Świat

Wielka słabość wielkiego sojusznika

Amerykańska armia dawno nie była w tak fatalnym stanie

US Army US Army Morning Calm Weekly Newspaper / Flickr CC by 2.0
Amerykańskie siły zbrojne są w prawdopodobnie najgorszym stanie po II wojnie światowej. Jeśli wybuchłaby wojna w Europie, USA nie byłyby w stanie obronić sojuszników ani szybko, ani skutecznie.

Gdyby chcieć opisać wszystkie problemy wszystkich rodzajów sił zbrojnych USA, ten artykuł musiałby mieć postać wielotomowej encyklopedii. Od strategicznych rakiet atomowych po osobiste uzbrojenie szeregowca piechoty – problemy są wszędzie.

I nie chodzi tylko o uzbrojenie, przestarzałe w wielu obszarach w porównaniu z głównymi rywalami Ameryki. Chodzi przede wszystkim o gotowość i liczebność wojska, które ma chronić interesy jedynego prawdziwie globalnego mocarstwa i na którym i my polegamy w zakresie bezpieczeństwa. Waszyngton dopiero po wielu latach alarmistycznych sygnałów z wojska zaczął dostrzegać problem. Ale zanim załata dziury i odzyska pewność technologicznej przewagi, minie najmniej dekada.

Trzy razy o

Outgunned, outranged and outdated – te trzy słowa wybrzmiały echem gromów na Kapitolu, kiedy w lutym tego roku na posiedzeniu komisji sił zbrojnych Izby Reprezentantów wypowiedział je gen. Daniel Allyn, zastępca szefa sztabu sił lądowych, czyli US Army. Generał opisywał dramatyczny stan wyszkolenia, wyposażenia i ukompletowania kadrowego jednostek tworzących najliczniejszy rodzaj sił zbrojnych USA. I był to kolejny raz, kiedy wojskowy uświadamiał politykom, że światowy hegemon jest nim już tylko w ich marzeniach. Bo „outgunned” oznacza, że ustępuje rywalom siłą ognia, „outranged” – że przegrywa pojedynek na zasięg uzbrojenia, „outated” – że broń, którą ma, jest przestarzała.

Generał Allyn oczywiście miał nadzieję, że wraz z nadejściem nowej administracji pojawia się szansa na zmiany. I rzeczywiście, zapowiedzi Donalda Trumpa były bombastyczne – chciał więcej żołnierzy, więcej samolotów, okrętów i najlepszej broni, jaką jest w stanie dostarczyć najlepszy na świecie przemysł obronny. Tyle że chętnych do tej skarbonki jest naraz bardzo wielu, a Pentagon musi gasić pożary w tylu miejscach jednocześnie, że na opracowanie nowego wielkiego planu zwyczajnie brakuje czasu. A stan sprzętu zagraża życiu żołnierzy bardziej niż jakikolwiek wróg.

Flota tonie sama

W styczniu w Zatoce Tokijskiej na mieliznę wpadł krążownik rakietowy USS Antietam. Nic poważnego się nie stało, okręt uszkodził śruby napędowe, choć stało się to przy rutynowej operacji, która nie powinna się tak skończyć. Ważne jednak, że nikomu nic się stało.

Bez ofiar obeszło się również, gdy w maju inny krążownik USS Lake Champlain zderzył się z południowokoreańskim kutrem rybackim. Choć napięcie już wtedy było dużo wyższe. Krążownik uczestniczył w eskorcie lotniskowca Carl Vinson, który miał odstraszyć Koreę Północną przed kolejnymi próbami rakietowymi. Jeśli to VII Flota, bazująca na zachodnim Pacyfiku, miała być kluczowa w dyscyplinowaniu Kim Jong Una, to nic dziwnego, że nic z tego nie wyszło.

Dwa kolejne wypadki – niszczycieli rakietowych USS Fitzgerald i USS John McCain – kosztowały życie w sumie 17 marynarzy i doprowadziły do czasowego wstrzymania działań całej amerykańskiej marynarki wojennej. Największa potęga morska świata na kilka tygodni przestała istnieć, i to w szczycie międzynarodowego napięcia!

