Świat

Szklane domy

Dubaj w Belgradzie

Wizualizacja projektu Belgrade Waterfront. Wizualizacja projektu Belgrade Waterfront. materiały prasowe
Serbia chce wstać z kolan. Na początek w stolicy buduje nową stolicę.
Graczanica – serbska enklawa w Kosowie.myLoupe/Universal Images Group/Getty Images Graczanica – serbska enklawa w Kosowie.

Artykuł w wersji audio

Dubaj na Bałkanach! – myślałem, patrząc na wizualizację Belgrade Waterfront. Na razie jeszcze, co prawda, niewiele tu zapowiada przyszłe cuda architektury: można się snuć po błocie i krzaczorach, między rozpadającymi się dawnymi kolejowymi magazynami za starym dworcem, pachnącym jeszcze czasami Orient Expressu, starym tłuszczem z wyszynków i skisłym moczem. Po kryzysie uchodźczym znaleźli sobie tu miejsce do koczowania migranci, którym nie udało się przedostać do Unii.

To właściwie będzie nowe miasto w mieście, nowa stolica Serbii wewnątrz starej. Drapacze chmur, miasto jak z baśni, chrom-szkło, szeroki widok na Sawę, niedaleko jej ujścia do Dunaju. Najatrakcyjniejsze nieruchomości w Europie – kipi entuzjazmem strona internetowa projektu.

– To będzie nowa tożsamość Serbii – kipi również prezydent kraju Aleksandar Vučić, który rękami i nogami wspiera projekt. Wtóruje mu Sinisa Mali, prezydent Belgradu, i rozpędza się, utrzymując, że w tej – było nie było – wielkiej inwestycji dla superbogatych chodzi o przywrócenie zwykłym Serbom godności. Reprezentująca ich stolica musi się zacząć dobrze kojarzyć, a nie wyłącznie z tym, że wojna, izolacja…

No tak. Znów wstawanie z kolan. Serbia dołącza do państw Europy Środkowej i Wschodniej, które za pomocą wielkich projektów próbują udowodnić, że sroce spod ogona nie wypadły, i za ich pomocą dać obywatelom poczucie „przywrócenia godności”. Serbia nie jest bowiem pierwsza. Weźmy Gruzję, całą – w zasadzie – wyremontowaną przez byłego prezydenta Saakaszwilego. Wybudował drogi (jeśli chodzi o dawne ZSRR, Gruzja ustępuje pod tym względem chyba tylko krajom bałtyckim), poddawał renowacji całe miasta (niektóre zabytki nawet tak entuzjastycznie, że wyrzucono je z listy UNESCO) i usprawniał relacje na linii obywatel–państwo. Generalnie wyszło in plus – model gruziński jest podziwiany w poradzieckich krajach, szczególnie tych, które mają spore problemy z modernizacją, jak Armenia, Ukraina czy Mołdawia. Saakaszwili zresztą też chciał zbudować coś w stylu tego, do czego szykuje się Vučić, tylko planował zrobić z tego osobne miasto, nowy port nad Morzem Czarnym. Ale skończyła się prezydentura, zaczęły problemy z prawem, projekt został zarzucony, i tylko kilka hoteli i przyszły ratusz, stojący pośród ugoru przez świnie uczęszczanego, z tej wielkiej budowy zostały.

Albo Białoruś, którą Alaksandr Łukaszenka kazał odmalować grubą warstwą farby i wybrukować tanim, ale nowym brukiem, dzięki któremu to nieskomplikowanemu zabiegowi stała się pierwszym poradzieckim krajem, w którego miejskiej przestrzeni można się było w miarę dobrze czuć (i co jest jednym z powodów popularności Łukaszenki).

Serbia obolała

Serbia była obijana od początku lat 90. Głównie z własnej, ale też i niewyłącznie własnej winy. I nadal jest mocno obolała. Głos Unii Europejskiej, do której z powodu braku innych sensownych opcji Serbia zamierza wstąpić, nakazuje zakopać topór wojenny i porozumieć się z sąsiadami. Co przede wszystkim oznacza porozumienie z Kosowem, a to jest sprawa dla Serbii wyjątkowo bolesna, bo wszelkie uzgodnienia z dawną serbską prowincją, rządzoną obecnie przez Albańczyków, w oczach wielu patriotycznie nastawionych Serbów legitymizują albańskie władze. I choć Vučić i związani z nim politycy dwoją się i troją, żeby od czasu do czasu groźnie i pod publiczkę pohukiwać na Kosowo, to zmuszeni są do porozumiewania się z Albańczykami. A to, cóż poradzić, de facto oznacza jakąś formę uznania Kosowa.

– Czujemy się zdradzeni przez Vučicia – mówili mi Serbowie w Mitrowicy w Kosowie Północnym, pod wielkim wyborczym billboardem z jego twarzą. – Gębę ma pełną narodowych frazesów, tyle mówiono o tym, że nas nie zostawi, a tymczasem pod presją Zachodu dogaduje się z Albańczykami.

– Czujemy, że Vučić działa ponad naszymi głowami – mówiła jedna z serbskich dziennikarek w Kosowie, niechętna do podawania nazwiska, bo tu wszyscy wszystkich znają, i jedno się mówi prywatnie, a inne – oficjalnie. – A my nie zgodzimy się na dalsze ustępstwa na rzecz Albańczyków, i koniec.

Vučić tymczasem spotykał się z prezydentem Kosowa Hashimem Thaçim, co było w Belgradzie, przez nacjonalistów, uznane za utratę twarzy. W 2013 r. podpisano porozumienie między Serbią a Kosowem, którego postanowienia wchodzą w życie z szybkością krwi sączącej się z nosa, ale które jest dokumentem świadczącym o tym, że choć Serbia oficjalnie uznawać Kosowa nie zamierza, to godzi się z jego istnieniem. Ale i ludzie muszą jakoś żyć i powoli godzą się z nowym status quo, choć wybaczać tego władzom w Belgradzie nie zamierzają.

W Graczanicy, serbskiej enklawie otoczonej przez albańskie osadnictwo, Serbowie służą już w kosowskiej policji, a wcześniej nie do wyobrażenia było, by któryś z nich założył mundur z napisem „Republika e Kosoves”. Teraz umundurowani serbscy-kosowscy policjanci siedzieli w graczanickiej kafanie niedaleko siedziby albańskich władz i nikt im do kawy nie pluł, przeciwnie – wodzili w towarzystwie rej. Na końcu ulicy znajduje się również siedziba konkurencyjnych serbskich władz: kręcący się pod nią Serbowie opowiadali, że wygląda na to, że trzeba powoli się przyzwyczajać do sytuacji. Niektórzy zrezygnowali już nawet – ileż można – z demonstracyjnej zmiany tablic rejestracyjnych na serbskie po tym, jak wjeżdża się na terytorium zamieszkane w większości przez Serbów. Ludzi jeżdżących w ogóle bez tablic – co kiedyś było standardem – też jest coraz mniej. Młodsi przebąkują, że warto by się zacząć uczyć albańskiego: Prisztina jest raptem parę kilometrów za Graczanicą, a nie bardzo wiadomo, jak się z jej mieszkańcami porozumieć, bo młodsi serbskiego już nie znają, a starsi niespecjalnie lubią tego języka używać.

– Cóż robić – mówił starszy pan Dragan. – Musimy jakoś się tu urządzić. Wszyscy do Belgradu nie wyjedziemy.

Niewygodny kompromis

Prezydent Vučić nie ma ruchu: jeśli chce wprowadzić kraj do UE, musi porozumieć się z Kosowarami. I przyznaje: porozumienie z Kosowem to straty dla obu stron; na tym polega kompromis. Szef serbskiego MSZ Ivica Dačić mówił ostatnio dość bezradnie, że, owszem, popiera stanowisko serbskiej Cerkwi prawosławnej, że nie wolno dopuścić do uznania niepodległości albo nawet podziału Kosowa (bo według niektórych najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby pozwolić zamieszkanym przez Serbów częściom Kosowa przyłączyć się do Serbii), ale zastanawia się, czy jest to „możliwe i realistyczne”.

– Niech ktoś powie, jak powinniśmy walczyć, by tej niepodległości [Kosowa] nie było – przez cierpienie, przez wojnę, przez niewpuszczenie nas do UE przez kolejnych 10 lat? – pytał Dačić. – Sytuacja jest bardzo skomplikowana i wszyscy powinni się nad tym zastanawiać.

Więc cóż – na bazie narodowej dumy Serbia raczej tego wstawania z kolan sobie nie urządzi. Po ostatnim unijno-bałkańskim szczycie w Sofii prezydent Francji Macron i kanclerz Niemiec Merkel de facto odłożyli członkostwo Serbii ad calendas graecas, co – jak się wydaje – jest zupełnie niepotrzebnym upokarzaniem Belgradu. W efekcie minister obrony Serbii Aleksandar Vulin mówił rozgoryczony mediom, że Serbia poważnie rozważa zmianę kursu geopolitycznego, bo „dla UE najważniejsza jest sprawa Kosowa”, a nie Serbia jako taka, i „stawiając warunki nie do spełnienia, usprawiedliwia swoją niechęć do przyjmowania Serbii w swoje szeregi”.

Prezydent i jego koalicja Aleksandar Vučić – Serbia Wygrywa, zorganizowana przez jego partię – konserwatywno-narodową Serbską Partię Postępową, popierana jest przez UE, mimo że z rządami prawa jest tam mniej więcej tak jak w pisowskiej Polsce czy na Węgrzech. Ale Bruksela przestała wybrzydzać: mami Serbów perspektywą członkostwa, choć Serbia bardzo średnio radzi sobie z wdrażaniem reform, boi się bowiem wzrostu serbskiego nacjonalizmu i tego, by sytuacja w regionie ponownie nie wymknęła się spod kontroli. Unijni urzędnicy przyznają: albo Europa przyniesie tam pokój, albo Bałkany przyniosą chaos do Europy.

Jest jeszcze jedna kwestia: uchodźcy. To przez Serbię przebiega najważniejszy uchodźczy szlak – ten, przeciwko któremu dwa i pół roku temu Viktor Orbán postawił na węgierskiej granicy blaszany płot. Serbia go kontroluje, i lepiej, żeby tak pozostało. Vučić więc jest Europie potrzebny i doskonale o tym wie.

A pamiętać trzeba, że i sam Vučić, za czasów Slobodana Miloševicia jego minister informacji, był kiedyś nacjonalistą nie lada, wypowiadającym się w antyzachodnim tonie, zbliżonym do tonu Siergieja Ławrowa z czasów najgorętszej awantury o Ukrainę, i objętym zakazem wjazdu do wielu zachodnich krajów. Dziś ubrał się w europejskie szatki, ale co jakiś czas dzwoni ogonem na unijną mszę, żeby przypomnieć, jak to na Bałkanach bywa, gdy sprawy wymykają się spod kontroli.

I ma pewną rację, bo Zachód w kwestii wrażliwości Bałkańczyków porusza się z gracją słonia w składzie porcelany. I w kwestii kosowskiej używa dogmatu „nieotwierania puszki Pandory”, czyli niedopuszczenia do tworzenia nowych granic na Bałkanach. Choć, jak się wydaje, oddanie Serbom północnego Kosowa, zamieszkanego prawie wyłącznie przez Serbów i z Serbią graniczącego, mogłoby sprawić, że zachowałaby twarz, a Kosowo uzyskałoby z jej strony konieczne gwarancje.

Ale i unijne układy z Vučiciem podważają autorytet samej Unii, która – według wielu Serbów – jedno mówi, a drugie robi. Popieranie serbskich, nadużywających władzy i pozycji elit tylko dlatego, że są uważane za gwaranta jakiej takiej stabilizacji w regionie, przez wielu Serbów uznawane jest za symbol unijnej hipokryzji. A jeśli wpiszemy to w postmodernistyczną narrację mediów związanych z Rosją, która brzmi: „my kłamiemy, ale Zachód robi to samo” – to cały obraz się domyka. Mało kto zresztą wierzy jeszcze w możliwość szybkiego dołączenia do UE (szczególnie w sytuacji, gdy prezydent Francji Macron co chwila daje do zrozumienia, jakim to wielkim błędem było poprzednie rozszerzenie UE, które osłabiło Unię), co sprawia, że i poparcie dla przystąpienia do organizacji słabnie.

Dubaj Bałkanów

Tak czy inaczej, do wstawania z kolan pozostają Serbom tylko wielkie projekty. Ale i tu jest problem. Nie tylko w tym, że choć Vučić mówi o konieczności budowania w Serbii dobrych dróg i autostrad (te zresztą faktycznie są budowane i modernizowane, choć głównie na linii północ–południe), to największa energia idzie w rozwój stołecznego Belgrade Waterfrontu – Dubaju Bałkanów. Ale i w tym, że o tym projekcie można powiedzieć wiele, poza tym, że jest uczciwy.

Przedstawiony został przez Vučicia już w 2012 r., a inwestor znalazł się dwa lata później: był to Mohamed Alabbar, szef firmy Eagle Hills z Abu Zabi oraz firmy Emaar, która budowała Dubai Mall, największe centrum handlowe na świecie, oraz Burdż Chalifa, największy na świecie budynek. Alabbar obiecywał Serbii złote góry: inwestycję wartości 4 mld dol., która miałaby uatrakcyjnić Belgrad, stworzyć miejsca pracy.

Projekt ma zajmować 177 ha w centrum miasta, mają się w nim znajdować jedne z najwyższych budynków w Europie, największe centrum handlowe, pięciogwiazdkowe hotele – mało kto w Europie będzie się mógł pochwalić takim centrum. Miasto, które jeszcze nie tak dawno bombardowało NATO, a ślady tego bombardowania – jak bojowa blizna – są wyeksponowane na jednej z głównych ulic. Władze nie zorganizowały przetargu, beztrosko informując dziennikarzy, że takiej potrzeby nie było: najlepszy możliwy inwestor sam się pojawił i nie trzeba go było wybierać. Bardzo szybko w takich warunkach pojawił się ruch oporu.

Z Dobricą Veselinoviciem z ruchu Ne da(vim)o Beograd (Nie Pozwolimy Belgradowi Utonąć) spotkaliśmy się w kawiarni Idiota w Belgradzie. Dobrica mówił, że Vučić nie był pierwszą osobą, która zainteresowała się nieużytkami pomiędzy dworcem kolejowym a rzeką, w centrum miasta, że planów zagospodarowania tego miejsca jest mnóstwo, tylko że nikt nie wpadł w ten interes tak, jak zrobił to Alabbar: wymachując miliardami dolarów i ignorując procedury.

Veselinović twierdzi, że pierwsze działania mające przygotować miejsce pod inwestycję odbyły się jeszcze przed podpisaniem umowy: usunięto z terenu kilkadziesiąt osób, zmieniano plany zagospodarowania przestrzennego Belgradu. Od tej pory co chwila coś się dzieje: niszczone są fragmenty zabudowy dzielnicy Sava Mala, usuwani są mieszkańcy, likwidowane biznesy. Ludzie zaangażowani w protesty są śledzeni przez policję, niektórzy mają założone podsłuchy na telefonach.

Wielu serbskich architektów też narzeka na projekt, nazywając go megalomańskim, wskazując na kiepskie wkomponowanie go w pagórkowaty krajobraz okolic Belgradu.

– Belgrad na wodzie, a Serbia na chlebie i wodzie, tak się u nas mówi – śmieje się serbska dziennikarka, krytyczna wobec projektu. I wobec samego Vučicia.

Ale nie do wszystkich wrogów prezydenta przemawiają argumenty wrogów Belgrade Waterfront. Petar Luković, legenda jugosłowiańskiego i serbskiego dziennikarstwa, mocno skonfliktowany z nacjonalistycznymi środowiskami serbskimi – od Emira Kusturicy, który wytoczył mu kilka procesów, po sam obóz władzy – twierdzi, że akurat co do „Belgradu na wodzie”, to Vučicia popiera.

– Kiedyś tam była Afryka, nawet Cyganie tam nie chcieli mieszkać – mówi, z dość charakterystyczną dla „demokratycznej opozycji starej daty” pogardą dla politycznej poprawności. – W dupie mam, że nie było przetargu, jeśli ktoś się w końcu znalazł, kto to zrobi. A czy ktoś pamięta, kto robił przetarg dla tych wszystkich budynków w Belgradzie? – macha ręką z papierosem, bo kopci jak komin i szybko się denerwuje.

– A wy macie jakiś pomysł na zagospodarowanie tego terenu? – pytamy Dobricę Veselinovicia. Krzywi się.

– Tu nie o to chodzi – tłumaczy. – Nawet jakbyśmy mieli, to kolejne pytanie by brzmiało: a czy macie pieniądze, żeby to zrealizować? Chodzi o to, by uczulić ludzi na ich własne prawa jako obywateli, sprowokować ich do świadomego uczestnictwa w polityce.

A tymczasem Belgrade Waterfront powstaje, a Serbia powstaje z kolan w trybie przypominającym bardziej Abu Zabi czy Astanę. Jak i cały region.

Polityka 23.2018 (3163) z dnia 05.06.2018; Świat; s. 51
Oryginalny tytuł tekstu: "Szklane domy"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dzisiejsza bieda jest inna. Pieniądze jej nie przegonią

Według GUS bieda jest w Polsce marginesem: w skrajnym ubóstwie żyje nieco ponad 4 proc. Polaków i tylko 6,5 proc. rodzin wielodzietnych. 500 plus poprawiło statystyki finansowe, ale ci naprawdę najubożsi bardziej niż pieniędzy potrzebują ludzkiej pomocy.

Juliusz Ćwieluch
26.03.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną