Świat

Koniec wiz dla partnerów homoseksualnych dyplomatów w USA

Tęczowe iluminacje na Białym Domu, 12 stycznia 2016 roku. Tęczowe iluminacje na Białym Domu, 12 stycznia 2016 roku. Forum
Trudno powiedzieć, czy Donald Trump naprawdę chce dokuczyć gejom, czy też może to po prostu kolejny administracyjny niewypał.

Administracja Trumpa nakazuje gejom przebywającym w USA jako zagraniczni dyplomaci i zagraniczni pracownicy międzynarodowych organizacji wziąć ślub – inaczej nie dostaną wiz dla swoich partnerów. Problem w tym, że większość krajów, które reprezentują, nie akceptuje lub wręcz kryminalizuje takie małżeństwa.

Według raportu magazynu „Foreign Policy”, zmiana przepisów będzie dotyczyła obcokrajowców pracujących w USA na placówkach dyplomatycznych i w organizacjach takich jak ONZ, NATO lub Bank Światowy. Dotychczas korzystali oni z rodzinnych wiz dyplomatycznych wydawanych na podstawie regulacji z 2009 r., gdy Departamentem Stanu kierowała Hilary Clinton.

Ówczesne przepisy pozwoliły wielu utalentowanym ludziom z całego świata budować międzynarodową karierę bez jednoczesnej rezygnacji ze związków ze swoimi partnerami. Do 2009 r., jeśli obcokrajowiec był gejem i chciał przyjechać na placówkę do USA, musiał przyjechać sam. Warto wspomnieć, że przepisy objęły też amerykańskich dyplomatów; to na ich podstawie, na przykład, obecny ambasador Niemiec Richard Grenell może przebywać na placówce ze swoim partnerem Matthew Lashley'em.

Od trzech lat małżeństwa jednopłciowe są legalne w USA

Jak wiadomo, 26 czerwca 2015 r. Sąd Najwyższy USA zalegalizował małżeństwa jednopłciowe na terenie całego kraju (zalegalizował głosami 5 do 4, warto przypomnieć – wtedy po stronie liberałów stanął znany ze swojego umiarkowania centrowy sędzia Anthony Kennedy). Oznacza to – doszła do wniosku administracja Trumpa – że nadszedł czas, by małżeństwa homoseksualne były traktowane dokładnie tak samo jak małżeństwa heteroseksualne.

Te same prawa oznaczają te same ograniczenia, wydają się twierdzić urzędnicy obecnej administracji, a przepisy z 2009 r. nie zezwalały przecież na wydawanie wiz dyplomatycznych osobom pozostającym w partnerskich związkach heteroseksualnych. Obecna zmiana stanowić ma więc konsekwencję legalizacji z 2015 r. i uspójnienie kodeksu pracy w Stanach Zjednoczonych.

„Zmiana polityki departamentu odzwierciedla nasz cel, żeby promować równe traktowanie i spójną politykę w świetle regulacji dotyczących małżeństw heteroseksualnych oraz związanego z nimi dostępu do wiz” – poinformował telewizję NBC rzecznik prasowy Departamentu Stanu.

Okrucieństwo i bigoteria

Jednak to „zrównanie” kompletnie ignoruje fakt, że to, co w Stanach Zjednoczonych stało się normą, niekoniecznie ma taki charakter w warunkach międzynarodowych. Zawarcie homoseksualnego związku małżeńskiego jest nadal w większości krajów na świecie niemożliwe. Obecnie zaledwie 25 krajów na świecie – na 195 istniejących – dopuszcza takie małżeństwa. To tylko 12 proc. członków ONZ, przypomniała była amerykańska ambasador tej organizacji Samantha Power na Twitterze, nazywając nowe przepisy okrucieństwem i bigoterią.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Lesbijek i Gejów ILGA informuje, że na 193 członków ONZ aż 71 państw klasyfikuje małżeństwo jednopłciowe jako przestępstwo. W Iranie, Afganistanie, Brunei, Jemenie, Sudanie, Mauretanii, Katarze, Somalii i Nigerii homoseksualizm jest karany śmiercią.

Według Fabrice Houdart, zajmującego się prawami gejów przy Banku Światowym, nowe przepisy „nie biorą pod uwagę, że mniejszości seksualne nadal należą do grup prześladowanych”. Zmianę w regulacjach potępił też David Pressman, były ambasador USA do Rady Bezpieczeństwa ONZ, podkreślając, że pracownicy ONZ stanowią „prawdopodobnie najbardziej zróżnicowaną grupę w jakiejkolwiek organizacji na świecie”. Na skutek nowych regulacji może się to szybko zmienić.

Tylko dyplomacji z 25 państw mogą wystąpić o wizę dla partnerów

Na razie trudno powiedzieć, jakie konsekwencje będą miały nowe przepisy. Sam Departament Stanu szacuje, że zmienią one sytuację blisko 105 rodzin przebywających obecnie na terenie Stanów Zjednoczonych – połowa z nich to pracownicy ambasad, pozostali to pracownicy organizacjach takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy lub Bank Światowy.

Pary homoseksualne, które już przebywają w USA, mogą oczywiście udać się do lokalnego urzędu stanu cywilnego i faktycznie zawrzeć związek małżeński. Pytanie, jakie będzie to miało konsekwencje dla ich kariery lub nawet życia, gdy powrócą do krajów swojego pochodzenia.

Ci zaś, którzy obecnie nie przebywają na terenie Stanów Zjednoczonych, niestety nie mają nawet takiej możliwości. Jeśli ich kraj nie pozwoli im na zawarcie związku małżeńskiego, nie będą mieli prawa ubiegać się o wizę dyplomatyczną dla swoich partnerów. Teoretycznie więc tylko dyplomaci z 25 krajów mogą legalnie o taką wizę wystąpić.

Trump za wszelką cenę inaczej niż Obama

Dla porządku należy wspomnieć, że nowe prawo dopuszcza wyjątek. USA będzie nadal wydawać wizy partnerskie pracownikom krajów, którzy zrobią to samo dla przyjeżdżających do nich dyplomatów i pracowników z USA. Oczywiście, pokazuje to tylko ironię całego przedsięwzięcia, bo kraje, które się na to zgodzą, to raczej nie te, którą prześladują osoby homoseksualne.

Administracja Obamy postępowała zgodnie z przekonaniem, że sprawa jest bardzo delikatna. Nawet jeśli praktyką po 2009 r. było występowanie do poszczególnych krajów o wizy dla partnerów amerykańskich dyplomatów w związkach jednopłciowych, często decydowano się tego nie robić, obawiając się możliwych prześladowań.

Trudno też stwierdzić, jaki był prawdziwy powód zmiany przepisów i co właściwie rząd chce tutaj osiągnąć. Administracja Trumpa słynie z nieprzemyślanych pomysłów, z których musi się potem wycofywać. Tak było w przypadku tzw. zakazu wstępu dla muzułmanów, który Trump musiał odwoływać, tłumaczyć i modyfikować, tak było w przypadku rozdzielania rodzin imigrantów zatrzymywanych na granicy z Meksykiem, które wstrząsnęło Ameryką. Skończyło się to zarzutami wobec Trumpa, że trzyma dzieci w klatkach. Słowem, to już nie pierwszy raz, gdy rząd prosi się o kłopoty.

Inną możliwą do zaobserwowania tendencją jest potrzeba odwrócenia każdej regulacji, którą wprowadzono za czasów Obamy. Czasami trudno jest odnaleźć w tych zmianach jakikolwiek sens (np. ostentacyjne wycofanie się z dobrowolnych i niezobowiązujących postanowień paryskich, rozmontowywanie NAFTY i umowy nuklearnej z Iranem) – chyba tylko taki, że Trump próbuje pokazać swoim wyborcom, że jest odwrotnego zdania niż Obama. I nie ma znaczenia, czego zdanie to dotyczy.

Wszystko przez Clinton?

Fakt, że za przepisami z 2009 r. stoi Hilary Clinton, jest zapewne wystarczającym powodem, żeby je znieść. Pamiętajmy, że Trump nadal zachowuje się tak, jakby Clinton była jego głównym politycznym przeciwnikiem. Jego wielkie wiece, które nadal odbywają się regularnie w wielu miejscach w kraju, wciąż najczęściej zaczynają się od wielominutowego skandowania: „Lock her up”, czyli „Przymknijcie ją”, jak np. miało to miejsce jeszcze miesiąc temu w Zachodniej Wirginii. Tak, chodzi o Hilary Clinton, która przegrała wybory prezydenckie już dwa lata temu i jest praktycznie nieobecna w publicznym życiu Ameryki.

Kolejna rzecz: Departament Stanu, który wprowadził nowe regulacje, ma kłopoty od samego początku rządów Trumpa. Najpierw na jego czele stał Rex Tillerson, który robił wszystko, żeby ograniczać rolę kierowanej przez siebie instytucji. Po tym, jak nazwał Trumpa „kretynem” (w kontekście rasistowskich zamieszek w Charlottesville), zastąpił go na tej funkcji Mike Pompeo (który zaczął karierę u Trumpa jako szef CIA). Słowem, niezależny Departament Stanu istnieje tylko na papierze i jest zakładnikiem administracji Trumpa.

Przepisy weszły w życie 1 października bieżącego roku, choć memorandum, które informuje, że partnerzy w związkach jednopłciowych nie będą już kwalifikować się jako „członkowie rodziny”, krążyło po ONZ już od lipca.

A ślub należy wziąć do końca roku albo wyjechać z kraju w przeciągu trzydziestu dni.

Nowe przepisy na pewno skomplikują życie wielu osobom w Waszyngtonie i w Nowym Jorku – tych kosmopolitycznych, elitarnych i liberalnych „bagnach”, które prezydent Trump obiecał osuszyć.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Jak amerykańskie flippery z Francji do Polski trafiły

Flippery, czyli zręcznościowe, elektromechaniczne maszyny do grania, były kiedyś obowiązkowym elementem wyposażenia w barach, hotelach i... nocnych klubach. O ich losach opowiada Marek Jasicki, który importował je z Francji do Polski.

Łukasz Dziatkiewicz
15.09.2019
Reklama