Zszokowani senatorowie pytali we wrześniu dowódców US Navy o to, jak to możliwe, że w ciągu roku poważnie uszkodzone zostały cztery okręty i zginęło tylu ludzi. Odpowiedź była druzgocąca: winne są erozje standardów szkolenia, braki w ukompletowaniu załóg, starzejący się sprzęt.

Marynarze muszą pełnić służbę po sto godzin tygodniowo, by utrzymać gotowość okrętów – tłumaczyli admirałowie. Ale dochodzenie wykazało, że przynajmniej w przypadku ostatniej, najtragiczniejszej kolizji zawiódł też kapitan i pierwszy oficer – obaj zostali zwolnieni.

Szokująco brzmią opublikowane przez „Navy Times” ankiety marynarzy innego okrętu, USS Shiloh. „Nienawidzę tej łajby”, „To pływające więzienie” – pisali anonimowo. Kapitan miał nadużywać kary trzydniowego aresztu o chlebie i wodzie za drobne przewinienia. Ale chodzi nie tylko o psychopatę na mostku. „Modlę się, żebyśmy nie musieli zestrzelić żadnej północnokoreańskiej rakiety, wszystkie braki wyszłyby na jaw” – pisze jeden z marynarzy. Inny: „To wygląda na zawody, kto się prędzej wykończy – okręt czy załoga”.

Oczywiście to może jednostkowy przypadek i reszta z 267 okrętów bojowych jest w porządku. Ale ponad 450-stronnicowy raport wiarygodnej instytucji badawczej Heritage Foundation za rok 2016 opisuje stan marynarki wojennej USA jako ledwie dostateczny – na trójkę w stali 1–5. I w sumie to całkiem niezła nota.

Armia w historycznym dołku

Z siłami lądowymi jest jeszcze gorzej niż z marynarką. Ta ostatnia zachowała przynajmniej status wysuniętego ramienia USA, głównego – a czasem jedynego – dostarczyciela siły ognia na duże dystanse, ostatecznego argumentu w międzynarodowych sporach.

Trzeba pamiętać, że US Navy to również morskie lotnictwo, zaplecze Korpusu Piechoty Morskiej i słynne jednostki specjalne US Navy Seals. W zasadzie to osobna armia posiadająca bardzo wiele własnych zdolności, pozostająca w relatywnie najlepszej kondycji. „Armia” właściwa to w USA siły lądowe: potężne w czasie zimnej wojny, decydujące w lądowych inwazjach na Irak, przydatne w Afganistanie – choć już inaczej. Ostatnie 20 lat „operacji asymetrycznych”, znanych też jako COIN (przeciwpartyzanckie), gdzie najgroźniejszą bronią potencjalnego przeciwnika był ręczny granatnik przeciwpancerny lub co najwyżej ciężarówka wyładowana trotylem, odcisnęło ogromne piętno na sposobie walki, doktrynie, morale. Jeszcze groźniejsze okazały się cięcia budżetowe skutkujące wydłużaniem misji, redukcją etatów, likwidowaniem jednostek.

Na papierze wygląda to nadal imponująco. Siły lądowe USA liczą ponad milion żołnierzy: 476 tys. w służbie czynnej, 200 tys. w rezerwie i ponad 340 tys. w Gwardii Narodowej. Ale zdaniem Milleya armia powinna mieć przynajmniej 540 tys. żołnierzy zawodowych w czynnej służbie. „Przez ostatnie osiem lat” – by użyć znanego nam zwrotu – siły lądowe straciły ponad 90 tys. żołnierzy, a ponieważ budżet obcinano jeszcze bardziej niż stany osobowe, gotowość utrzymywano kosztem modernizacji. Co i tak się nie udawało, zaledwie jedna trzecia brygadowych zespołów bojowych jest na odpowiednim poziomie wyszkolenia, wyposażenia i ukompletowania.

A w ramach cięć planowanych wskutek znienawidzonej sekwestracji liczbę brygad zmniejszono w ostatnich latach z 45 do 31. Kiedy w lutym w Kongresie politycy słuchali gen. Allyna, opadły im szczęki, gdy usłyszeli, że na wypadek nagłego kryzysu USA są w stanie wysłać do walki... trzy brygady. Tylko tyle odpowiada treści sloganu wygłaszanego też przez amerykańskich dowódców w Polsce: ready to fight tonight (gotowi do walki choćby dziś wieczorem). Szef sztabu gen. Mark Milley otwarcie mówi, że ma za mało żołnierzy, by sprostać zadaniom narzuconym przez strategiczne dyrektywy. Innymi słowy, deklaruje, że nie jest w stanie iść na wojnę. Heritage ocenia stan armii na dwa – jako słaby.

Sprzęt do pilnej wymiany

Ostatnia wielka fala modernizacji miała miejsce w siłach zbrojnych USA ponad 30 lat temu. W latach 80. XX wieku wprowadzono do wojsk lądowych systemy uzbrojenia znane jako „wielka piątka”: czołg Abrams, wóz bojowy Bradley, śmigłowce Black Hawk – wielozadaniowy i Apacz – szturmowy, wyrzutnie antyrakietowe Patriot.

Na ówczesne czasy była to broń technologicznie wyprzedzająca Związek Radziecki, potencjalnie równoważąca liczebną przewagę sił konwencjonalnych Układu Warszawskiego (choć NATO i tak planowało pokonać ją uderzeniami jądrowymi). Z tym że ta broń, kluczowa dla dużej skali operacji lądowych, praktycznie się nie zmieniła. Kiedy do Polski wtoczyła się rotacyjna brygada pancerna USA, przyjechała na Abramsach i Bradleyach, bardzo przypominających te walczące w Zatoce Perskiej ćwierć wieku temu.

Przekonani o sile prawie 70-tonowego pancerza, Amerykanie dopiero teraz orientują się, że w starciu z rosyjskimi rakietami przeciwczołgowymi niezbędne są systemy aktywnej ochrony, zestrzeliwujące pociski wroga. Dopiero teraz zaczynają instalować działka i wyrzutnie rakiet przeciwpancernych na transporterach lekkiej piechoty Stryker. Dopiero za kilka lat będą mieli radar Patriota, który będzie widzieć pociski nadlatujące z każdej strony.

Wymiana śmigłowców też nastąpi najszybciej w trzeciej dekadzie XXI wieku, ale już teraz przewiduje się, że takie konstrukcje jak wielki transportowy Chinook będą w służbie 80, może nawet 100 lat. Najnowsza wersja oblatanego w latach 60. transportowca dopiero wchodzi do produkcji, a polata przynajmniej 30 lat.

Latające muzeum

Lotnictwo sił lądowych – helikopterowe – i tak ma się dobrze w porównaniu do Sił Powietrznych. US Air Force jako pierwsza zaczęła bić na alarm, ostrzegając o starzeniu się swojej floty. Ale ponieważ – co może być paradoksem, uwzględniając postęp techniki – opracowanie i wdrożenie do służby nowego samolotu trwa teraz znacznie dłużej niż pół wieku temu, lotnicy muszą latać w maszynach dwu-, trzykrotnie starszych od ich załóg. Dzięki CNN i Hollywood żyjemy w przekonaniu o nieograniczonych niemal możliwościach amerykańskiego lotnictwa bojowego. Ten wizerunek nie zmienił się od czasu Top Gun, choć przecież zestrzelenia amerykańskich samolotów przez poradzieckie systemy przeciwlotnicze nad Bałkanami pod koniec XX wieku już powinny dać do myślenia. Tu chodziło bardziej o taktykę niż technikę, dzisiaj największymi zmartwieniami dowódców są wiek, liczba i stan techniczny – dostępność samolotów.

Na papierze, jak zawsze, liczby są imponujące: prawie 5500 samolotów załogowych i bezzałogowców, z czego 915 w eskadrach bojowych. Ale tylko 19 strategicznych, trudno wykrywalnych bombowców B-2, zdolnych do niezauważonej penetracji współczesnych systemów obrony powietrznej Rosji czy Chin. Resztę floty bombowej tworzy 62 zimnowojennych Lancerów B-1B i 76 powojennych (powstałych w latach 50.) B-52.

Te ostatnie niemal na pewno dosłużą stu lat. Średni wiek samolotu w służbie to obecnie 27 lat, ale bombowca B-52 już 55 lat, myśliwca F-15C 33 lata, F-16C – 26 lat. Znaczna część powietrznych tankowców czy maszyn rozpoznawczych oparta jest na archaicznej platformie Boeinga 707. Czasy powojenne pamięta też będący ciągle w użyciu wysokościowy samolot U-2. Ogółem jednak lotnictwo rozpoznawcze jest w stanie spełnić... 5 proc. potrzeb dowódców.

Siły Powietrzne USA przez 20 lat – od 1994 do 2007 r. – nie kupiły żadnego nowego myśliwca taktycznego, a generacyjna przerwa w dostawie myśliwców przewagi powietrznej trwała kilkanaście lat. Kupiono zaledwie 195 myśliwców F-22 (z czego w służbie jest 159), mimo początkowego zapotrzebowania na 750 samolotów, co sprawiło, że koszt jednej maszyny przekroczył 400 mln dolarów. Legendarny już program samolotu F-35 skomplikowało najpierw połączenie wymagań lotnictwa, marynarki wojennej i piechoty morskiej, a potem upakowanie wszystkiego w narzucającej ograniczenia, trudno wykrywalnej konstrukcji. W efekcie podstawowy nowy samolot taktyczny US Air Force jest wolniejszy od poprzedniego, przenosi mniej uzbrojenia, pochłania nieporównanie więcej kosztów obsługi i jest dwukrotnie droższy. Ale od F-35 nie ma już odwrotu i trzeba tylko mieć nadzieję, że samolot potwierdzi w realnym boju rewelacyjne wyniki z ćwiczeń, kiedy nie dawał szans maszynom reprezentującym poprzednie generacje.

Kryzys w branży Top Gun

Problemem poważniejszym niż średnio najstarszy w historii sprzęt jest brak ludzi. Z oficjalnych raportów wynika, że Siłom Powietrznym brakuje 1500 pilotów i 3400 mechaników, i to przy obecnej wielkości floty.

Latem wprowadzono specjalny mechanizm zachęt finansowych, by zatrzymać i przyciągnąć wykwalifikowany personel. Ale oferty rynku cywilnego są atrakcyjniejsze niż dodatkowe kilkaset dolarów miesięcznie. Nie każdy już marzy, by być jak Maverick z „Top Gun”, a zresztą on służył w marynarce. Jeśli mowa o powiększeniu liczby samolotów do 1200 – jak chciałby prezydent Trump – pada pytanie, kto miałby nimi latać? Kryzys w branży pilotów wojskowych już określany jest mianem... zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego USA.

Ciągle jednak to Siły Powietrzne zapewniają najkrótszy czas reakcji na światowe kryzysy. Bombowce ćwiczą globalne misje, będąc w stanie dostarczyć śmiercionośny ładunek w praktycznie na każdy kontynent w ciągu godzin. Jeszcze szybciej mogą zareagować siły strategiczne, również podległe lotnictwu. Trzy skrzydła rakietowe utrzymują w stałym pogotowiu 450 strategicznych rakiet międzykontynentalnych Minuteman III, teoretycznie gotowych do startu z podziemnych silosów na rozkaz prezydenta USA. Teoretycznie, bo ich zdolność do lotu bywa kwestionowana.

Atomowy skansen

Każdy reportaż z wnętrza atomowych silosów w Wyoming, Północnej Dakocie i Montanie jest jak wyprawa wehikułem czasu. Ebonitowe słuchawki, archaiczne pulpity, żarówki zamiast cyfrowych wyświetlaczy. Same rakiety również mają ponad 40 lat, a ich wyrzutnie miejscami zżera rdza. Do legend należą już opowieści o zgubionych w środku śrubokrętach, którymi z braku odpowiednich narzędzi próbowano coś naprawiać. Udokumentowano przypadki nadużywania narkotyków i alkoholu – na służbie – przez obsługę rakiet, które mogą zacząć zagładę świata jaki znamy.

Po części to problem kadrowy – dzisiaj mniejsza jest motywacja do utrzymywania gotowości do atomowego odwetu 24 godziny na dobę 365 dni w roku. Milenialsi nie myślą o III wojnie światowej, której perspektywa była codziennością ich rodziców. Ale prawdę mówiąc, nie wiadomo, czy w XXI wieku amerykański arsenał strategiczny okazałby się skuteczny.

Dlatego wymianie ma ulec cała nuklearna triada – jak określa się pociski strategiczne na lądzie, okrętach podwodnych i samolotach. To gigantyczne przedsięwzięcie, którego koszt ma sięgnąć biliona (1000 miliardów) dolarów. W tym roku zaczęła się wstępna faza – firmom Boeing i Northrop Grumman zlecono budowę prototypów nowych rakiet strategicznych, podczas gdy Lockheed Martin i Raytheon mają się podjąć konstrukcji nowych pocisków samosterujących.

Brzmi jak powrót zimnej wojny? Oczywiście, bo do świadomości Amerykanów już dotarło, że wyścig zbrojeń jest czymś normalnym, a w dodatku teraz nie ścigają się wyłącznie z Rosją. Nowoczesne technologie wojskowe rozprzestrzeniają się w praktycznie niekontrolowany sposób i najczęściej trafiają tam, gdzie Amerykanie by ich nie chcieli. Korea Północna czy Chiny to dla sił zbrojnych USA o wiele większe wyzwania na teraz niż Rosja, ale w Pentagonie coraz poważniej zadają sobie pytanie, co będzie, jeśli w Europie rzeczywiście wybuchnie wojna.

Zaklinanie czasu

Niecałe 30 tysięcy żołnierzy US Army w Europie może w przemówieniach generała Hodgesa robić za 300 tysięcy, ale na polu walki zaklęcia nie działają. Dowódca wojsk lądowych USA w Europie, które w razie czego mają być na pierwszej linii walki z Rosjanami, ściąga pod swoje skrzydła wycofane 5 lat temu czołgi i każe przyspieszać ich modernizację. Wie, że Abramsy wymagają aktywnej ochrony, a Strykery bez działek są mało przydatne. Wie, że Apacze z pociskami przeciwpancernymi trzeba mieć w razie czego w Polsce, by mogły bronić Przesmyku Suwalskiego. Musi ściągnąć do Europy dywizjony artylerii rakietowej, choć ma świadomość, że rosyjskie systemy wyrzutni rakietowych mają i większy zasięg, i większą siłę ognia.

To właśnie na europejskim teatrze działań trzy słowa na o – outgunned, outranged i outdated – stają się najwidoczniejsze w praktyce. Kiedy Amerykanie przez ostatnie 20 lat bili się z użytkownikami AK-47, Rosjanie inwestowali w rakiety, czołgi, śmigłowce i samoloty. Nadal mają ich mniej od NATO, mniej od USA. I totalnej wojny by nie wygrali. Ale lokalnie, przy granicy z Polską czy zwłaszcza krajami bałtyckimi, mają tymczasowo przewagę.

I to jest największe zagrożenie, bo przecież totalnej wojny nikt nie chce i każdy będzie chciał jej uniknąć, może za cenę oddania terytorium, jak na Krymie i w Donbasie. Czy Putin zechce wykorzystać moment, kiedy siły zbrojne USA – mimo że nadal są najpotężniejsze na świecie – znajdują się w historycznym dołku, jeśli chodzi o gotowość i wyposażenie? To zależy bardziej od polityków niż wojskowych.

Do znudzenia powtarzane hasła o jedności i solidarności NATO nabierają zupełnie innego znaczenia zderzone z rzeczywistym stanem wojsk USA, który może nie gwarantować reakcji na czas ani w odpowiedniej sile. Dla Polski oznacza to też, że sojuszy należy szukać również bliżej, w Europie, a wysiłek modernizacyjny kierować tam, gdzie wypełni on nie tylko nasze własne luki i potrzeby.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pokolenie iGen: jakie jest i co mu zagraża

Przedstawiciele młodego pokolenia iGen nie wyobrażają sobie życia bez stałego kontaktu z całym światem, który jest zamknięty w małym pudełeczku, na dodatek w kieszeni – mówi dr Tomasz Grzyb, psycholog, profesor na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu.

Teresa Olszak
25.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną