Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Zrobiło się ponuro. Nowa faza białoruskiej rewolucji

Strajk opozycji w Grodnie, 19 sierpnia 2020 r. Strajk opozycji w Grodnie, 19 sierpnia 2020 r. Vitaly Skvortsov / TASS / Forum
Jeśli strajki i demonstracje nie ustąpią, dyktator znowu spróbuje użyć siły. Tym razem należy się spodziewać, że w bardziej zorganizowany i przemyślany sposób.

Aleksandr Łukaszenka został upokorzony w poniedziałek podczas odwiedzin wielkich fabryk w Mińsku, gdzie wielokrotnie usłyszał „Uchadi”. Wtedy zrozumiał, że nawet jego baza odrzuca go całkowicie. A przede wszystkim to, że ani jego groźby, ani obietnice nikogo nie przekonają. Zorientował się też, że nie może spodziewać się ze strony Rosji bezpośredniej pomocy wojskowej i społeczeństwo już to wie. Zatem straszenie rosyjskimi czołgami tak samo nie ma sensu jak odwiedzanie fabryk i usprawiedliwianie przed robotnikami torturowania młodych ludzi przez OMON.

Czytaj też: Czy Putin wkroczy na Białoruś? Możliwe scenariusze

Łukaszenka jak późny Gomułka

Został mu jeden atut: pogodzić się z niechęcią narodu i zmusić go do tolerowania dyktatora. Środowa narada z dygnitarzami, na której wydał instrukcje przede wszystkim MSW, brzmiała jak przygotowania do stanu wojennego: polecił stłumić „zamieszki”, spacyfikować przedsiębiorstwa, wyłapać organizatorów strajków i „elementy obce”, zamknąć granicę, przegrupować wojsko i odzyskać kontrolę nad mediami.

Towarzyszyła temu nowa narracja: teraz Łukaszenka próbuje opozycję przedstawiać jako faszystów i pachołków Zachodu („W Grodnie wisi już polska flaga!”). To ma uzasadniać „przywrócenie spokoju w państwie” – narracja znana z 1981 r. w Polsce. W poprzedniej relacji pisałem, że chciał być Gierkiem i usłyszeć od robotników „Pomożemy”, a został potraktowany jak późny Gomułka. Teraz chce być Jaruzelskim, gdy mówi: „W Mińsku nie powinno być więcej zamieszek. Ludzie są zmęczeni, ludzie domagają się ciszy i spokoju. (…) Jest morze ludzi, większość przyzwyczajona do życia w spokojnym kraju. I musimy zwrócić im ten spokojny kraj”. O mediach: „Jeśli ktoś w mediach – ONT, BT, gdzieś indziej – chce strajkować, wyjść i wrócić ponownie, nie powinien mieć takiej szansy. Chcesz, to idź. Ale zespoły muszą być chronione. I to jest nasze dzisiejsze zadanie”.

Osobno wypowiedział się o Grodnie, które rzeczywiście stało się wolnym miastem. Nad ratuszem powiewa biało-czerwono-biała flaga, burmistrz pozwala na demonstracje, przychodzi na nie pół miasta, a lokalny oddział telewizji państwowej je transmituje. Wszyscy aresztowani zostali wypuszczeni i przeproszeni przez organy siły. Łukaszenka rozkazał więc: „Musimy podjąć działania i nie wahać się, aby skierować nasze siły zbrojne i sprzęt. (…) Szczególnie w Grodnie, w kierunku Grodna. Bo tam jest chęć destabilizacji sytuacji jeszcze większa niż w Mińsku” (komunikat agencji prasowej Bełta).

Radosław Sikorski: Polska mogłaby rozgrywać kryzys na Białorusi

Opozycja zwalczana siłowo i paragrafami

I tak rozpoczął się nowy cykl demonstracji i przemocy. Jeśli strajki i demonstracje nie ustąpią, dyktator znowu spróbuje użyć siły. Tym razem należy się spodziewać, że w bardziej zorganizowany i przemyślany sposób. W Mińsku milicja ogrodziła tereny manifestacji, OMON pojawił się przed fabrykami, suki wróciły na jezdnie. Na razie celem jest rozdzielić demonstrantów, czyli młode pokolenie i inteligencję od robotników, a więc wypędzić ich spod fabryk. Zaczęło się szarpanie ludzi, ale nie doszło jeszcze do przemocy na masową skalę. Być może władza nie chce doczekać się reakcji społecznej takiej, jak tydzień temu po aresztowaniu tysięcy demonstrantów i katowaniu ich w aresztach.

Najgorszą dla opozycji wiadomością jest to, że zaczęły się areszty przywódców komitetów robotniczych, a to oni odgrywają kluczową rolę dla powodzenia strajków. Innym robotnikom władza zaczęła grozić wypowiedzeniami. Z telewizji publicznej już wyrzuca pracowników i zastępuje ich „dziennikarzami” przywiezionymi z Rosji. Władza do pacyfikowania robotników używa nie tylko siły i argumentów finansowych, ale także paragrafów. Prawo o strajkach zostało na Białorusi tak skonstruowane, że zakazuje wysuwania postulatów politycznych, więc każdy strajk łatwo uznać można za nielegalny. Nie mówiąc o tym, że trzeba je zapowiadać z dwutygodniowym wyprzedzeniem na walnym zebraniu.

Czytaj też: Strzelali do nas kulami „Made in Poland”

W efekcie atmosfera w Mińsku zrobiła się ponura, protesty znacznie zmalały. Na pl. Niepodległości była demonstracja, ale przyszło na nią góra 2 tys. ludzi. Pod fabryką MZKT, jedną z największych na Białorusi, stali tylko najodważniejsi, a ulotki przyjmował co trzeci, w najlepszym razie co drugi robotnik. Przypomnijmy jednak, że takie obniżenie nastrojów po stronie opozycji już raz miało miejsce. Kobiety, które wtedy uratowały sytuację, teraz zapowiedziały wyjście na ulice Mińska w sobotę o 14. A główny protest ma być w niedzielę. Jeśli wyjdą znowu setki tysięcy ludzi, Łukaszenka zareaguje siłowo. Jeśli protest będzie taki jak teraz, będzie starał się uniknąć stanu wojennego i zajmie się aresztowaniem najaktywniejszych osób w poszczególnych grupach zawodowych.

Czytaj też: Łukaszenka czapkami nakryty. Tysiące demonstrują w Mińsku

Białoruskie państwo w państwie

Wielokrotnie wypominano białoruskiej opozycji brak liderów, co było nie do końca słuszne, bo brak przywództwa zabezpieczał przed metodami Łukaszenki polegającymi na urywaniu głowy każdemu opozycyjnemu ruchowi. Teraz, gdy zorganizowała się Rada Koordynacyjna i wyłoniła prezydium złożone z reprezentacji polityków (na czele z Marią Kolesnikową), grup zawodowych, a także autorytetów (jak noblistka Swietłana Aleksijewicz), Łukaszenka od razu polecił prokuraturze wytoczyć jej sprawę karną. Prezydium będzie musiało zejść do podziemia albo emigrować i trudno powiedzieć, czy ma szansę liderować protestowi na dłuższą metę. Demonstrujący nauczyli się już działać bez liderów, a Swiatłana Cichanouska może reprezentować opozycję i społeczeństwo na Zachodzie. Musi być jednak dobrze chroniona przez litewskie służby, jeśli ma uniknąć losu Aleksieja Nawalnego.

Specjalnie zwołany szczyt Unii Europejskiej rozpoczął proces nakładania sankcji personalnych, czyli spełnił wreszcie to, o co od dawna prosi opozycja. Najbardziej niebezpieczna dla reżimu może być jednak pomoc finansowa dla organizacji pozarządowych, instytucji kultury i mediów niezależnych. To już nie są marginalne media, które nie docierają do zwykłych obywateli, albo organizacje kulturalne zajmujące się wyszywankami i promocją języka białoruskiego. W tak niesamowicie aktywnym i świadomym społeczeństwie obywatelskim to media niezależne są dziś głównymi. Powstało tu alternatywne państwo w państwie. Jeśli zastanawiamy się, jak Zachód może najbardziej pomóc, to właśnie dofinansowując te struktury, tak jak kiedyś pomógł działać i przetrwać „Solidarności”.

Czytaj też: Co dalej z Białorusią? Co zrobi Polska, co reszta świata?

Dyktator został upokorzony

Osobną rolę „sprawdzania bojem” i nadawania rytmu we wspieraniu opozycji na scenie międzynarodowej odgrywa Litwa. Polska nie może, od kiedy skompromitowała się własnymi próbami przekrętu wyborczego w maju tego roku. Przypomnijmy, że Łukaszenka też zaczął od przejęcia Trybunału Konstytucyjnego, mediów publicznych i resortów siłowych. Brak skrupułów władzy przy podzielonej opozycji i raczej biernym społeczeństwie skończył się ponaddwudziestoletnią dyktaturą, którą tak ciężko obalić.

Uchwała Litwy o nieuznawaniu Łukaszenki za prezydenta, a następnie spotkanie premiera Sauliusa Skvernelisa i nazwanie Swiatłany Cichanouskiej liderką swojego społeczeństwa, stworzyły bardzo niebezpieczny precedens dla Łukaszenki. Dyktator zawsze był kontestowany na scenie międzynarodowej i w odwiedziny mógł pojechać tylko do Iranu, Wenezueli albo Korei Północnej, ale nigdy nie miał konkurencyjnego lidera albo liderki, która przyjmowana byłaby przez głowy państw. To bardzo wzmacnia opozycję i jest kolejnym upokorzeniem, które musi wyjątkowo boleć dyktatora słynącego z wybujałych ambicji.

Relacje autora z bieżących wydarzeń można śledzić na jego Facebooku.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną