Świat

Prywaciarze

Afganistan: Ameryka prywatyzuje wojnę

Najemnicy Erika Prince’a podczas akcji w irackim Nadżaf. Najemnicy Erika Prince’a podczas akcji w irackim Nadżaf. Gervasio Sanchez/AP / EAST NEWS
Król najemników Erik Prince chciałby sprywatyzować politykę zagraniczną USA. Pomysł można by uznać za absurdalny, gdyby nie sprzyjał mu Donald Trump.
Prince proponuje wyznaczenie amerykańskiego „wicekróla” Afganistanu, który koordynowałby działania najemników, żołnierzy i dyplomatów.Bill Putnam/Bloomberg/Getty Images Prince proponuje wyznaczenie amerykańskiego „wicekróla” Afganistanu, który koordynowałby działania najemników, żołnierzy i dyplomatów.

Artykuł w wersji audio

Erik Prince potrafił znaleźć dla swoich przedsięwzięć mistycznie brzmiące nazwy. Blackwater, Xe, Academi to kolejne wcielenia jego korporacji. Obecna firma nosi już jednak urzędniczo brzmiącą nazwę Frontier Security Services. Być może dlatego, że Prince próbuje scalić swoją prywatną działalność z funkcjami amerykańskich urzędów. Ma nową misję: chce zastąpić państwo w miejscach, gdzie korzystniej jest wysłać najemnika niż żołnierza. Tam, gdzie zwietrzałe ideały amerykańskiej polityki zagranicznej zastępowane są przez imperialną rozgrywkę.

Na początku swojej kariery Prince zajmował się logistyką dla amerykańskich wojsk stacjonujących poza USA. Już wtedy miał za sobą doświadczenie wojskowe szczególnego rodzaju, był bowiem komandosem Navy Seals. Nigdy nie wziął udziału w walce z przeciwnikiem, ale sama przynależność do tej elitarnej jednostki pootwierała mu wiele drzwi w biznesie. Wojsko opuścił w 1996 r., by zająć się budowaniem przynoszącej wielkie zyski armii kontraktorów i usługami dla Pentagonu. Po atakach z 11 września jego firma Blackwater dostała kilka lukratywnych kontraktów logistycznych. Zajęła się też ochroną amerykańskich dyplomatów i żołnierzy ścigających terrorystów, prawdziwych i domniemanych, na całym świecie.

Masowe morderstwo

Szybko się okazało, że Blackwater to nie tylko logistyka: w Afganistanie wykonywała zadania na rzecz CIA. Prowadziła operacje obserwacyjne z dronów i balonów rozpoznawczych. Pozyskiwała informacje o kryjówkach Al-Kaidy w pobliskim Pakistanie. Współpracowała z miejscowymi watażkami, którzy wskazywali Amerykanom miejsca pobytu terrorystów. Szkoliła afgańskie milicje, ścigające w pierwszych latach wojny niedobitki talibów.

Po doświadczeniu afgańskim Blackwater zdobyła kontrakty na działania paramilitarne w Iraku. Pracownicy Prince’a również tam ochraniali amerykańskich dyplomatów. Wykonywali to zadanie na tyle skutecznie, że kiedy nad firmą zawisły czarne chmury, mogli się usprawiedliwiać, że żadnemu z ich podopiecznych włos z głowy nie spadł. To właśnie ludzie Prince’a pomogli polskiemu ambasadorowi Edwardowi Pietrzykowi po zamachu na niego w październiku 2007 r.

Rozmach ich działania stał się jednak przyczyną kłopotów firmy. W 2007 r. prowadzony przez Blackwater konwój zatrzymał się na zatłoczonym placu Nissur w Bagdadzie. Najemnicy, sądząc, że szykowany jest na nich zamach, otworzyli ogień do tłumu, zabijając 17 osób i raniąc wiele innych. Skandal wywołany przez masowe morderstwo po raz pierwszy skonfliktował Prince’a z politykami w Waszyngtonie. Senator Hillary Clinton poparła propozycję ustawy zakazującej Departamentowi Stanu zatrudniania najemników do ochrony ambasad na świecie. Nacisk polityczny w połączeniu z procesami sądowymi o odszkodowania zmusił Prince’a do zawieszenia działalności w Stanach.

Emigrował do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie rozwijał najemniczą karierę. Stworzył tam 800-osobową prywatną armię, złożoną głównie z byłych żołnierzy kolumbijskich, których oficjalnym zadaniem była ochrona pól naftowych. Działo się to w przededniu arabskiej wiosny i domyślano się, że prawdziwym zadaniem najemników będzie ochrona szejków przewidujących społeczne niepokoje.

Kiedy Prince był na dobrowolnym wygnaniu w Emiratach, amerykańskie władze przyglądały się jego interesom. Okazało się, że jego firmy naruszały przepisy o obrocie bronią palną, angażowały się bez zezwolenia rządu w szkolenie żołnierzy w Sudanie, prowadziły treningi snajperskie dla policji w Tajwanie i rozbudowywały przedstawicielstwa w Chinach.

Lata prezydentury Baracka Obamy były dla Prince’a pomyślne, głównie z powodu działalności w Azji i Afryce. Ale jego prawdziwym celem była odbudowa pozycji w USA. To marzenie spełnia się właśnie dzięki Donaldowi Trumpowi. Prince wspiera Trumpa swoją wiedzą i kontaktami w świecie arabskim, swoimi poglądami na rolę Ameryki w świecie i swoimi pieniędzmi, które wpłacał na kampanię ekscentrycznego celebryty. Poglądy wygłaszał na ideowo bliskim Trumpowi portalu Breitbart, w którym publikował tyleż nieprawdziwe, co przekonująco brzmiące plotki o seksualnych skandalach w kampanii Hillary Clinton.

Wiarygodności w oczach skrajnej prawicy przydaje Prince’owi głęboka religijność. Jego rodzina należała do Kościoła reformowanego, a on sam przeszedł na katolicyzm po śmierci pierwszej żony. Wspiera finansowo znanych kaznodziejów oraz konserwatywne fundacje. Zaprzyjaźnił się z mentorem Trumpa Steve’em Bannonem. To on namawiał Prince’a do startu w wyborach do Senatu. Bannon widzi w nim zresztą jednego z liderów przyszłej Partii Republikańskiej, alternatywę dla dotychczasowego kierownictwa, które oskarża o gaszenie konserwatywnej rewolucji.

Jak na razie Prince woli rozwijać biznes najemniczy pod patronatem Trumpa. Zyskał w nowej administracji znaczącego sojusznika: jego rodzona siostra Betsy DeVoss jest ministrem edukacji, a Trump pozwala jej prywatyzować co się da w szkolnictwie. To, co jego siostra robi z publiczną edukacją, Erik Prince chciałby zrobić z amerykańską polityką zagraniczną, służbami specjalnymi i interwencjami zbrojnymi. W zasadzie to samo deklaruje Trump, który obawia się własnych służb specjalnych bardziej niż konkurencyjnych mocarstw. Prezydent USA jest zwolennikiem spiskowej teorii „głębokiego państwa”, wedle której urzędnicy państwowi knują wspólnie przeciwko niemu w obronie interesów swoich tajemniczych mocodawców. Żyjąc w poczuciu zagrożenia ze strony własnej administracji, Trump chciałby ją ominąć, a Prince podsuwa mu na to kolejne sposoby.

Afgański wicekról

Już w 2016 r. miał proponować Białemu Domowi stworzenie sieci wywiadowczej, działającej na rzecz prezydenta poza CIA i Departamentem Stanu. Plotka była na tyle intensywna, że wymagała dementi rzecznika Narodowej Rady Bezpieczeństwa. Ale ziarno „prywatyzacji państwa” zostało zasiane. Szczególnie że pomysły Prince’a padały w czasie, kiedy amerykańską dyplomację demolował Rex Tillerson, były szef wielkich korporacji.

Krok dalej poszedł Prince, gdy zaproponował, aby Stany Zjednoczone wycofały swoich żołnierzy z Afganistanu i skierowały tam najemników. Mieliby oni bezterminowo szkolić i wspierać afgańskie siły specjalne, co zaoszczędziłoby USA masy pieniędzy oraz pozwoliłoby zniwelować publiczną niechęć do wojny przez zmniejszenie strat wśród „oficjalnych” żołnierzy. Oczywiście taka misja byłaby pełniona przez firmy podobne do Blackwater. Rok temu ta propozycja przeszła jeszcze bez odzewu, ale podobne pomysły powracają.

Teraz Prince proponuje wyznaczenie amerykańskiego „wicekróla” Afganistanu, który koordynowałby na miejscu działania zarówno najemników, jak i żołnierzy oraz dyplomatów. Przedstawia na Kapitolu dobrze udokumentowane analizy sytuacji w Afganistanie. Planuje kampanię medialną, wiedząc, że w ten sposób najłatwiej dotrze do samego prezydenta, czerpiącego większość swojej wiedzy o świecie z porannego pasma Fox News. Ma kilku znaczących zwolenników. Popiera go m.in. kongresmen Dana Rohrabacher, miłośnik Kremla, znany również w Polsce partner polityczny Antoniego Macierewicza.

Prince ma rację, krytykując to, co się dzieje w Afganistanie. Sytuacja władz afgańskich jest coraz gorsza, a talibowie śmielej atakują większe miasta. Władze afgańskie walczą również z ostrym podziałem wewnętrznym i o dostęp do kurczącej się pomocy zagranicznej. Trwają co prawda rozmowy pokojowe z talibami, ale niestety rozmawiają z nimi wszyscy zainteresowani, tylko nie same władze Afganistanu. Nieudolny rząd w Kabulu i słabnące siły bezpieczeństwa nie potrafią zakończyć coraz krwawszego konfliktu. Trump musi zatem dokonać jakiejś korekty, jeśli nie chce „przegrać wojny”. W spotach telewizyjnych Prince mu podpowiada, że „Pentagon zawiódł w Afganistanie i czas na radykalne zmniejszenie kosztów wojny”.

Co prawda planom wysłania wicekróla do Afganistanu przytomnie sprzeciwiają się szefowie dyplomacji i wojska Mike Pompeo oraz Jim Mattis, ale czy przekonają prezydenta sfrustrowanego ich niepowodzeniami? Trump stroni od Afganistanu tak mocno, że wciąż jeszcze nie odwiedził służących tam żołnierzy. A znienawidzony Obama był tam aż cztery razy.

Jeśli Prince’a „pomysł na Afganistan” stanie się oficjalną polityką USA, skutki tej rewolucji mogą być globalne. A prywatyzacja wojny i dyplomacji przyniesie kolejne tektoniczne tąpnięcie dla pozycji Ameryki na świecie. Cokolwiek bowiem myśleć o przebiegu wojen w Iraku i Afganistanie, to ich prowadzenie spotykało się ze zrozumieniem i akceptacją opinii publicznej.

Wojna iracka usprawiedliwiana była ochroną praw międzynarodowych oraz mniejszości prześladowanych przez ponurą dyktaturę Saddama Husajna. W Afganistanie dokonanie zemsty na talibach i Al-Kaidzie szybko przekształciło się w projekt wielkiej zmiany cywilizacyjnej, budowania demokracji i instytucji państwowych przez amerykańskie wojsko. Prawa kobiet, prawa edukacyjne, równość i wolność od przemocy, a także wprowadzenie rządów prawa stanowiły szlachetne uzasadnienie misji, nawet jeśli rezultaty daleko odbiegały od głoszonych zamiarów i standardów.

Nadane sobie posłannictwo niesienia pomocy upadłym państwom windowało Amerykę ponad darwinistycznie pojmowane relacje międzynarodowe. Pozwalało myśleć o USA jako o liderze demokratycznych zmian w świecie. W Kabulu dyplomaci i żołnierze autentycznie wierzyli w sens wykonywanej misji. A w społeczeństwie amerykańskim żołnierze i weterani walczący w obu operacjach cieszą się uznaniem niewidzianym od czasu zakończenia drugiej wojny światowej.

Proponowana przez Erika Prince’a i aprobowana przez Donalda Trumpa prywatyzacja wojny może ujawnić pustkę przesłania, na którym Ameryka opierała swoje roszczenie do przewodzenia wolnemu światu. Najemnicy nie mogą przecież być narzędziem demokratyzacji i budowniczymi narodów. Oznaczać też będzie groteskowy powrót do mitu amerykańskiej antykolonialnej wojny o niepodległość. Tylko że tym razem to Amerykanie będą gnębić swoje kolonie armiami najemników.

***

Autor jest pułkownikiem rezerwy i ekspertem Fundacji Global Lab. W latach 2012–14 był ambasadorem RP w Afganistanie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną