Świat

Amerykanie porzucają Kurdów w Syrii

Kurdyjskie Ludowe Oddziały Samoobrony (YPG) Kurdyjskie Ludowe Oddziały Samoobrony (YPG) Kurdishstruggle / Flickr CC by 2.0
Decyzja o wycofaniu się z Syrii jest tak nieracjonalna z punktu widzenia interesów USA, że aż skłania do snucia teorii spiskowych. Co najmniej dwóch.

Po serii informacji, z jakimi to państwami Donald Trump próbował się układać, aby pozyskać kompromaty na swoich demokratycznych konkurentów o fotel prezydencki (Ukraina, Australia, Chiny), można by dojść do wniosku, że teraz przyszła kolej na Turcję. W niedzielę wieczorem, kilka godzin po rozmowie telefonicznej prezydentów obu krajów, Biały Dom wydał oświadczenie, że wycofuje amerykańskie wojska z północno-wschodniej Syrii i kończy „zwycięską kampanię” przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu (PI). Jednocześnie deklaruje, że w żaden sposób nie będzie wspierał tureckich działań w tym regionie.

Tłumacząc to na polski: Amerykanie zgadzają się na turecką interwencję w Syrii i zabierają swoje wojska, aby nie doszło do przypadkowych starć między sojusznikami. A w praktyce „wystawiają” Ankarze swoich najwierniejszych sojuszników w regionie, czyli Kurdów, którzy wzięli na siebie najcięższe walki z PI. I tym samym pozwalają na być może największą od lat destabilizację w tej części świata.

Czytaj także: Odwrót z Syrii? Powoli albo wcale

Dlaczego Amerykanie wycofują się z Syrii

Pod wieloma względami jest to tak nieracjonalna decyzja z punktu widzenia interesów USA, że aż skłania do teorii spiskowych. Bo opcje są dwie. Albo Recep Tayyip Erdoğan ma informacje, które zapewnią Trumpowi drugą kadencję – czyli zachodzi przypadek podobny do ukraińskiego, gdy prezydent USA uzależniał poparcie dla kluczowego kraju od przekazania mu danych kompromitujących głównego konkurenta w przyszłorocznych wyborach. Albo też Trump popełnił właśnie ogromny błąd, nic nie zyskując w zamian.

Turcja od wielu miesięcy domagała się amerykańskiego wsparcia w sprawie północnej Syrii. Erdoğan jest zdania, że region ten, opanowany przez opozycyjne wobec Damaszku Syryjskie Siły Demokratyczne, a w zasadzie przez kurdyjskie Ludowe Oddziały Samoobrony (YPG), które są ich trzonem, może się stać bazą wypadową dla „kurdyjskich terrorystów” do ataków na Turcję (YPG są powiązane z Partią Pracujących Kurdystanu, organizacją uznaną za terrorystyczną zarówno przez Ankarę, jak i Waszyngton). Amerykanie – dowództwo wojskowe, wywiad, dyplomaci na miejscu – nie chcieli jednak opuszczać tych terenów, gdzie m.in. wciąż prowadzą szkolenia dla YPG, uznając, że tylko dzięki takiej współpracy można ostatecznie rozprawić się z resztkami PI. Trump najwyraźniej uznał inaczej.

Czytaj także: Syria, najkrwawsza wojna tego stulecia

Po co Turcji pas przygraniczny

Erdoğan w północnej Syrii ma jeszcze jeden cel. W związku z pogarszającą się sytuacją gospodarczą w Turcji rządowa propaganda, jeszcze trzy lata temu witająca syryjskich imigrantów jako „braci w wierze”, którym należy się gościna, dziś czyni ich odpowiedzialnymi za kryzys gospodarczy. Jest to teza daleka od prawdy, ale dobrze sprzedaje się politycznie, szczególnie gdy Erdoğan zależy od głosów nacjonalistycznych wyborców. Plan jest więc taki, żeby Syryjczycy wrócili do domu. Oczywiście Damaszek nie chce ich z powrotem, ale gdyby Turcji udało się opanować pas ziemi po drugiej stronie granicy – o długości 480 km i szerokości 30 km – to można by tam Syryjczyków przesiedlić.

Nie są to spekulacje, taki plan fizycznie istnieje – Erdoğan przedstawił go częściowo na ostatniej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Plan łamie chyba wszystkie możliwe standardy prawa międzynarodowego. W jego świetle nie można np. na siłę repatriować człowieka w inne miejsce niż to, z którego przybył, bez jego zgody. A warto jeszcze pamiętać o prawach ludności zamieszkującej taki docelowy teren. Oblicza się, że na obszarze wspomnianego pasa przygranicznego, który – delikatnie mówiąc – nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą, mieszka obecnie ok. 850 tys. ludzi, w tym 650 tys. Kurdów. Erdoğan mówi natomiast, że miałoby tam trafić nawet 2 mln Syryjczyków z Turcji.

Wielu krytycznych wobec Erdoğana komentatorów wywodzi z tego wniosek, że celem Ankary tak naprawdę jest inżynieria demograficzna na niespotykaną skalę. Wiadomo, że Turcja nie ma środków, aby na stałe przejąć kontrolę nad północną Syrią, tak aby militarnie zagwarantować sobie bufor chroniący tureckie terytorium przed potencjalnymi atakami „kurdyjskich terrorystów”, a także aby uniemożliwić kontakty między Kurdami w Syrii i Turcji. Stąd pomysł na masowe przesiedlenie Syryjczyków. W zamierzeniu Erdoğana – spekulują komentatorzy – mogliby oni utworzyć tam arabską większość, która rozdzieliłaby Kurdów po obu stronach granicy.

Bez względu na to, jak brzmi ten scenariusz, w poniedziałek rano siły amerykańskie rozpoczęły całkowitą ewakuację. Wkrótce wejdą tam zapewne jednostki tureckie – mimo ostrzeżeń z Moskwy i Teheranu, że taki ruch roztrzaska kruchą równowagę sił w Syrii i doprowadzi do kolejnej wojny.

USA zdradzają najbliższych sojuszników

W tym wszystkim Erdoğana można jeszcze jakoś zrozumieć – sprawa dotyczy realnego zagrożenia dla Turcji, którego źródłem jest sąsiedni kraj w stanie upadku. Turek twierdzi, że walczy o interes swojego państwa, choć opacznie rozumiany. Natomiast Trumpa nie sposób zrozumieć. We wspomnianym niedzielnym komunikacie Białego Domu jest informacja, że Turcja zobowiązała się przejąć więzionych przez Amerykanów bojowników PI z zachodnimi paszportami w kieszeniach, których nie chcą z powrotem ich „ojczyzny”. Jeśli to jest cena, jaką Ankara zapłaciła, to biznesmen z Trumpa żaden, bo koszty tej operacji po stronie Amerykanów będą nieporównywalne.

Wszystko wskazuje na to, że „wielką strategią” obecnej administracji amerykańskiej jest wycofanie się z Bliskiego Wschodu i wpływanie na region pośrednio – za pomocą sojuszników. Ewakuując się z Syrii, Waszyngton właśnie zdradził swoich najbliższych sprzymierzeńców w regionie – Kurdów. Kilka tygodni wcześniej zdradzeni poczuli się Saudyjczycy, którzy oczekiwali amerykańskiej odpowiedzi na atak dronowy z połowy września. Gdy wydawało się, że wiarygodność Ameryki na Bliskim Wchodzie sięgnęła już dna, Trump dalej drąży w mule. Wkrótce wpływ USA na ten region będzie żaden.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Skąd się bierze inteligencja

Czy inteligencję mamy z genów, czy ze środowiska.

Magdalena Kaczmarek
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną