Dlaczego cały świat interesował się uwięzionymi w tajskiej jaskini
Prof. Wiesław Godzic, medioznawca, o tym, dlaczego akcję w jaskini Tham Luang śledziło tyle osób na świecie, co czyni ją wyjątkową i jaką rolę odegrały w tym media.
Akcja ratunkowa w Tajlandii
Soe Zeya Tun/Forum

Akcja ratunkowa w Tajlandii

ALEKSANDRA ŻELAZIŃSKA: – Śledził pan akcję ratunkową w jaskini Tham Luang w Tajlandii?
PROF. WIESŁAW GODZIC: – Nie dało się nie śledzić. Opinię publiczną informowano o każdym detalu. I ja też otrzymałem ciąg takich wieści: uratowano dziewięć osób, dziesięć, jedenaście... Trudno było tego nie zauważyć. Akcja w tajskiej jaskini to tzw. media event, czyli zdarzenie medialne. Zwykle takim zdarzeniem jest jakiś głośny ślub, pogrzeb, zdobycie nowego terytorium itp. W tym przypadku też w pewnym sensie mieliśmy do czynienia ze zdobyciem nowego terytorium. Weszliśmy jakoś nieopacznie do wnętrza ziemi, a potem trzeba było stamtąd wychodzić. I zwyciężyliśmy – my, ludzie. Zobaczyliśmy dużo pięknych scen, ochotników z całego świata, w tym Polaków, którzy zgłaszali się do pomocy. Pokazaliśmy solidarnie lepszą twarz.

My? Widzowie i czytelnicy też ją przy okazji pokazali?
W gruncie rzeczy tak. Została nam opowiedziana pewna historia. Z happy endem, choć zginął jeden ratownik. Weszliśmy zgodnie w tę narrację i chcieliśmy więcej. Akcja ratunkowa w Tham Luang tym się wyróżnia, że była pokazywana jak serial. Budziliśmy się co rano i poznawaliśmy nowe pomysły na to, jak tych ludzi uratować. Ale cała sprawa skończy się jak w filmie „Truman Show” – na końcu, gdy główny bohater wychodzi z zaklętego, nieprawdziwego świata, oglądający tę scenę dwaj ochroniarze przełączają się na inny kanał. Za chwilę znajdziemy sobie inny temat, bo potrzebujemy żyć takimi historiami. Ta była idealnie skrojona i trwała odpowiednio długo. Przez ten czas to w Tajlandii znajdowało się centrum świata.

Dlaczego akurat ten temat poruszył opinię publiczną?
Mogę odpowiedzieć, dlaczego mnie poruszył. Odczuwam jakąś bojaźń klaustrofobiczną i trudno mi sobie wyobrazić, jak trzynaścioro ludzi mogło przetrwać uwięzienie w jaskini. Podziwiam ich. Pewnie powstaną teraz na ten temat książki. Takie historie można łatwo wymyślić, ale one się naprawdę wydarzyły! Tym bardziej jesteśmy ich ciekawi i skłonni nagradzać ratowników medalami. Przy okazji dowiedzieliśmy się też sporo na temat jaskiń, poziomu wody, wylewania, zalewania, przelewania... O tym, jak opiekować się uwięzionymi w podobnej sytuacji. To był w jakiejś mierze show edukacyjny – kilka stacji telewizyjnych właśnie tak to potraktowało.

No właśnie – to ludzie interesowali się tematem, czy media im go wszędzie podsuwały?
Media podchwyciły tę historię. Nie sądziłem co prawda, że podchwycą ją do tego stopnia. TVN zrobił z tego tematu show ze znakomitym młodym dziennikarzem Wojciechem Bojanowskim, który całą sprawę relacjonował tak, jakbyśmy chcieli być widzami miejsca zdarzenia. To w pewnej mierze przypadek, że akurat akcja w Tajlandii przykuła taką uwagę. W międzyczasie działy się przecież większe katastrofy, ginęli turyści. Ale miarą zdarzenia nie jest to, ile osób ginie, ale to, jak media zabierają się za temat. Nie chodzi o rangę zdarzenia, ale o pewną niewyczuwalną jakość. Tajską historię dało się opowiedzieć jak bajkę: było źle, ale zwyciężyliśmy naturę. Chciała nam coś zabrać, ale się nie daliśmy. Wrogiem była więc natura, a nie jakiś nazwany wróg.

Wojciech Bojanowski został w Tajlandii zatrzymany za używanie drona w okolicach jaskini. Są jakieś granice relacjonowania takich wydarzeń?
Myśmy go mentalnie tam wysłali, żeby za jego pośrednictwem zobaczyć wszystko, co się da. Dlatego wielu Polaków będzie pewnie sarkać na decyzję tajskich władz. Tak się oczywiście nie robi, prawa się nie łamie, ale rozumiem Bojanowskiego. Działa tu teoria delegowania: pojawia się człowiek, który pokazuje innym, co dzieje się na świecie. Sprawa pewnie rozejdzie się po kościach.

Czy fakt, że w jaskini byli uwięzieni nastolatkowie, młodzi ludzie, odegrał jakąś rolę?
Owszem. Proszę zwrócić uwagę, że nie było wiadomo, jak ich nazywać: dziećmi, graczami? To ważny element całej historii: w jaskini znaleźli się młodzi, niewinni ludzie, w dodatku sportowcy. I to w trakcie mundialu. Chłopcy dostali nawet zaproszenie na finałowy mecz tych mistrzostw.

W międzyczasie w Polsce weszła w życie ustawa o Sądzie Najwyższym. O tym tak głośno się nie mówiło.
Reforma Sądu Najwyższego jest „gdzieś tam”, nie siedzi nam w głowach. Czuć znużenie przeciętnego Polaka tym tematem, bo to sprawa niejednoznaczna: nie wiadomo, kto jest winien, a kto nie. Jeśli się odpowiednio nie naciśnie, nie poruszy właściwych strun, to zapominamy o temacie. W przypadku uwięzienia w jaskini obudził się w nas człowiek nie polityczny, ale rzewny, sentymentalny. I to wygrało z refleksją nad Sądem Najwyższym.

Coś pana w tej sytuacji jeszcze zaskoczyło?
Solidarność. W sprawę zaangażowały się setki najlepszych nurków z całego świata. Także tych, którzy być może pochodzili z krajów skonfliktowanych z Tajlandią, Azją. To było takie średniowieczne zawieszenie walk. Państwa, które mają coś do siebie, zawarły pakt, by wyswobodzić dzieci. Teraz pewnie przyjdzie się z tego rozliczyć, także finansowo. Po wielkich zdarzeniach zawsze ktoś musi przyjść i posprzątać.

ROZMAWIAŁA ALEKSANDRA ŻELAZIŃSKA

***

Prof. Wiesław Godzic – medioznawca, filmoznawca, ekspert i doradca stacji telewizyjnych. Wykładowca uczelni polskich (m.in. Uniwersytetu SWPS) i amerykańskich.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj