Świat

Populiści chcą rządzić w Europie. O co im chodzi?

Grudniowy protest w Budapeszcie przeciwko nowym zapisom w prawie pracy zaproponowanym przez rząd Viktora Orbána. Grudniowy protest w Budapeszcie przeciwko nowym zapisom w prawie pracy zaproponowanym przez rząd Viktora Orbána. Leonhard Foeger/Reuters / Forum
Pomieszanie z poplątaniem – ważne, by być przeciw. No bo co prócz sprzeciwu może jednoczyć europejskich populistów?

„Tsunami dla obecnej struktury UE i Komisji Europejskiej” – tak reklamował swoją nową grupę polityczną Luigi Di Maio, włoski wicepremier i przywódca Ruchu Pięciu Gwiazd. Rzecz o tyle nas dotyczy, że w gronie założycieli jest Kukiz ’15. Paweł Kukiz przemawiał w Rzymie jak typowy lider tzw. antysystemowej partii, żeby nie powiedzieć: populistycznej. „Chcemy Europy równych szans, nie zgadzamy się na dyktat brukselskich elit. W Brukseli powstała neoarystokracja” – mówił. Podkreślił też, że nie chce, by „Europa była kołchozem”. „Nie chcę, żeby wszystko dyktowały dwa państwa, wiecie jakie” – mrugał okiem do słuchaczy.

Czytaj także: Jak będzie wyglądał europarlament po wyborach? Są pierwsze sondaże

Populiści Europy jednoczą siły

Grupę Di Maio tworzy na razie pięć ugrupowań: oprócz Ruchu Pięciu Gwiazd i Kukiz ′15 są to Ruch Teraz z Finlandii, partia AKKEL z Grecji i Żywy Mur z Chorwacji. I jak to z tego typu partiami bywa, trudno w tym zestawie znaleźć jakieś ideowe spoiwo. AKKEL jest formalnie „partią rolnictwa i hodowli greckiej”. Jej lider Evangelos Tsiobanidis przekonywał, że jego kraj „zawsze będzie zmuszony prosić o finansowanie, bo nie jest w stanie sam zaspokoić swoich potrzeb żywieniowych”. Porównał tę sytuację z „okupacją podczas drugiej wojny światowej, z tą tylko różnicą, że teraz Grecja jest okupowana przez NATO i UE”. Jak ma się do tego Kukiz ’15 i sytuacja polskiego rolnictwa, z rekordowym w dziejach eksportem żywności? Chyba że łącznikiem jest „kołchoz”...

Warto też zwrócić uwagę, że Ruch Pięciu Gwiazd był kiedyś określany jako „populistycznie lewicowy”, choć teraz mu się trochę odmieniło. Nie wiadomo, czy Paweł Kukiz pamięta też, że dzisiaj partia ta jest w Parlamencie Europejskim w grupie razem z Nigelem Faragem, najgorętszym orędownikiem brexitu, przez który Polacy na Wyspach mogą ucierpieć. I z Jörgiem Meuthenem, współprzewodniczącym Alternatywy dla Niemiec, która wzdycha do świetności Niemiec sprzed 1945 r. i granic III Rzeszy, a w Putinie widzi alternatywę dla amerykańskiej dominacji w Europie.

Danuta Hübner: To nie będą zwykłe wybory

Byle być przeciw

Można odnieść wrażenie, że to typowe zjawisko w świecie coraz popularniejszego populizmu. Pomieszanie z poplątaniem, ważne, by być przeciw. Przeciw czemu? Nieważne, byle przeciw „starym”, skompromitowanym elitom, chadecjom, socjaldemokracjom, konserwatystom. Same nazwy tych partii są już manifestem wobec politycznej tradycji Europy: Ruch Teraz, Żywy Mur, Ruch Pięciu Gwiazd, Kukiz ’15 czy, z drugiej strony, Złoty Świt, Patrioci, Liga.

W tym pomieszaniu niektórzy szukają nadziei, zakładając, że jak przyjdzie co do czego, to ludzie ci się nie dogadają. Tym bardziej że partie charakteryzuje przekonanie o swej wyjątkowości i słuszności. Sceptycy wskazują z drugiej strony właśnie na Ruch Pięciu Gwiazd, który mimo lewicowych korzeni tworzy koalicję z prawicową Ligą (kiedyś Ligą Północną). Są tarcia, a partie zasiadają w różnych grupach w Parlamencie Europejskim, ale od czerwca 2018 r. jakoś razem rządzą. Co oprócz sprzeciwu może je jednoczyć?

Czytaj także: Jak walczyć z populizmem

Skąd się wzięli populiści

Specjaliści od populizmu próbują co jakiś czas przedstawić najlepszą jego definicję, ale ta się ciągle dezaktualizuje. Próbował je wszystkie zebrać w 2002 r. Cas Mudde, holenderski politolog, komentator „Guardiana”. Jego zdaniem populizm to ideologia zakładająca, że społeczeństwo dzieli się na dwie jednolite i antagonistyczne grupy: „prawdziwych ludzi” i „skorumpowane elity”, a w związku z tym polityka powinna wyrażać ogólną wolę ludzi. Wybuch kryzysu w 2008 r. sytuację skomplikował, bo jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać partie populistyczne, które winą obarczały liberalną demokrację, stare elity i partie.

Alternatywą okazał się już nie tylko populizm prawicowy, który wyraźnie dominował, ale też lewicowy. Uderzeni silnie przez kryzys, a potem program naprawczy, Grecy w styczniu 2015 r. oddali władzę Syrizie, czyli Koalicji Radykalnej Lewicy. Obserwując ten proces, Mudde podjął kolejną próbę zdefiniowania zjawiska. W wydanej dwa lata temu książeczce „Populizm. Bardzo krótkie wprowadzenie” uznał, że współczesny populizm opiera się na kilku przeświadczeniach. Po pierwsze – że zawiódł system demokratyczny, nad którym władzę przejęła samolubna, niekompetentna i skorumpowana „elita”. Po drugie – że w takim wypadku jedynym wyjściem jest oddanie władzy outsiderowi, np. Trumpowi, który przed prezydenturą nigdy nie pełnił funkcji publicznych. Po trzecie – taki lider musi zaproponować proste rozwiązania dla skomplikowanych problemów. Jak np. brexitowcy, zdaniem których wyjście z UE „uwolni” kraj, czyniąc go na nowo globalnym mocarstwem.

Obywatel niezadowolony pójdzie za młodym

Rzeczywiście, niektóre ugrupowania, które urosły od 2015 r., podążyły tym tropem, korzystając z wielkiej fali migracyjnej. Stare elity zawiodły; nie tylko nie umiały poradzić sobie z problemem, ale wręcz go spotęgowały, by wspomnieć o rządzącej od nastu lat Angeli Merkel. Dlatego władzę muszą przejąć nowi, którzy zaprowadzą porządek, postawią mur albo nie wpuszczą do swoich portów statków z uchodźcami. Rządzi więc np. Salvini. Rozwiązania są proste: imigrantów się odeśle, pieniądze zaś rozda się „naszym obywatelom”.

Niby proste, ale można znaleźć przypadki, które i z tego schematu się wyłamują. Martin Mejstřík, socjolog z Uniwersytetu Karola w Pradze, zwraca uwagę, że „tutaj [w Czechach] nie było ostrego kryzysu ekonomicznego, dużych napięć społecznych. To jeden z najlepiej rozwijających się, odnoszących sukcesy państw z dawnego bloku komunistycznego. Tu nie ma – dosłownie – żadnych imigrantów. A mimo to ludzie są rozgoryczeni”. I stąd bierze się sukces partii ANO, czyli TAK, choć jest to także akronim od Akce nespokojených občanů, czyli Akcji Niezadowolonych Obywateli. Nie ma się co dziwić, że jak obywatel jest niezadowolony, to pójdzie za młodym, niekojarzonym ze starą elitą politykiem, takim jak prawicowy mer szóstej dzielnicy Pragi Ondřej Kolář, który w kampanii wyborczej krzyczał: „Ci faceci to złodzieje, którzy ukradli ci twój kraj. Teraz możesz zaufać mnie, ja się zajmę twoimi kłopotami”.

Czytaj także: Czkawka populistów w Europie Środkowowschodniej

Rażąca wyższość Zachodu

Czyli chodzi tylko o wymianę „starych” na „nowych”? Albo o zmianę szyldu, bo niektórzy „nowi” czasem już w polityce byli wcześniej? Czy chodzi o imigrantów, „islamizację Europy”, kryzys gospodarczy, grzechy elit dzielących się władzą od dekad? Chyba jeszcze za wcześnie na jednoznaczne odpowiedzi, bo jak widać, źródeł fali populizmu jest wiele i opisuje ją wiele zmiennych, nie zawsze do siebie pasujących.

Ciekawą tezę postawił bułgarski politolog Ivan Krastev na niedawnej konferencji w Parlamencie Europejskim pt. „Perwersyjny urok populizmu”. W jego ocenie naszą część Europy frustruje to, jak jest traktowana przez Zachód. Sytuacja niczym z „Pigmaliona” Bernarda Shawa: czujemy się jak Eliza w domu prof. Higginsa. Nauczył nas ładnie mówić, dał droższe ubrania, ale z oczywistych powodów nigdy się z nami nie ożeni. To był eksperyment, żart, zakład. Do tego Zachód eksponuje swoją wyższość, wie lepiej, co to jest demokracja i praworządność, co jakiś czas co najmniej narzeka, że w 2004 r. wpuścił nas do elitarnego klubu, płaci za nasz rozwój i – niczym prof. Higgins – jest już znudzony tą zabawą. Właśnie to ma irytować część naszych społeczeństw, które obwiniają o ten stan rzeczy „stare elity”. Bo to one przymilały się do Zachodu, chcąc nas do Zachodu przyłączać, ale nie zawsze zachowując należytą godność. Dlatego dziś tak chętnie oddajemy głos na tych, którzy obiecują „wstanie z kolan”.

Co to wszystko może zapowiadać? Z badania opublikowanego 12 lutego przez Europejską Radę Spraw Zagranicznych (ECFR) wynika, że „antyeuropejskie partie są na dobrej drodze, aby przejąć jedną trzecią miejsc w Parlamencie Europejskim. To pozwoli im spowolnić prace PE, prowadząc do osłabienia bezpieczeństwa i obronności Europy, a także ogólnego zamętu, który z czasem może doprowadzić nawet do rozpadu UE”. Dalej w raporcie opisano, jaki wpływ populistyczne partie mogą wywrzeć na kształt polityki klimatycznej, migracyjnej, bezpieczeństwa, obrony, a co za tym idzie: na budżet UE. Jak czytamy w materiale omawiającym badanie: „Autorzy przestrzegają, że mimo różnic dzielących partie antyeuropejskie mogą one zdecydować się na sojusze taktyczne. Dzięki temu będą mogły wspólnie podważać współpracę europejską i blokować procedury z art. 7, mające na celu obronę praworządności w państwach członkowskich. Głosując na którąkolwiek z partii eurosceptycznych, wyborcy podpisują się de facto pod długą listą niebezpiecznych pomysłów”.

Tylko czy będą o tym wiedzieli?

Czytaj także: Na eurowybory koalicja wokół Platformy

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama