Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

Przez jaskinię do paszportu

Tajlandia: Piłkarzy z Tham Luang nikt nie deportuje, ale co z resztą bezpaństwowców?

Ekkapol Chanthawong, 25-latek, który utknął ze swoimi podopiecznymi w jaskini Tham Luang, otrzyma tajski paszport. Jaka przyszłość czeka jednak pozostałych bezpaństwowców w Tajlandii? Ekkapol Chanthawong, 25-latek, który utknął ze swoimi podopiecznymi w jaskini Tham Luang, otrzyma tajski paszport. Jaka przyszłość czeka jednak pozostałych bezpaństwowców w Tajlandii? Soe Zeya Tun / Forum
Trzech młodych piłkarzy wyciągniętych z tajskiej jaskini oraz ich trener mają teraz otrzymać tajskie obywatelstwo. Dla milionów innych bezpaństwowców sprawa jest trudniejsza.

10 lipca Ekkapol Chanthawong, 25-letni trener, jako ostatni został wyprowadzony przez nurków z jaskini Tham Luang w północnej Tajlandii. Wcześniej ratownicy wydostali w niezwykle trudnej technicznie akcji 12 nastoletnich piłkarzy lokalnego zespołu „Dzików”, którzy byli uwięzieni w Tham Luang od 23 czerwca.

Tajski premier i autor zamachu stanu w 2014 r. Prayut Chan-o-cha wielokrotnie wypowiadał się o akcji, wspierając nurków i życząc im powodzenia. Odwiedził nawet położone w pobliżu znanego turystom miasta Chiang Rai wejście do jaskini. Wysiłki ratowników wsparł też król Rama X Maha Vajiralongkorn, który – w przeciwieństwie do swojego ojca – raczej rzadko występuje publicznie. Wojsko i policja nie szczędziły wysiłków i zrobiły faktycznie co w ich mocy, by uwięzionych „Dzików” wyciągnąć.

Czytaj również: 8 pytań nasuwających się w związku z uwięzionymi w jaskini

Bez państwa, bez paszportu, bez wsparcia

Ekkapol nie mógł więc czuć, że państwo tym razem o niego nie zadbało. Choć pewnie przez poprzednich kilkanaście lat swojego życia tak właśnie się czuł. Trener „Dzików” jest bowiem bezpaństwowcem, podobnie jak trzech młodych piłkarzy, w tym 14-letni Adul Sam-on, jedyny, który mówi płynnie po angielsku i był z tego powodu kluczowy dla powodzenia akcji prowadzonej przez brytyjskich nurków.

Wielu z tych bezpaństwowców od dawna stara się o to, by Tajlandia przynajmniej uznała ich istnienie. Bez zagubienia się w jaskini w świetle światowych mediów nie jest to jednak takie proste.

– Jeśli nie masz paszportu, zawsze jesteś inny. Jesteś pośmiewiskiem. Niczego ci nie wolno – mówi Da, która większość swojego niespełna trzydziestoletniego życia spędziła jako bezpaństwowa w Tajlandii, a dziś, wywalczywszy paszport dla siebie, jest aktywistką i prawniczką.

Czytaj także: Dlaczego wzruszają nas jedne nieszczęścia, a inne już nie?

Bezpaństwowcy, inaczej niż nielegalni imigranci, nie mają niczego

Oficjalnie w Tajlandii mieszka niecałe 500 tys. osób bezpaństwowych, ale według szacunków Międzynarodowego Obserwatorium ds. Bezpaństwowości może ich być nawet 2,5–3 mln. Różnica wynika z tego, że Tajlandia liczy jedynie tych, którzy mają jakiekolwiek papiery potwierdzające ich istnienie. Dla porównania – legalna populacja Tajlandii to niecałe 70 mln osób.

Bezpaństwowcy to nie nielegalni imigranci, choć wiele osób myli te pojęcia, a problemy dotyczące obu grup są często podobne. Imigranci mają jednak jakiś paszport; nawet jeśli dostali się do Tajlandii przez zieloną granicę i są w niej nielegalnie, mają tożsamość i – przynajmniej w teorii – swój kraj. Bezpaństwowcy nie mają natomiast niczego. Bez paszportu i dokumentów żyją w świecie paragrafu 22 – tajski policjant lub pogranicznik może z nimi rozmawiać, ale równocześnie formalnie będzie twierdził, że taki człowiek po prostu nie istnieje.

Uciekinierzy od wojen, poza państwowymi strukturami

Większość bezpaństwowców w Tajlandii, według niektórych szacunków nawet 80 proc., to w praktyce uchodźcy z ogarniętej od siedmiu dekad wojną domową Mjanmy (dawniej Birmy). Licząca 2,1 tys. kilometrów granica tego kraju z Tajlandią w większości jest górzysta i porośnięta niedającą się upilnować dżunglą. Narody najbardziej prześladowane przez centralny rząd w Mjanmie, m.in. Karenowie, Kaczinowie, Szan czy Wa (do którego należy Ekkapol i trzech jego bezpaństwowych piłkarzy), mieszkają wzdłuż tej granicy, więc od dawna ich członkowie szukali bezpieczeństwa w Tajlandii. Przeniknięcie do stabilniejszego i bezpieczniejszego sąsiada nigdy nie było problemem. Zresztą wielu bezpaństwowców regularnie przemieszcza się między mjanmarską i tajską stroną granicy. Na mniejszą skalę bezpaństwowcy przyjeżdżali też z Kambodży i Laosu. Wielu z nich nie miało dokumentów w swoich krajach pochodzenia, część je zgubiła, nieliczni zniszczyli w trakcie ucieczki.

Są też rodzimi tajscy bezpaństwowcy, głównie należący do żyjących w górach plemion, gdzie struktury państwa nie docierają, więc po prostu nikt ich nigdy nie zarejestrował jako obywateli.

Rząd w Tajlandii udaje, że problemu nie widzi

Tajlandia udaje, że problemu nie ma. Rząd w Bangkoku odmawia uznania uchodźców z Mjanmy, choć tysiące z nich spełniają wszystkie kryteria, by nimi być. Nawet ci najbardziej sformalizowani, żyjący w chronionych przez tajską policję obozach (choć wielu by powiedziało, że są oni tam raczej więzieni), mają status osób „tymczasowo zamieszkujących”.

Czytaj też: Dlaczego cały świat interesował się uwięzionymi w tajskiej jaskini

W obozach nie ma pracy, system edukacji i ochrony zdrowia jest szczątkowy, a możliwości zalegalizowania pobytu w Tajlandii lub repatriacji do innego, bezpiecznego kraju prawie zerowe. Zresztą pojemność obozów jest niewielka i w ogóle niełatwo się tam dostać. Więc tysiące uchodźców z Mjanmy kończy jako bezpaństwowcy. Mają w Tajlandii swoje wioski, dobrze integrują się z przedstawicielami tych samych narodów od dawna żyjących legalnie po tajskiej stronie i w zasadzie nikomu nie wadzą.

Bez paszportu nie ma marzeń

Oni państwu nie wadzą, ale brak paszportu bardzo wadzi im.

– Miałam 12 lat, chciałam dalej się uczyć w Tajlandii, iść do szkoły średniej. Nauczyciel, który wiedział, że jestem bezpaństwowa, powiedział mi wtedy, żebym dała sobie spokój i poszła pracować, wspierać rodzinę. Płakałam kilka dni, czułam, jak wszystkie moje marzenia się rozsypały. Ale zebrałam się w sobie, poszłam do innej szkoły, powiedziałem im, że dokumentów „akurat zapomniałam”. „Zapominałam” im donieść tak długo, że zdążyłam skończyć szkołę – opowiada Da, która sama wywodzi się z mjanmarskich Karenów.

Da była sprytna i zdeterminowana. Tajska edukacja jest za darmo, więc szkoła przymykała oko na jej brak dokumentów, potem znalazła oparcie w profesorach, którzy załatwili jej stypendium na uczelni. Większość bezpaństwowców w Tajlandii ma gorzej – korzystają z tego, co kraj daje za darmo, czyli jako takiej edukacji i jako takiej służby zdrowia, pracują na czarno, ale i tak żyją w biedzie i nieformalnie. Teoretycznie nie można ich deportować (bo dokąd, skoro nie mają żadnego paszportu?), ale i tak cały czas się tego boją.

Bezpaństwowa tajskość

Równocześnie ci młodsi z nich, jak niespełna 30-letnia Da, w ogóle nie czują związku z krajem, z którego uciekli ich rodzice. Nie mówią po birmańsku, wielu z nich nigdy nawet nie była w Mjanmie. Mówią za to po tajsku, czują lojalność wobec Tajlandii i wielu chętnie potwierdziłoby swoją „tajskość”. Niektórzy dostają wsparcie od organizacji pozarządowych, ale to za mało.

Od kilku lat Tajlandia nieco poszła na rękę bezpaństwowcom i formalnie otworzyła drogę do legalizacji pobytu niektórym z tych, którzy urodzili się w Tajlandii. Ale jak dotąd dokumenty dostało kilkadziesiąt tysięcy osób, garstka z wielomilionowej rzeszy bezpaństwowców w Syjamie. Tylko nieliczni dostają obywatelstwo, większość tylko dokument potwierdzający, że istnieją (np. akt urodzenia lub specjalny dowód osobisty). Ale już samo to daje dużo praw w porównaniu do bezpaństwowości. Przede wszystkim umożliwia dostęp do legalnej edukacji, także wyższej, i legalnego rynku pracy we wszystkich zawodach.

Sytuację komplikuje jednak to, że wielu migrantów zarobkowych z sąsiednich krajów podaje się w Tajlandii za bezpaństwowców, bo od jakiegoś czasu rząd w Bangkoku udaje, że walczy z pracą na czarno nielegalnych migrantów i chętnie ich deportuje.

Piłkarzy z Tham Luang nikt nie deportuje, bo zobaczył ich świat

Ekkapola i jego piłkarzy nikt już nie deportuje, bo po uratowaniu ich z jaskini rząd obiecał im tajskie paszporty. Tajska junta jest świetna w budowaniu pozytywnego wizerunku kraju, którego gospodarka w 20 proc. opiera się na turystyce, a legalizacja pobytu osób, o których mówi cały świat, niewiele kosztuje. Ale pozostałych kilka milionów bezpaństwowców nie może liczyć na takie traktowanie i wciąż będzie musiało latami zabiegać o jakikolwiek dokument, który potwierdzi, że w ogóle istnieją.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Przerwane porwanie: koszmar 14-latki z Poznania. „To już z nią zostanie”

Tylko niesamowity zbieg okoliczności sprawił, że policji udało się przerwać udrękę 14-latki porwanej w Poznaniu przez matkę jej koleżanki. Było golenie głowy, przypalanie papierosami, gwałt. Co dalej by wymyśliła ta kobieta?

Violetta Krasnowska
03.08.2022
Reklama