Świat

Ile czasu ma Izrael

Izrael: 70 lat prowizorki

Zamieszki na granicy Strefy Gazy i Izraela. Zamieszki na granicy Strefy Gazy i Izraela. Mohammed Salem/Reuters / Forum
Na 70. urodziny Izraela chyba nie ma lepszych życzeń niż to: Boże, strzeż państwo żydowskie przed samym sobą. Bo z wrogami sobie poradzi.
Zwycięstwo w wojnie sześciodniowej było nawet zbyt miażdżące. Izraelczycy wkrótce stali się ofiarami swojego sukcesu. W jego efekcie zdobyli kontrolę nad całą Jerozolimą, Zachodnim Brzegiem Jordanu i półwyspem Synaj.Wikipedia Zwycięstwo w wojnie sześciodniowej było nawet zbyt miażdżące. Izraelczycy wkrótce stali się ofiarami swojego sukcesu. W jego efekcie zdobyli kontrolę nad całą Jerozolimą, Zachodnim Brzegiem Jordanu i półwyspem Synaj.
Deklaracja Niepodległości Państwa Izrael, uchwalona 14 maja 1948 r.AFP/EAST NEWS Deklaracja Niepodległości Państwa Izrael, uchwalona 14 maja 1948 r.

A co zrobią, jeśli codziennie 40 tys. nieuzbrojonych palestyńskich dzieciaków będzie zbierać się pod murem i krzyczeć »Żądamy naszych praw!«? – pytał John Kerry, były szef amerykańskiej dyplomacji, podczas panelowej dyskusji w Dubaju w listopadzie 2017 r. Zapewne nie spodziewał się, że tak szybko pozna odpowiedź.

Oto bowiem miesiąc temu mieszkańcy Strefy Gazy rozpoczęli obchody 70-lecia Izraela lub, mówiąc ściślej, 70-lecia katastrofy, jaką z arabskiego punktu widzenia było powstanie Izraela. W tzw. marszu powrotu bierze udział – tak jak wyobrażał sobie Kerry – wielu młodych chłopaków, którzy co kilka dni przychodzą pod barierę oddzielającą Gazę od Izraela.

A co robią izraelscy żołnierze? Mairav Zonszein, młoda dziennikarka, która publikowała już m.in. w „Guardianie” i „Washington Post”, relacjonowała na gorąco na Twitterze: „Jest piątek i chciałabym życzyć wszystkim szczęśliwej paschy, ale nasi snajperzy, schowani bezpiecznie za barierą graniczną, właśnie używają ostrej amunicji przeciwko nieuzbrojonym demonstrantom, którzy maszerują, żeby zrzucić kajdany”.

Dopuszcza się zabijanie

Filmiki, które demonstranci wrzucają do internetu, przynajmniej częściowo potwierdzają relację Zonszein. Oczywiście – jak to w Gazie – niemożliwe, żeby wszyscy byli nieuzbrojeni. Ale karabinów nie widać. Niektórzy rzucają kamieniami, petardami czy butelkami z benzyną. Na jednym wideo widać grupkę nieuzbrojonych chłopaków biegnących z oponą – nie w stronę granicy, tylko od granicy. Nagle jeden, trafiony przez snajpera, pada trupem. Pozostali zbierają się wokół ciała kolegi, krzycząc „Allahu akbar!”.

Podobnych filmików, na których ktoś tam idzie z gołymi rękami i nagle pada rażony kulą, krąży po internecie kilka. Jak dotąd zginęło ok. 40 demonstrantów, a ponad tysiąc zostało rannych. Jak twierdzą izraelscy obrońcy praw człowieka, w dzisiejszych czasach istnieje szeroki wachlarz mniej okrutnych metod rozpraszania tłumów.

Aktywiści z B’Tselem wzywali nawet żołnierzy izraelskich, żeby odmawiali wykonywania rozkazów: „Strzelanie ostrą amunicją do nieuzbrojonych demonstrantów jest nielegalne i każdy rozkaz zezwalający na takie działanie jest nielegalny”. A do sądu najwyższego w Jerozolimie wpłynęła petycja od czterech izraelskich organizacji humanitarnych, które domagają się zmiany zasad użycia broni przez wojsko. Nie zostały one nigdy podane do wiadomości publicznej, ale rzekomo – jak twierdzą autorzy petycji – dopuszcza się zabijanie „prowodyrów zamieszek”, nawet jeśli są nieuzbrojeni i nie stwarzają dla nikogo zagrożenia.

Bodaj najdziwniejsze w tej sprawie jest to, że na Zachodzie przeszła prawie niezauważona. Dziesięć lat temu byłoby zapewne inaczej, ale teraz – po długiej serii rewolucji, wojen i ataków chemicznych na Bliskim Wschodzie – wszyscy jakoś zobojętnieli.

Bez żadnej przesady można powiedzieć, że znaczną część winy za to, co dzieje się obecnie na granicy Strefy Gazy, ponoszą Brytyjczycy. To oni w 1916 r. obiecali Arabom niepodległość, żeby skłonić ich do rebelii przeciwko imperium osmańskiemu, które w pierwszej wojnie światowej opowiedziało się po stronie Niemiec.

Tajne gwarancje Londynu dostarczył do Mekki pułkownik Thomas Edward Lawrence, znany również jako Lawrence z Arabii. Rok później Brytyjczycy równie ochoczo obiecali Żydom „dom narodowy” w arabskiej Palestynie. Słynna deklaracja Balfoura była podziękowaniem dla wybitnego chemika Chaima Weizmanna, który wymyślił nową metodę destylacji acetonu potrzebnego do produkcji bomb.

Z tych dwóch wzajemnie sprzecznych obietnic Brytyjczycy już nigdy się nie wyplątali. Objąwszy tzw. mandat Palestyny, nadal starali się lawirować między Arabami i Żydami, co jedni i drudzy odbierali jako ciężką zdradę. Dlatego w latach 30. i 40., zanim jeszcze mieszkańcy Palestyny rzucili się sobie do gardeł, buntowali się przeciwko brytyjskim władzom.

W 1944 r. żydowscy bojownicy zabili lorda Moyne, wysłannika Londynu na Bliski Wschód, a dwa lata później wysadzili w powietrze hotel Dawid w Jerozolimie, gdzie mieściła się siedziba brytyjskiej administracji. Wreszcie, na początku 1947 r., rząd w Londynie ogłosił, że zamierza pozbyć się coraz bardziej gorącego kartofla, tzn. przekazać nieszczęsny mandat Palestyny pod kuratelę ONZ.

Arabowie i Żydzi mogli już zająć się sobą nawzajem. Dawid Ben Gurion na zebraniu Kongresu Syjonistycznego alarmował: „Do tej pory pytanie brzmiało: jak obronić się przed palestyńskimi Arabami, którzy okazjonalnie atakują osiedla żydowskie, ale teraz stoimy w obliczu zupełnie nowej sytuacji. Musimy liczyć się z tym, że państwa arabskie wyślą przeciwko nam swoje armie. To jest dla nas, jako narodu, śmiertelne zagrożenie”.

W listopadzie 1947 r. ONZ ogłosiło plan podziału Palestyny na dwa państwa, żydowskie i arabskie, z Jerozolimą jako wolnym miastem. Dla Żydów, którzy stanowili zaledwie jedną trzecią mieszkańców brytyjskiego mandatu, był to dobry deal. Ale Arabowie go odrzucili. Groźba wojskowej inwazji stała się jeszcze poważniejsza, ale Żydzi nie mieli skąd wziąć broni, bo jej dostaw do Palestyny zabronili Brytyjczycy, a ONZ embargo potwierdziło. Sytuacja wydawała się beznadziejna i być może Izrael w ogóle by nie powstał, gdyby nie… Czechosłowacja.

Cebula z Pragi

Wiosną 1948 r. wpłynął do portu w Tel Awiwie frachtowiec z nielegalnym transportem tysięcy czechosłowackich karabinów, przykrytych cebulą i ziemniakami. Kontrakt na ich sprzedaż podpisał w styczniu Jan Masaryk, minister spraw zagranicznych niepodległego rządu Czechosłowacji, ale komuniści, którzy przejęli władzę w Pradze miesiąc później, jeszcze przez cały rok go honorowali. Wysłali nawet kilkadziesiąt samolotów, również drogą morską do Tel Awiwu – jako „złom metalowy”.

14 maja 1948 r. Dawid Ben Gurion ogłosił deklarację o powstaniu Państwa Izrael. Następnego dnia armie Syrii, Egiptu, Jordanii i Iraku wkroczyły do Palestyny. Wybuchła wojna, która w arabskich podręcznikach nazywana jest nakba, czyli katastrofa. Po przegranej sił arabskich 700 tys. z 900 tys. Arabów uciekło z Palestyny do sąsiednich krajów, gdzie ich potomkowie żyją do dzisiaj w obozach uchodźców.

Czechosłowaccy towarzysze nie przechwalali się, że odegrali przy narodzinach państwa żydowskiego tak poczesną rolę, bo wkrótce Izrael zamienił się – w komunistycznej propagandzie – w przyczółek amerykańskich imperialistów na Bliskim Wschodzie. W latach 50. komunistyczne rządy w Pradze – niejako naprawiając swój błąd – sprzedawały już broń do Egiptu.

Zanim jednak malutki Izrael znalazł w USA potężnego sojusznika i protektora, przez ćwierć wieku był na Bliskim Wschodzie osamotniony i otoczony przez wrogie państwa arabskie. To, że przetrwał, jest jedną z najbardziej niezwykłych i inspirujących historii XX w. Jej kulminacją była wojna z 1967 r., kiedy Izraelczycy w pojedynkę – tym razem nawet bez pomocy Czechosłowacji – w sześć dni rozbili armie Egiptu, Jordanii i Syrii.

79 proc. to mało

Zwycięstwo w wojnie sześciodniowej było nawet zbyt miażdżące. Izraelczycy wkrótce stali się ofiarami swojego sukcesu. W jego efekcie zdobyli kontrolę nad całą Jerozolimą, Zachodnim Brzegiem Jordanu i półwyspem Synaj. Ten ostatni oddali Egiptowi w układzie pokojowym z 1979 r. Ale Zachodni Brzeg i wschodnią Jerozolimę, wcześniej arabską, okupują do dzisiaj.

Na dziś bilans sporu o Palestynę jest następujący: Izraelczycy mają w swoich granicach 79 proc. terytorium dawnego brytyjskiego mandatu, ale ciągle im mało. Kolejne 20 proc. terytorium systematycznie kolonizują – na Zachodnim Brzegu Jordanu mieszka już prawie 400 tys. żydowskich osadników. Mają wsparcie rządu w Jerozolimie, który wykorzystuje ich religijny lub syjonistyczny ferwor, żeby prowadzić politykę faktów dokonanych.

Coraz trudniej sobie wyobrazić, jak miałoby wyglądać i nawet gdzie na mapie miałoby się znajdować niepodległe państwo dla trzech milionów Palestyńczyków, którzy żyją na Zachodnim Brzegu między żydowskimi osiedlami.

Domykający 1 proc. terytorium dawnego brytyjskiego mandatu to Strefa Gazy, ponura enklawa nad Morzem Śródziemnym, jedno z najgęściej zaludnionych miejsc na świecie. Tutaj również prowadzona była kolonizacja, ale ostatecznie w 2005 r. premier Ariel Szaron doszedł do wniosku, że nie ma ona sensu. Siłą usunął 8 tys. żydowskich osadników, których utrzymywanie – pomiędzy milionem wrogo nastawionych arabskich tubylców – było bardzo kosztowne i logistycznie skomplikowane.

Dla odmiany kolonizacja Judei i Samarii – tak osadnicy nazywają Zachodni Brzeg – choć formalnie potępiana prawie na całym świecie, nawet w Waszyngtonie, nie została wstrzymana nigdy. Ani w 1976 r., kiedy ówczesny premier Icchak Rabin nazywał osadników „rakiem na tkance naszej demokracji”. Ani ćwierć wieku później, kiedy kolejne rządy Izraela negocjowały z Jaserem Arafatem powstanie niepodległego państwa palestyńskiego. Dlatego palestyńscy politycy zawsze powątpiewali w intencje Izraelczyków. Trudno uwierzyć w zapewnienia w rodzaju: tak, chcemy oddać wam tę ziemię, ale najpierw wybudujemy sobie na niej jeszcze trochę domów, osiedli i miast.

Nam się nie spieszy

– Powiedz, w czym jestem gorszy od ciebie? Ukończyłem studia z wyróżnieniem, miałem marzenia i ambicje. Dlaczego nie mogę podróżować, pracować, rozwijać się? – pytał mnie Jaser, tłumacz i przewodnik zachodnich dziennikarzy po Strefie Gazy. Ostatni raz widziałem go dziesięć lat temu, kiedy enklawa była prawie całkowicie odcięta od świata, a bezrobocie dochodziło do 50 proc. Od 2006 r. władzę sprawuje tam Hamas, radykalna muzułmańska partia, która uważa, że pokojowe negocjacje z Izraelem nie mają żadnego sensu.

Kilka lat wcześniej, podczas tzw. drugiej intifady, hamasowcy wysadzali się w powietrze w kafejkach i autobusach Tel Awiwu, Jerozolimy i Eilatu. Potem, kiedy już Gaza została odgrodzona drutem kolczastym, bojownicy Hamasu koncentrowali się na odpalaniu prymitywnych rakiet na izraelskie miasta po drugiej stronie granicy. Ale z każdym rokiem rakiety stają się mniej groźne, bo dużą część z nich przechwytuje coraz doskonalsza izraelska tarcza antyrakietowa.

– Dziś militarnie nie mamy z Izraelem żadnych szans. Nie jesteśmy żadnymi fanatykami ani mitomanami – wyjaśniał mi rzecznik Hamasu Sami Abu Zuhri ostatnim razem, kiedy byłem w Gazie. – Ale nam się nie spieszy. Jeśli nie my, to nasze dzieci albo wnuki, albo prawnuki wygrają tę wojnę.

Ludzi mających takie obawy nie brakuje po drugiej stronie barykady. Ale wielu izraelskich osadników wierzy, że są narodem wybranym i realizują boski plan. Niektórzy domagają się formalnej aneksji ziem okupowanych, czyli Judei i Samarii. Sęk w tym, że rząd w Jerozolimie niczego takiego nie planuje, bo musiałby przyznać prawo do głosowania mieszkającym tam Palestyńczykom.

Jeśli zsumować wszystkich Palestyńczyków i Żydów, którzy żyją obecnie na terytorium Izraela i na Zachodnim Brzegu, to pierwszych będzie 5 mln, a drugich – 6,5 mln. Ostatnio przyrost naturalny w obu grupach – palestyńskiej i żydowskiej – wyrównał się, ale należy oczekiwać, że w grupie biedniejszej (palestyńskiej) będzie wyższy. Jeśli dodać do demograficznego bilansu jeszcze Strefę Gazy, to Palestyńczyków już teraz jest więcej. Gdyby zatem powstał Wielki Izrael, o jakim marzyli osadnicy z Gazy – zanim premier Szaron ich spacyfikował – to przestałby istnieć po pierwszych wyborach parlamentarnych. Tzn. istniałby dalej, ale już nie jako państwo żydowskie.

Brzydkie słowo na „a”

Premier Benjamin Netanjahu, który od dziewięciu lat rozdaje karty w izraelskiej polityce, podtrzymuje obecne prowizoryczne status quo: żadnych realnych negocjacji z Palestyńczykami, bez aneksji Zachodniego Brzegu, ale z pełnym poparciem dla osadników. Efekty są – z punktu widzenia izraelskiej prawicy – bardziej niż zadowalające. Palestyńczycy, szczególnie na Zachodnim Brzegu, wydają się spacyfikowani i pogodzeni z faktem, że własnego kraju mieć nie będą. A świat o nich – sądząc po braku reakcji na graniczną jatkę – zapomniał.

Nawet prezydent Barack Obama, choć nie znosił Netanjahu, został spacyfikowany. Za jego rządów Ameryka blokowała w ONZ rezolucje potępiające osadników i wzywające do negocjacji o granicach z 1967 r. Jest to o tyle kuriozalne, że Stany Zjednoczone formalnie zgadzają się z treścią tych rezolucji. A przy wsparciu Ameryki – politycznym, wojskowym i finansowym – istniejące status quo można utrzymywać w nieskończoność. Niestety, ma ono – w dłuższym horyzoncie czasowym – dwie poważne wady.

Po pierwsze, z biegiem lat rośnie ryzyko, że jeden z towarzyszy Samiego Abu Zuhriego, albo jego syn, wnuk czy prawnuk, wejdzie w posiadanie bardzo dużej bomby i zdetonuje ją w centrum Tel Awiwu. Po drugie, w dyskusjach o Izraelu pojawia się coraz częściej nieprzyjemne słowo na literę „a”. W 2014 r. użył go Kerry, wtedy jeszcze nie były, tylko urzędujący sekretarz stanu (wcześniej użyli tego słowa m.in. były prezydent Jimmy Carter i były izraelski premier Ehud Barak).

„Są tylko dwie opcje rozwiązania konfliktu bliskowschodniego. Pierwsza: będą dwa państwa, izraelskie i palestyńskie, obok siebie. Druga: będzie jedno państwo, ale stanie się ono państwem apartheidu z obywatelami drugiej kategorii, albo przestanie być państwem żydowskim” – stwierdził Kerry na spotkaniu za zamkniętymi drzwiami (nagranie zdobył portal The Daily Beast). Minęły cztery lata i pierwsza opcja – dwa państwa dla dwóch narodów – wydaje się mniej realna niż kiedykolwiek. Zaś opcja druga jest dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Samozagrożenie

Formalnie rzecz biorąc, rząd w Jerozolimie nie odpowiada za Palestyńczyków, którzy podlegają władzom Autonomii Palestyńskiej. Ale w praktyce – im dłużej trwa okupacja, tym bardziej za nich odpowiada, bo przecież Autonomia jest fikcją. Izrael de facto kontroluje Zachodni Brzeg, ustawia tam blokady drogowe, urządza obławy na palestyńskich radykałów, za karę wstrzymuje przelewy dla władz Autonomii itp.

W efekcie na terytorium kontrolowanym obecnie przez izraelski rząd (Izrael plus Zachodni Brzeg) żyją dwie kategorie ludzi: pełnoprawni obywatele oraz Palestyńczycy z Autonomii, którzy nie mają swobody poruszania się ani prawa do głosowania, tzn. wybierania ludzi, którzy decydują o ich życiu (czyli deputowanych Knesetu). Te dwie kategorie widać gołym okiem zaraz po wylądowaniu na lotnisku w Tel Awiwie. Żydzi i biali turyści są przepuszczani najczęściej bez kontroli; Arabów rutynowo zatrzymuje się na szczegółowe, długie przesłuchania.

I takie jest chyba największe zagrożenie dla Izraela, który właśnie kończy 70 lat. Nie palestyńskie rakiety, które można coraz skuteczniej zestrzeliwać. Nie palestyńscy samobójcy, którzy siedzą w Gazie oddzieleni drutem kolczastym. Nie sąsiednie kraje arabskie, które są słabe lub pogodzone z Izraelem. Nie irańscy ajatollahowie, którzy wprawdzie nazywają Izrael „małym szatanem”, ale doskonale wiedzą, że gdyby go zaatakowali, to „wielki szatan”, czyli Ameryka, urządzi im prawdziwe piekło. Największym zagrożeniem dla Izraelczyków są oni sami.

Gdyby podjęli próbę porozumienia z Palestyńczykami, mogliby stać się krajem podziwianym za innowacyjność, duchowość i niesamowitą historię wygnanego, prześladowanego narodu, który po 2000 lat tułaczki sam – bez niczyjej pomocy, otoczony przez przeważające siły wroga – wywalczył sobie powrót do Ziemi Obiecanej. Ale wolą utrzymywać chore status quo, które zatruwa ich dusze, psuje ich demokrację i sprawia, że bardzo wielu ludziom na świecie Izrael kojarzy się ze snajperami strzelającymi do nieuzbrojonych chłopaków.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Bajki dla suwerena. Dlaczego filmy Patryka Vegi są tak popularne?

Rozmowa z dr. hab. Jackiem Wasilewskim o tym, co takiego wie o Polakach Patryk Vega, czego nie wiedzą inni.

Joanna Cieśla
20.03.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną