Polska na Północy?

Nowa Hanza
Polska, aby się dalej rozwijać, powinna przesunąć się na geopolitycznej mapie Europy: opuścić Wschód i udać się na Północ.
„W porcie w mieście hanzeatyckim” – akwarela z epoki.
AKG/BEW

„W porcie w mieście hanzeatyckim” – akwarela z epoki.

Projekt federalnej Europy funkcjonowałby jeszcze długo, gdyby nie kryzys przywództwa w Niemczech i we Francji.
claudiodiviza/PantherMedia

Projekt federalnej Europy funkcjonowałby jeszcze długo, gdyby nie kryzys przywództwa w Niemczech i we Francji.

W nowym roku Polska będzie obchodzić 15-lecie członkostwa w Unii Europejskiej. I w normalnych okolicznościach teza, że był to jeden z najlepszych okresów w naszej historii, nie wzbudziłaby kontrowersji. Dziś jednak argumenty przeciwników i zwolenników Unii zostały zniekształcone trzema latami rządów PiS. Unia stała się dla wielu Polaków ostatnią strażą przed autorytarnymi zapędami obecnej władzy. I po tej stronie sceny politycznej każda jej krytyka odbierana jest jako głos poparcia dla obecnej władzy. A jednak w Unii przyspieszają niebezpieczne dla Polski procesy, które zaszłyby bez względu na Kaczyńskiego czy Morawieckiego.

Źródłem wątpliwości jest fakt, że pod przykrywką entuzjastycznej narracji o jednej europejskiej rodzinie polityczny populizm w wielu krajach Unii częściej realizuje politykę egoizmu.

Prof. Marek Cichocki w niedawnym eseju „Sekretna mapa Europy” zauważa, że wciąż są co najmniej dwie Europy, a ta, do której jesteśmy wtłaczani, czyli Wschodnia, niesie za sobą funkcje podległości, z której nie jesteśmy w stanie się wyplątać od XVII w. Nie jest to więc problem związany wyłącznie z obecnym rządem Rzeczpospolitej. I nie zniknie, gdy (jeśli) PiS straci władzę.

Cichocki we wspomnianym eseju twierdzi, że zgadzając się na powrót do narracji Wschód–Zachód, przyjmujemy rolę politycznego i gospodarczego podwykonawcy, bez perspektywy awansu. Ten szkodliwy dla Polski podział Europy tak głęboko wżarł się w naszą świadomość, że nie potrafimy już spojrzeć na mapę Europy z innej strony. A w nowym roku może być ku temu doskonała okazja.

1.

Przyjmijmy, że brexit się wydarzy… Po 29 marca Unia Europejska straci swoją drugą gospodarkę, 66 mln obywateli i niemal trzecią część potencjału obronnego. Zmiana będzie na pozór niewielka, bo od referendum brexitowego Londyn praktycznie zawiesił unijną aktywność, skupiając się na sprawach wewnętrznych i negocjacjach warunków wyjścia. Niemniej równowaga sił na kontynencie wyparuje.

Wielka Brytania była wewnętrznym outsiderem w Unii. Po części wynikało to z historycznego priorytetu blokowania głębszej integracji kontynentu, który mógłby się obrócić przeciwko Brytyjczykom. Jednocześnie źródłem brytyjskiej zewnętrzności były realne różnice w mentalności, myśleniu o polityce, zadaniach państwa. Wielka Brytania zawsze ciążyła w stronę rozwiązań wolnorynkowych, deregulacji, korzyści dla sektora finansowego. Pozostając przy funcie, siłą rzeczy broniła interesów państw spoza strefy euro, potępiała gospodarcze układy z Kremlem i była zwolennikiem bliskich więzi z Ameryką. Trudno tu nie zauważyć zbieżności z interesami Polski i wielu innych mniejszych krajów, które korzystały z brytyjskiego parasola. Teraz go zabraknie.

W normalnych okolicznościach brexit pociągnąłby za sobą głębszą federalizację Unii, szczególnie w gronie państw używających wspólnej waluty. Takie były zresztą plany jeszcze na początku 2018 r. W Paryżu królował niepodzielnie Emmanuel Macron, którego pomysł na reformę Unii po brexicie przewidywał de facto strukturalne i z czasem instytucjonalne wydzielenie z niej strefy euro. Pierwszym krokiem miało być utworzenie odrębnego budżetu dla strefy, który z czasem zasysałby coraz większe kwoty z budżetu całej Unii, przede wszystkim z funduszy strukturalnych. Politycznie i gospodarczo byłby to fatalny scenariusz dla Polski.

Macron musiał jednak zaczekać na Niemców, którzy na całe miesiące ugrzęźli w negocjacjach koalicyjnych po wyborach z września 2017 r. Gdy w końcu w Berlinie powstał nowy rząd, okazało się, że brakuje mu euroentuzjazmu. Niemieckie zwątpienie w europejski projekt nie jest niczym nowym – w badaniach sondażowych widać go wyraźnie od 2015 r., gdy Angela Merkel otworzyła granice dla imigrantów. Poza tym federalna Europa á la Macron prędzej czy później zderzyłaby się z niemieckimi interesami. Berlin musiałby za nią zapłacić (euroobligacje). Takie przyspieszenie mogłoby też wyrzucić z unijnej orbity takie kraje jak Polska. A na to niemiecka gospodarka nie może sobie pozwolić.

Mimo tych trudności projekt federalnej Europy funkcjonowałby jeszcze długo, gdyby nie kryzys przywództwa w obu krajach. W Niemczech kanclerz Merkel zdecydowała się oddać władzę w CDU i najbliższe dwa lata spędzi zapewne na obronie swoich dotychczasowych osiągnięć. Natomiast Macron okazał się zawiedzioną nadzieją Europy. Niemcy zgodzili się, aby Francuz został twarzą pobrexitowego zrywu w Unii, ale pod warunkiem, że ruszy z reformami u siebie. Ruszył i zderzył się ze społeczną ścianą. Sukces buntu żółtych kamizelek sprawił, że nawet przychylna prezydentowi prasa napisała o „przetrąconym kręgosłupie Macrona”.

Ten polityczny moment można było odczuć na grudniowym szczycie UE. Impas, który dopadł dwa najważniejsze kraje Unii, sprawił, że zapał federalistyczny osłabł. Jednocześnie kolejny raz dała o sobie znać nowa siła, która m.in. zablokowała wydzielenie budżetu dla strefy euro, ale ambicje ma znacznie większe. Jak pisze „Financial Times”, to siła, która – przy osłabieniu Paryża i Berlina – ma potencjał, aby „przekręcić mapę Europy”. To Nowa Hanza.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną