Świat

Trump stracił Minneapolis. Ale na jak długo?

Trump musi odejść. Protest w Nowym Jorku po zabójstwie George’a Floyda Trump musi odejść. Protest w Nowym Jorku po zabójstwie George’a Floyda Lev Radin / Forum
Donald Trump nie wspomina ani słowem o rasizmie w policji i potrzebie jej reform. Gdyby wybory odbyły się dziś, najpewniej przegrałby walkę o reelekcję z Joe Bidenem.

Wypowiedzi i decyzje Donalda Trumpa w odpowiedzi na falę demonstracji i rozruchów po zabójstwie czarnoskórego George’a Floyda w Minneapolis nie zjednały mu poparcia większości Amerykanów. Notowania prezydenta spadły i gdyby wybory odbyły się dziś, najpewniej przegrałby walkę o reelekcję z Joe Bidenem. Ale od wyborów dzieli nas jeszcze pięć miesięcy.

Trump o rasizmie w policji nie mówi

Kiedy zamieszki dotarły do Waszyngtonu, Trump najpierw ukrywał się w podziemnym bunkrze na terenie Białego Domu. W poniedziałek wieczorem przemówił, wzywając gubernatorów do „zdominowania” ulicznych protestów. Zagroził wprowadzeniem do stanów regularnej armii federalnej, wezwał ją do stolicy na pomoc i podkreślił, że jest „prezydentem prawa i porządku”. Następnie policjanci wraz z żandarmerią wojskową zaatakowali pokojowych demonstrantów zgromadzonych na pl. LaFayette’a gazem łzawiącym i gumowymi kulami, aby oczyścić teren dla prezydenta, który udał się do pobliskiego kościoła episkopalnego św. Jana. Przed wejściem dał się sfilmować kamerom telewizyjnym z uniesioną Biblią.

W wystąpieniach po zabójstwie w Minneapolis Trump nie wspomina ani słowem o rasizmie w policji i potrzebie jej reform, niezbędnych, aby zapobiec podobnym tragediom. Morderstwo Floyda było dla niego tylko odosobnionym przypadkiem psychopatologii. Tymczasem policyjne zabójstwa podejrzanych lub aresztowanych zdarzają się w USA często od lat, a ich sprawcy z reguły unikają kary. Wypowiedzi Trumpa uderzały brakiem współczucia dla rodziny Floyda, a wezwania stanów do bezwzględnego tłumienia protestów podsycały podziały. Użycie świątyni jako dekoracji przedstawienia pt. „Twardy obrońca porządku i wiary” komentowano z niesmakiem. Oburzenie wyraziła także przedstawicielka wykorzystanego do tego celu kościoła.

Czytaj też: Reżyser Spike Lee o rasizmie w USA

Dziś wybory wygrałby Joe Biden

Według najnowszego sondażu Reuters/Ipsos ponad 55 proc. Amerykanów wyraża dezaprobatę dla sposobu, w jaki Trump odpowiedział na protesty, z czego 40 proc. dezaprobatę „silną”. Tylko 33 proc. poparło jego postępowanie. 64 proc. ankietowanych czuje „sympatię dla protestujących”. Inny sondaż wykazał, że poparcie dla Trumpa spadło do 39 proc., a według analizy „FiveThirtyEight” Nata Silvera, który wyciąga średnią z wielu sondaży, odsetek Amerykanów źle oceniających prezydenta – 54 proc. – jest najgorszym wynikiem przywódcy USA w analogicznym momencie rządów, czyli końcówce pierwszej kadencji.

Dziś wybory wygrałby demokratyczny kandydat Joe Biden różnicą 10 proc. (47 versus 37 proc.). Sondaże jeszcze sprzed obecnego rasowego kryzysu dają byłemu wiceprezydentowi przewagę w większości stanów „swingujących”, czyli tych, które z reguły stanowią języczek u wagi, jak Floryda, Ohio, Pensylwania czy Michigan.

Czytaj też: Furia Trumpa. Teraz wydał wojnę Twitterowi

Konserwatyści też krytyczni

Zachowanie Trumpa krytykuje nawet sekretarz obrony Mark Esper. Nie popiera użycia żołnierzy do tłumienia protestów, bo ci powinni być wykorzystani jedynie w ostateczności. W Trumpa uderzają też konserwatywne media. „National Review” uznał, że policja słusznie tłumi protesty z niszczeniem obiektów publicznych i plądrowaniem sklepów, ale sądzi, że nie należy wzywać na pomoc wojska, jeśli nie proszą o to władze stanowe. Język prezydenta o potrzebie „zdominowania” ulic „zaognia” konflikt, ocenił tygodnik, stwierdzając, że „jątrzącymi tweetami i komentarzami obrażającymi lokalne władze prezydent nie stanął na wysokości zadania”. Podobnie pisze prawicowy „Wall Street Journal”. Potępili Trumpa dwaj republikańscy senatorzy: Ben Sasse i Tim Scott (jedyny czarnoskóry członek Senatu z GOP), a nawet jego znany sojusznik w wyższej izbie Kongresu Lindsey Graham powiedział, że „nie wie, o co prezydentowi chodziło”, kiedy wystąpił pod kościołem z biblią. Ocenił to jako „straszne”.

Z zawoalowaną krytyką wystąpił także George W. Bush. Nie wymieniając z nazwiska Trumpa, były republikański prezydent przedstawił diagnozę tożsamą z ocenami najsurowszych jego przeciwników. Mówił w mediach, że przyczyną zabójstwa Floyda jest „systemowy rasizm”. Jednoznacznie potępił tłumienie protestów siłą. „Trzeba słuchać tych, którzy cierpią i są w żałobie. Ci, którzy postanawiają ich uciszać, nie rozumieją znaczenia Ameryki. Jej bohaterowie – od Fredericka Douglassa, przez Abrahama Lincolna, aż po Martina Luthera Kinga juniora – to bohaterowie jedności”, napisał Bush.

Czytaj też: Niespełnione marzenie Martina Luthera Kinga

Prezydenckie słowa, ale nie z ust prezydenta

We wtorek zabrał głos Joe Biden. W jego przemówieniu wygłoszonym w Filadelfii znalazło się wszystko, czego brakowało w wystąpieniach Trumpa – empatia, apel o spokój i narodowe pojednanie, wezwanie, aby „nie pozwolić, by ból nas zniszczył”. Kandydat demokratów obiecał również, że jako prezydent będzie poczuwał się do odpowiedzialności i „nie obciąży winą innych” za to, co idzie w kraju źle. W domyśle: inaczej niż narcystyczny i nieprzyznający się do własnych błędów i zaniedbań Trump. Komentatorka telewizji CNN Jill Filipovic napisała, że „w końcu usłyszeliśmy prezydenckie słowa, lecz niestety nie z ust obecnego prezydenta”.

W czasie podwójnego już – zdrowotnego i rasowego – kryzysu nad Trumpem zbierają się chmury. Jego lekceważące podejście do pandemii i demonstracja siły jako odpowiedź na protesty po morderstwie w Minneapolis sprawiają, że traci poparcie. Ale do listopadowych wyborów jeszcze daleko. Przeważająca większość republikańskich polityków w Kongresie milczy lub otwarcie popiera politykę twardej ręki.

W toku rozkręcającej się kampanii Trump i jego obóz, z propagandową tubą Fox News na czele, będą straszyć Amerykanów anarchią i socjalizmem. Jeżeli sytuacja epidemiczna się poprawi i gospodarka zacznie dochodzić do siebie, słupki Trumpa w konfrontacji z 77-letnim Bidenem zaczną znowu rosnąć.

Czytaj też: Nie czas na rewolucję w USA? Demokraci za Bidenem

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Królewny – żony i matki władców

Wagę dynastycznej dyplomacji rozumieli także Piastowie i Jagiellonowie, którzy wykorzystywali ożenki swoich sióstr, córek i wnuczek do zawierania politycznych aliansów.

Anna Czarniecka
23.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną