Afera Paradise Papers. Czy powinniśmy się tym oburzać?

Jak w raju
Kolejny wyciek dokumentów z rajów podatkowych zakończy się jak poprzedni – niczym konkretnym. Wielcy tego świata głośno się oburzają, a po cichu sami korzystają z tego równoległego systemu offshore.
W kontekście Paradise Papers pojawiły się nazwiska bliskiego współpracownika Donalda Trumpa, sponsora partii premiera Kanady, a nawet królowej Elżbiety II.
Michael Garnett/Flickr CC by 2.0

W kontekście Paradise Papers pojawiły się nazwiska bliskiego współpracownika Donalda Trumpa, sponsora partii premiera Kanady, a nawet królowej Elżbiety II.

W ubiegłym roku były „Panama Papers”, a teraz mamy „Paradise Papers”. Znowu ujawniona została gigantyczna liczba dokumentów, pokazująca, jak skomplikowany jest system firm, fundacji i organizacji ukrytych w różnych rajach podatkowych. Tym razem pojawiły się nazwiska bliskiego współpracownika Donalda Trumpa, sponsora partii premiera Kanady, a nawet królowej Elżbiety II, bo zarządzający jej gigantycznym majątkiem również wykorzystali zalety rajów.

Dwie najważniejsze z nich to tajność i bardzo korzystne systemy podatkowe. O ile te drugie są wciąż gwarantowane, o tyle już z poufnością ostatnio gorzej za sprawą właśnie takich rewelacji jak „Paradise Papers”. Czas zatem na falę oburzenia. Jak to możliwe, że mimo publikacji „Panama Papers” nic się nie zmieniło? Dlaczego rządy nie potrafią ze sobą współpracować, żeby ukrócić podobne praktyki? Ile można by zbudować szkół, szpitali i dróg, gdyby najbogatsi płacili uczciwie podatki?

Raje podatkowe – na ich działanie pozwolili politycy

Cały biznes rajów podatkowych jest stworzony nie dla klasy średniej, nawet nie dla milionerów, tylko dla miliarderów i ich koncernów. To oni tworzą skomplikowane konstrukcje, korzystają z anonimowości i oszczędzają mnóstwo pieniędzy. A do tego mogą robić interesy z tymi, z którymi nie wypada publicznie się pokazywać. Przy okazji omijane są zatem też międzynarodowe sankcje. A największy paradoks tego całego wielomiliardowego biznesu to fakt, że jest on w zasadzie legalny.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Można oczywiście oburzać się na egzotyczne wysepki za to, że żyją ze swoich ultraliberalnych przepisów. Ale prawdziwymi winnymi są normalne państwa, tolerujące takie praktyki. Słusznie powiedział w wywiadzie z BBC były minister finansów Bermudów, że nie jest jego zadaniem ściąganie podatków, które należą się Wielkiej Brytanii i innym krajom. Tymczasem cały system rajów podatkowych mógł osiągnąć tak gigantyczne rozmiary, bo pozwolili na to przez lata politycy. Jedni sami korzystali i korzystają z tej równoległej gospodarki, inni byli sowicie nagradzani przez biznesmenów za to, że przymykają oczy na wyprowadzanie pieniędzy do rajów.

Za przykład może posłużyć choćby lista terytoriów, z których pochodzą dokumenty ujawnione w ramach „Paradise Papers”. Znajdujemy tam w większości nie samodzielne państwa, ale terytoria autonomiczne, zależne od Wielkiej Brytanii, jak wspomniane Bermudy, Kajmany czy Brytyjskie Wyspy Dziewicze i Wyspa Man. Czy zatem Wielka Brytania jest państwem walczącym z unikaniem płacenia podatków czy też tak naprawdę jest opiekunem rajów podatkowych, dbającym o to, żeby nie stała im się krzywda?

Jakoś trudno sobie wyobrazić, żeby mimo społecznego oburzenia Londyn stał się dziś liderem w walce z rajami. Szczególnie że jego sektor finansowy liczy straty z powodu wyjścia z Unii Europejskiej i trudno mu odbierać kolejne źródło przychodów. Na rajach nie zarabia się przecież tylko w rajach. Ktoś te wszystkie konstrukcje musi zbudować, opiekować się nimi, nadzorować przepływ pieniędzy i oczywiście dbać, żeby całość była zgodna z prawem. Tacy ludzie nie siedzą wcale na bermudzkich plażach, lecz raczej w londyńskim City. Mimo że pogoda tam nieporównanie gorsza.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną