Awaria Sojuza. O włos od kosmicznej katastrofy
Nieudany start rosyjskiej misji na Międzynarodową Stację Kosmiczną wzmocni presję na powrót USA do załogowych lotów kosmicznych. Po wycofaniu wahadłowców Amerykanie są uzależnieni od Rosjan.
Sojuz MS-10
Forum

Sojuz MS-10

Aleksiej Owszynin i Nick Hague
Victor Zelentsov/NASA

Aleksiej Owszynin i Nick Hague

Start rakiety
NASA/Facebook

Start rakiety

To miała być rutynowa misja orbitalna – wymiana załogi Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

W ciasnej kapsule Sojuza MS-10 umieszczonej na szczycie rakiety Sojuz FG zasiadł Rosjanin – Aleksiej Owczinin i amerykański atronauta Nick Hague. Mieli dotrzeć na stację orbitalną w ciągu sześciu godzin i pozostać tam przez pół roku. Start z kazachskiego Bajkonuru nosił numer misji 57, który od tej pory przejdzie do historii. Nie dlatego, że wyniesienie rosyjsko-amerykańskiej załogi w kosmos obserwował osobiście powołany przez Donalda Trumpa nowy dyrektor NASA Jim Bridenstine, który po raz pierwszy spotkał się przy tej okazji ze swym rosyjskim odpowiednikiem Dmitrijem Rogozinem. Misja numer 57 jest od dzisiaj symbolem katastrofy, do której nie doszło o włos. Przynajmniej na razie na to wygląda, bo nie ma obecnie pełnej informacji o stanie kosmicznych rozbitków.

Powrót w trybie balistycznym

Sojuz FG to rakieta trzystopniowa – na samym dole pierwszy człon tworzą cztery silniki RD-107 – oddzielające się dość szybko po starcie, drugi to silnik RD-108, trzeci – RD-0110 używany już bardzo wysoko, w 13 minucie lotu. W misji 57 zawiódł najprawdopodobniej drugi człon rakiety. Na zdjęciach NASA i rosyjskiej agencji kosmicznej widać, jak po 2 minutach i 20 sekundach lotu, na wysokości ponad 50 km, astronautami w kapsule silnie trzęsie, a od rakiety oddzielają się jasne fragmenty. Właśnie wtedy zapada decyzja o przerwaniu misji i awaryjnym powrocie na Ziemię w tzw. trybie balistycznym.

Oznacza to, że od tej pory rakieta z astronautami działa jak pocisk. Wznosi się jeszcze na kolejne 100 km, po czym ostro opada na powierzchnię planety. Dla załogi oznacza to dramatyczny wzrost przeciążeń i ogromne temperatury wytwarzane wskutek szybkiego i stromego ponownego wejścia w atmosferę. To właśnie przeciążenia są największym zagrożeniem. Mogą powodować groźne obrażenia wewnętrzne, nawet jeśli zaraz po wylądowaniu astronauci będą pozornie w dobrej formie.

Lądowanie na terytorium Kazachstanu

Awaryjna procedura miała jednak zadziałać bez zarzutu i obaj astronauci wylądowali bezpiecznie na terytorium Kazachstanu, 200 km od miejsca startu. Można powiedzieć, że odbyli misję w głowicy pocisku krótkiego zasięgu, zresztą konstrukcja rosyjskich rakiet Sojuz wprost wywodzi się od międzykontynentalnych pocisków balistycznych z lat 60. Po tym jak kapsuła opadła, zaczęła się typowa wojskowa misja poszukiwawczo-ratownicza z użyciem samolotów i śmigłowców. NASA i Rosjanie podawali najpierw, że z astronautami udało się nawiązać łączność po wylądowaniu kapsuły i że są w dobrym stanie. Później jednak TASS informował, że wcale nie jest z nimi wszystko w porządku i muszą być przewiezieni do Moskwy.

Jak znieśli przerwaną misję – tego zapewne nie dowiemy się szybko, bo poza badaniami medycznymi, a może i leczeniem obrażeń czeka ich szczegółowy debriefing. Pewne jest za to, że orbitalny nowicjusz płk Nick Hague, który zaledwie trzy lata temu ukończył szkolenie na astronautę, stanie się nowym bohaterem Ameryki – wszak cudem uniknął śmierci w kosmicznej katastrofie. Starszy, bardziej doświadczony ppłk Aleksiej Owczinin, też może liczyć na sławę w Rosji.

Dmitrij Rogozin – były wicepremier do spraw zbrojeń, były ambasador Rosji przy NATO, a od maja szef Roskosmosu – poinformował, że już powołał komisję państwową do spraw zbadania wypadku. Jego pierwsze spotkanie z szefem NASA przybrało jednak nieoczekiwanie dramatyczny wymiar, a incydent zapewne będzie miał ogromny wpływ na rosyjsko-amerykańską współpracę w kosmosie. A raczej – na amerykańskie uzależnienie od Rosji. Mimo napięć politycznych między oboma krajami, sankcji i wrogiej retoryki, Amerykanie od siedmiu lat są po prostu skazani na współpracę z Rosjanami. Po wycofaniu wahadłowców kosmicznych zwyczajnie nie mają, jak i czym obsługiwać lotów załogowych na międzynarodową stację kosmiczną. Zresztą nawet ostatnia misja wahadłowca Atlantis STS-135 w lipcu 2011 r. nie miała na celu wymiany załóg stacji orbitalnej, a dostarczenie tam ładunków. W misjach wymiany załóg wyspecjalizowali się Rosjanie, robiąc to mniej więcej co pół roku, oczywiście z międzynarodowymi załogami na pokładzie Sojuzów.

Powrót Amerykanów do mocarstwa w kosmosie

Ale Amerykanie od lat chcą powrócić do pełni możliwości mocarstwa kosmicznego. Nie tylko dlatego, że nie w smak im pełna zależność od Rosji. Również dlatego, że ustanowili sobie nowy cel – misję załogową na Marsa, do której potrzebne będzie najprawdopodobniej założenie nowej bazy na orbicie Księżyca i odbycie wielu dziesiątek krótszych lotów załogowych dla przetestowania docelowego sprzętu i procedur marsjańskich. Zamiast wielkiego narodowego programu Amerykanie jednak przyjęli podejście konkurencyjne, dla obniżenia kosztów. Statki załogowe budują więc dwie prywatne firmy – świetnie znany Boeing i Space-X, należąca do imperium technologicznego Elona Muska. Niestety, jak to zwykle bywa w wielkich programach, początkowe plany są bardziej optymistyczne od rzeczywistego wykonania. Technologia lubi zawodzić. W efekcie Amerykanie nadal nie mają własnego załogowego statku orbitalnego gotowego do startu.

Nie ma jednak wątpliwości, że katastrofa, której cudem uniknięto, da impuls do przyspieszenia starań USA o powrót na orbitę własnymi siłami. Co prawda Donald Trump jeszcze o tym nie zatweetował, ale to przecież idealny temat dla niego, by „make America great again” w kosmosie.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj