandil Tego różowego misia Esra chwyciła w ostatniej chwili, gdy w 2011 syryjska armia wyrzucała ich z domu.

Telefon Esry wibruje. Wiadomość na WhatsAppie od kuzynki. Krewni wypatrzyli Esrę, jej męża Ahmeda i ich dzieci na filmie na YouTube podczas przeprawy przez morze. Otwiera link, widzi siebie i chłopców na łodzi, szklą się jej oczy. – Tak strasznie się wtedy bałam, że przyjdzie mi patrzeć, jak moje dzieci toną. Fale były wysokie, nie dali nam kamizelek ratunkowych. Wsiadaliśmy na ponton po ciemku, chyba z 60 osób. Gdy znalazła nas grecka straż przybrzeżna, zaczynało świtać. Wzięli nas na pokład swojego statku. Kobiety z jednej strony burty, mężczyźni z drugiej. Mężczyzn bili. Mój syn Chaled spytał się wtedy: po co było uciekać z Syrii, skoro wszędzie nas traktują tak samo? Jak ktoś próbował powiedzieć bliskim przez telefon, że zostali uratowani, to strażnicy wyrywali komórki z ręki i wyrzucali do morza. Na tym pontonie myślałam, że umrzemy.

Esry telefon się uchował, ale ostatnio szwankuje; zawiesza się, czasem nie działa mikrofon albo kamera. A to poważny problem. Na ten telefon któregoś dnia zadzwonią greccy urzędnicy, żeby im powiedzieć, czy ich wniosek został pozytywnie rozpatrzony i że powinni zacząć pakować walizki. Ten telefon to też jedna z nielicznych rzeczy, która łączy ją wciąż z Syrią: dzwonią bracia, siostry, rodzice. Telefon i mały różowy pluszak z przycerowanymi nóżkami. Należał najpierw do jej najstarszego syna Chaleda, teraz już 15-latka, potem dostał go Salah (13 lat), potem Hammoude (9), a teraz bawi się nim dwuletni Imad.

Na wyświetlaczu telefonu Esry pojawia się zdjęcie Salaha. O nim rodzice mówią w samych superlatywach. Upewniają się, że Imad, który był niemowlakiem, gdy go ostatni raz widział, wciąż poznaje brata.

Trzeba pomóc

Nieobecność Salaha pochłania dużo uwagi w domu, więcej niż ktokolwiek jest w stanie poświęcić Hammoude. Gdy jego ojciec Ahmed odprowadza syna na zajęcia z arabskiego, chłopiec przedstawia mu koty, które wziął pod swoją opiekę. – To jest Abu Szanab, bo ma takie ładne wąsy – mówi (szanab to po arabsku wąsy). Hammude zna niemal wszystkie koty Eksarchii, dzielnicy Aten, w której mieszka jego rodzina i gdzie mieści się kilka migranckich squatów.

Mieszkańcy Eksarchii zasłynęli z samoorganizacji, silnej sąsiedzkiej wspólnoty, lewicowo-anarchistycznej polityki i niechęci do policji, która do dzielnicy nie wchodzi, a jedynie patroluje jej granice. W ten sposób Eksarchia stała się bezpieczną przestrzenią dla kilku tysięcy uchodźców, migrantów, osób starających się o azyl i osób, których wnioski zostały odrzucone. Tu nikt nie wartościuje przyczyn, dla których ludzie zdecydowali się z narażeniem życia dostać do Europy. Tu dostaną wsparcie.

– Ludziom w potrzebie trzeba pomóc – mówi Castro, tłumacząc, czemu oddał swoje mieszkanie rodzinie Esry i Ahmeda. Castro sam pochodzi z rodziny palestyńskich uchodźców, do Grecji przyjechał z Syrii pod koniec lat 80. Miał studiować sztukę w Atenach, ale po pierwszym roku na uniwersytecie pojechał na Kretę i zaangażował się w organizowanie związków zawodowych oraz walkę o prawa pracownicze migrantów z Europy Wschodniej i Bliskiego Wschodu. Trwał wówczas boom budowlany i pracodawcy nagminnie wyzyskiwali przyjezdnych pracowników.

Lesbos

W 2015 r. na grecką wyspę Lesbos dotarło blisko pół miliona ludzi. Dziś, za sprawą kontrowersyjnej umowy Unii Europejskiej z Turcją, pontony z uchodźcami dopływają do Grecji sporadycznie; według danych UNHCR w tym roku o 94 proc. mniej niż w zeszłym. Turcja, która w ostatnich latach stała się częstym obiektem krytyki organizacji praw człowieka, m.in. w związku z tym, jak traktowani są tam uchodźcy, zobowiązała się wzmóc patrole wzdłuż swojego wybrzeża i przyjmować osoby deportowane z Grecji w zamian za 6 mld euro od UE.

Gdy na Lesbos przybywały tysiące osób dziennie, ci, dla których nie było miejsc w obozach, spali pod gołym niebem, nawet w zimie, w deszczu. W takich okolicznościach, tuż przed podpisaniem porozumienia Unii z Turcją, w marcu 2017 r. na Lesbos dotarli Esra i Ahmed z trójką synów. Kilka miesięcy wcześniej Castro wraz z grupą migrantów otworzył dla przybywających byłą siedzibę związków zawodowych. Ponad 500 z nich wysprzątało zaniedbany budynek, uruchomili wodę i prąd. Podzielili się na grupy robocze – jedni byli odpowiedzialni za utrzymanie porządku, inni za zdobycie jedzenia, jeszcze inni za rozdzielanie pomocy, koców, ubrań. Po 12 dniach zostali eksmitowani przez właścicieli budynku. Ale model się utrzymał: uchodźcy i lokalni aktywiści wspólnie organizowali sobie życie w pustostanach.

W marcu kolejne kraje bałkańskiego szlaku, pod naciskiem UE, zaczęły zamykać swoje granice i w Grecji utknęły dziesiątki tysięcy osób – wśród nich Esra i Ahmed. Po koszmarnych doświadczeniach w oficjalnych obozach przyjechali do Aten. Na tę podróż wydali ostatnie pieniądze. Rozbili namiot na placu Wiktorii, skąd ciągle przeganiała ich policja. Spotkali w końcu innych Syryjczyków, którzy powiedzieli im, że znajdą schronienie w byłej szkole zamienionej na squat w Eksarchii. Tam poznali Castro, który także przeniósł się z Lesbos do Aten. Zaprzyjaźnili się.

Choć Esra i Ahmed mają teraz własne mieszkanie, pomagają w organizowaniu pracy w „piątce” – jednym z dwóch liceów-squatów w Eksarchii. Szkoła została zajęta w zeszłym roku, stała pusta już kilka lat. Ahmed organizuje tam pracę wolontariuszy. Poza tym całą rodziną jeżdżą uprawiać ziemię pod Atenami. Pół roku temu Castro wziął w dzierżawę 10 ha ziemi we wsi, w której kiedyś mieszkał. Ludzie z „piątki” zajmują się jej uprawą. Niedawno kilkanaście osób zbierało cieciorkę. Potem były ogórki, pomidory, teraz przyszedł czas na arbuzy. Część plonów trafi do szkoły, gdzie nie zawsze jest co jeść na śniadanie. Część pójdzie na sprzedaż, żeby szkoła miała niezależne źródło utrzymania. Ostatnio Esra i Ahmed robili maqdus, czyli faszerowane orzechami i zatopione w oleju bakłażany.

Woda z przyprawami

Esra podaje herbatę. – Były takie czasy w Syrii, że jedliśmy tylko chleb i zapijaliśmy herbatą z cukrem. Gdy skończył się cukier, piliśmy gorzką herbatę. Potem został tylko chleb i woda. Więc do czajnika dosypywałam przypraw. Wszyscy się krzywili, ale piliśmy – wspomina. Śmieją się z mężem na wspomnienie przyprawianej wody. To było w Jarmuku, w palestyńskim obozie dla uchodźców w Damaszku. Uciekli tam z oblężonej Dery. Ledwo dotarli do domu krewnych Esry, gdy zaczęło się oblężenie obozu. Jej brat żartował, że przywieźli je ze sobą, jak złą pogodę.

Teraz Esra do czajnika wsypuje siedem kopiastych łyżek cukru, mimo że jej rodzice mają cukrzycę. Ojcu lekarze amputowali nogę, bo wdała się gangrena. Teraz ma problemy z drugą. Gdy do nich dzwoni, Esra odbiera drżącym głosem. Tęskni za rodziną, ale szybko zbiera się w sobie, nie chce smucić taty. – W Syrii mój tata pracował na nocne zmiany. Wychodził z domu o drugiej w nocy, wracał, gdy było już całkiem jasno. Był księgowym na bazarze w Damaszku. Przed otwarciem bazaru podliczał wszystkie rachunki. Nie zarabiał dużo, starczało na czynsz, jedzenie i zostawało bardzo niewiele. To, co zostawało, mój tata odkładał, żeby nas w sobotę gdzieś zabrać. Żebyśmy z rodzeństwem nie siedzieli w domu. Albo kino, albo restauracja, albo wesołe miasteczko. Chciałabym móc zrobić chociaż tyle dla moich synów. Chłopcy byli w wesołym miasteczku rok temu. Opowiadają do dziś. Za wstęp zapłacili zaprzyjaźnieni wolontariusze. Teraz Esra i Ahmed ledwo wiążą koniec z końcem, nie zawsze starcza na jedzenie. Wszystko, co uda się zaoszczędzić, wysyłają rodzinie w Syrii.

Brat Esry został aresztowany pięć lat temu, słuch po nim zaginął, tak jak po tysiącach osób zamkniętych w reżimowych więzieniach. Miał dwójkę dzieci. Ich matka, być może ze strachu, zostawiła dzieci z dziadkami i uciekła. Tym bardziej chcą pomóc schorowanym rodzicom, bo skąd mają wziąć pieniądze na wychowywanie dzieci brata? A jest jeszcze rodzeństwo Ahmeda – oni też nie przędą za dobrze. Nie jest to takie proste: być uchodźcą w Atenach, nakarmić dzieci i jeszcze odłożyć pieniądze. Ahmed mówi, że to bagno.

Ostry dyżur

Pani Naima by się z nim nie zgodziła. Ona się w Grecji odnalazła. Ma 61 lat. Pochodzi z Doumy, na przedmieściach Damaszku. Ma status uchodźczyni i jako jedna z nielicznych osób chce tu zostać. Zapisała się na zajęcia z greckiego, chodzi z synem, synową i wnuczką. Lubi wypić rano kawę, zanim pójdzie na bazar i na migi będzie się dogadywać z greckimi sprzedawczyniami.

Opowiada historię swojej rodziny: jej mąż zmarł 10 lat temu. W Syrii straciła dwóch synów, którzy próbowali się schronić w obozie dla uchodźców pod Damaszkiem i tam zginęli. Co jakiś czas łapie się za bok, by pokazać, gdzie kula przeszyła jej syna albo gdzie drugiego trafił odłamek bomby. Po chwili przez jej pogodną twarz przebiega grymas, trzyma się za bok. Nagle oświadcza spokojnie: musimy iść do szpitala. Ma atak bólu wywołany kamicą żółciową.

Evangelismus to jeden z największych greckich szpitali publicznych, mieści się w centrum Aten. Ludzie kręcą się na podjeździe dla karetek, popalają papierosy. W poczekalni tłum. Śmierdzi, bo jest prawie 40 stopni, a klimatyzacja ledwo zipie. Kryzys gospodarczy w Grecji odbił się wyraźnie na służbie zdrowia: w publicznych szpitalach jest za mało lekarzy i pielęgniarek, brakuje podstawowych leków, antybiotyków, sprzętu, nawet jednorazowych rękawiczek nie zawsze starcza. Ich budżet skurczył się o połowę w latach 2009–15. 2,5 mln ludzi w Grecji nie ma ubezpieczenia, ale szpitale publiczne przyjmują praktycznie każdego w nagłych sytuacjach, również uchodźców i migrantów.

Pani Naima coraz silniej ściska się za bok, dokładnie tam, gdzie wcześniej pokazywała, że jej syna przeszył pocisk. Po policzkach ciekną jej łzy. Pomimo bólu jest wyraźnie zaskoczona, tak samo jak towarzyszący jej syn. – Teraz wyraźnie widzę, jak trudna jest sytuacja w Grecji. I tym bardziej doceniam to, że Grecy nas przyjęli. Nawet w Syrii przed wojną szpitale nie były tak przepełnione. Na ostrym dyżurze zawsze przyjmowali ludzi od ręki – mówi.

Wędka

Esra i Ahmed szybko się nauczyli, że z czwórką dzieci nie mogą polegać tylko na tym, co przyniosą organizacje pomocowe. Gdy byli w Libanie, w palestyńskim obozie dla uchodźców, przyjaciel Ahmeda podarował mu wędkę. Ahmed łowił codziennie ryby, Esra je patroszyła i czyściła, a potem piekła na ognisku przed domem i sprzedawała. Udało im się uzbierać na drugą wędkę – dla Esry, która okazała się wytrawną wędkarką. Wędki pojechały z nimi do Turcji, ale gdy rok później na Morzu Śródziemnym z pontonu zabierała ich grecka straż przybrzeżna, stracili część bagaży. Grecy wyrzucali rzeczy za burtę. Została im tylko jedna wędka, która z Lesbos dotarła z nimi autobusem na północ Grecji.

Tam cała rodzina spędziła kilka dni w obozie dla uchodźców Giannitsa, a potem dwa tygodnie w szpitalu, bo Imad był ciężko chory. Lekarze pozwolili im koczować na korytarzu. Gdy okazało się, że dalej się nie przedostaną, bo granice zostały zamknięte, ze szpitala pojechali do Eko, stacji benzynowej 10 km na południe od macedońskiej granicy, gdzie uchodźcy rozbili obóz. Była zima, któregoś dnia Esra się poślizgnęła i złamała rękę w czterech miejscach. Przez kilka miesięcy Ahmed karmił dzieci, gotował obiady, zmieniał pieluchy, sprzątał w ich namiocie, pomagał żonie się umyć. I łowił ryby.

Każdego ranka szedł z wędką nad pobliską rzekę. Upieczone ryby wymieniał na chleb, warzywa, mięso. Wolontariusze z Eko zrobili dla niego napis „rybak” i przytwierdzili do ich namiotu. – To były dobre czasy – mówią Esra i Ahmed i zamyślają się. W Eko nikt nie rządził: uchodźcy i wolontariusze, ze wsparciem Lekarzy bez Granic, sami organizowali swoje życie. Nie mieli wiele w Eko, ale było lepiej niż w obozie zarządzanym przez greckie wojsko.

Aby do miasta

Gdy Ahmed przyprowadza do „piątki” 9-letniego Hammoude na jego codzienne zajęcia z arabskiego, zza stołu wychyla się kudłata głowa Castro. Przysnął na moment, jest zmęczony. Co chwilę ktoś puka i pyta, czy ma chwilę. Przychodzi chłopak, uchodźca z Afganistanu, i mówi, że są z nim dwie rodziny deportowane z Austrii, nie mają gdzie się podziać. Zaczyna się szukanie dla nich noclegu. Adonella, 31-letnia Greczynka, absolwentka prawa, zaczyna nerwowo wydzwaniać do innych squatów. Martwi się, bo myśli, że teraz będzie coraz więcej takich przypadków: ludzi odsyłanych z powrotem do Grecji z zachodniej Europy. – Zainteresowanie sytuacją w Grecji i wsparcie dla takich nieformalnych inicjatyw jak nasza dramatycznie spadło: jest mniej dotacji, mniej wolontariuszy – tłumaczy Greczynka.

Dla Adonelli i Castro coraz liczniejsze squaty w centrum Aten to polityczna deklaracja, że uchodźców nie można skazywać na izolację i bezczynne trwanie w odległych obozach. Ale to też praktyczna odpowiedź na niedostateczne wsparcie rządu i organizacji pomocowych. Bardzo długo nikt się oficjalnie nie zajmował wsparciem dla uchodźców w miastach. Pomoc dostawali tylko ci, którzy zgodzili się zamieszkać w oficjalnych obozach znajdujących się często na odludziu.

– W połowie 2016 r., kiedy zaczynaliśmy naszą misję, uwaga skupiała się na obozach, bo to tam rząd kwaterował uchodźców. Jednak życie w obozie oznacza odseparowanie od reszty społeczeństwa. Ci, którzy już byli w mieście, pozostawali niewidoczni – mówi Aleksandra Godziejewska, szefowa CARE w Atenach, jednej z pierwszych organizacji oferujących pomoc uchodźcom poza oficjalnymi obozami.

Teraz Godziejewska martwi się, co będzie dalej z ludźmi, których jej organizacja wspiera. W ramach jednego z projektów ufundowanych ze środków Komisji Europejskiej do końca sierpnia tego roku CARE udzielał uchodźcom mieszkającym na własną rękę w Atenach comiesięcznej pomocy finansowej, której wysokość odpowiada greckim zasiłkom. I pani Naima, i rodzina Esry dostawały od nich wsparcie. Niedługo ma się to zmienić: sytuacja w Grecji nie jest już traktowana jak kryzys humanitarny i opiekę nad uchodźcami i migrantami ma przejąć grecki rząd.

– Z jednej strony to dobrze, za długoterminowe rozwiązania i integrację powinny odpowiadać lokalne władze. Jednak taka zmiana wymaga szczegółowego rozplanowania. W przeciwnym wypadku powstaną luki w opiece i ochronie osób w największej potrzebie. Tego planu wciąż nie ma – mówi Godziejewska. Adonella, działaczka z „piątki”, przewiduje, że teraz na migranckie squaty i inne nieformalne grupy spadnie odpowiedzialność za łatanie dziur, które mogą powstać przy przekazywaniu pałeczki greckim władzom.

Małe niezależne inicjatywy są często krytycznie nastawione wobec dużych organizacji pomocowych; oskarżają je o marnowanie funduszy i podporządkowanie swoich działań polityce Unii, która za wszelką cenę stara się ograniczyć uchodźcom możliwości dotarcia do Europy. Na pomoc uchodźcom w Grecji przeznaczono 802 mln euro (dane strony internetowej Refugees Deeply), większość pochodzi z unijnego budżetu. Gdy policzyć kwotę, jaka przypada na jednego uchodźcę (ok. 16 tys. euro), wyjdzie, że to najbardziej kosztowna operacja humanitarna na świecie.

Godziejewska dodaje, że Grecja nie powinna być pozostawiona sama sobie z opieką nad uchodźcami i osobami starającymi się o azyl. CARE i inne organizacje przypominają państwom europejskim, że te zobowiązały się przyjąć do siebie 66 400 uchodźców przebywających w Grecji. Jak na razie mniej niż jedna trzecia osób, które kwalifikują się do relokacji, została przeniesiona. – Musimy pamiętać o tym, że Grecja, sama pogrążona w głębokiej zapaści gospodarczej, przyjęła i przywitała tych wszystkich ludzi. Natomiast Polska nie zgodziła się na przyjęcie ledwie 6 tys. osób i nawet tych stu uchodźców, na których się ostatecznie formalnie zgodziliśmy, nie zostało przyjętych do Polski – dodaje Polka.

Około 50 tys. osób, które utknęły w Grecji, mają trzy opcje: zostać tam, gdzie są, czekać na przeniesienie na północ w ramach relokacji lub łączenia rodzin albo podróżować na własną rękę, z pomocą przemytników.

Oczekiwanie

Esra i jej mąż Ahmed liczą, że ich kolej przyjdzie za miesiąc, dwa. Właśnie wyjechała rodzina, która wniosek złożyła dwa miesiące przed nimi – w styczniu zeszłego roku. W Niemczech, w Hamburgu mieszka ich 13-letni syn Salah. W październiku miną dwa lata, od kiedy widzieli się ostatni raz. Mieszkali wtedy w Turcji. Przyjaciel rodziny jechał do Niemiec, granice były jeszcze otwarte, zaproponował, że zabierze ze sobą jednego z chłopców. Raz, że brat Ahmeda mieszka w Niemczech, a dwa – reszta rodziny będzie mogła dołączyć na mocy prawa o łączeniu rodzin.

Gdy dotarli na miejsce, Salah trafił do ośrodka dla dzieci bez opieki dorosłych; wujek stwierdził, że nie da rady wziąć na siebie tymczasowej opieki nad bratankiem. Niemiecki rząd umieścił Salaha w domu niemieckich opiekunów – do czasu gdy jego rodzina dotrze do Hamburga. Na początku rozmawiali codziennie. Ale po każdej rozmowie chłopak płakał – martwił się o rodziców i braci, tęsknił za nimi. Jego opiekunka postanowiła ograniczyć rozmowy ze względu na dobro dziecka. Esra, choć czuje ogromny smutek, jest przede wszystkim wdzięczna za to, że ktoś otoczył jej syna opieką. Salah tak dobrze się zaaklimatyzował, że zaczyna zapominać arabski, za to świetnie mówi po niemiecku. Teraz rozmawia z mamą raz w miesiącu – i wszystko, o czym mówią, tłumaczy stojącej obok niemieckiej opiekunce. Zaczął się rok szkolny, jego rodzice są bardzo dumni, bo Salah chodzi do normalnej szkoły i radzi sobie lepiej niż jego niemieccy koledzy. Starszy brat Salaha Chaled w szkole nie był od wielu lat, a młodsi bracia – nigdy.

Znowu jak w Syrii

Chaled nie tylko nie mógł kontynuować nauki, ale doświadczył w Europie tego, przed czym uciekli z Syrii: przemocy. Esra opowiada, jak latem zeszłego roku Chaled szedł z kolegami do jednego z centrów społecznych. Mieli odegrać przedstawienie opowiadające historie ich przeprawy do Europy. To forma wsparcia psychologicznego dzieci. Chaled niósł plastikową siatkę, w niej przebranie: spodnie moro, czarna koszula, zabawkowy pistolet. Miał grać tureckiego strażnika granicznego, który zatrzymuje syryjskie rodziny uciekające do Turcji.

Pięciu chłopców w wieku 12–14 lat na przedstawienie odprowadzało dwóch dwudziestoparoletnich Syryjczyków. Po drodze zatrzymała ich policja. Aresztowali wszystkich, dzieci oddzielili od opiekunów. Trzymali ich sześć godzin. Dzieciom kazali się rozebrać. Chaled zdjął spodnie i koszulkę, ale odmówił ściągnięcia majtek. Policjanci uderzyli go, rzucili nim o stół. Chłopcy zaczęli płakać. Zabrano im telefony, ale jednemu z nich udało się wysłać esemesa do rodziców, że są na komisariacie. Rodziny zatrzymanych dzieci poszły wtedy pod komisariat protestować i domagać się zwolnienia chłopców.

– Wiesz, co mi wtedy chodziło po głowie? – pyta Esra. – Dara. W lutym 2011 r. policja aresztowała tam grupę nastoletnich chłopców, większość z nich nie miała 16 lat, oskarżyli ich o namalowanie na ścianie szkoły antyreżimowego hasła. W połowie marca ludzie zaczęli protestować, domagać się zwolnienia aresztowanych chłopców. My też dołączyliśmy do demonstracji. Snajperzy ostrzelali protestujących, zginęły dwie osoby. Ich pogrzeb był kolejnym masowym protestem. Znowu ludzie zostali ostrzelani. W końcu chłopców zwolniono, ale ślady tortur na ich ciałach stały się kolejnym zapłonem. Demonstracje zaczęły się zamieniać w masakry – opowiada Esra.

Przerywa opowieść i czeka, aż dwaj starsi synowie wyjdą z mieszkania. Nie chce, żeby dzieci o tym słuchały, nie chce im przypominać. Gdy w 2011 r. sytuacja trochę się uspokoiła, Chaled wrócił do szkoły. Z miasta wyjechały czołgi, ale zostali snajperzy. Któregoś dnia szedł ze szkoły z kolegą. Rodzice byli w domu. – Nagle usłyszeliśmy strzały. Chwilę później wpadł przerażony Chaled. Snajper zabił jego przyjaciela.

– Wiesz, ja co wieczór płaczę, gdy chłopcy śpią. Płaczę, bo nie mogę uwierzyć w to, co musieli przejść moi synowie, bo idą święta, ale nas na świętowanie od pięciu lat już nie stać, płaczę, bo kiedyś mieliśmy dom, Ahmed miał pracę, ciągle widywaliśmy nasze rodziny. Bo kiedyś moim ulubionym zajęciem było odrabiać pracę domową z moimi synami, a teraz jestem ciągle strasznie zmęczona, nie wiem, kiedy zobaczę Salaha, nie wiem, czy kiedyś zobaczę moich rodziców i braci, nie wiem, kiedy Hammoude nauczy się porządnie czytać i pisać – mówi Esra. Gdy dotrą w końcu do Niemiec, chcą z Ahmedem założyć restaurację z tradycyjnym syryjskim jedzeniem. Nazwą ją „Jutro jest piękne”.

Ala Qandil z Aten

Polityka 37.2017 (3127) z dnia 12.09.2017; Świat; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Jutro jest piękne"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Jak amerykańskie flippery z Francji do Polski trafiły

Flippery, czyli zręcznościowe, elektromechaniczne maszyny do grania, były kiedyś obowiązkowym elementem wyposażenia w barach, hotelach i... nocnych klubach. O ich losach opowiada Marek Jasicki, który importował je z Francji do Polski.

Łukasz Dziatkiewicz
15.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną