Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Świat

Putin uznaje Donieck i Ługańsk. Przed nami kluczowe 48 godzin

Donieck. Radość po ogłoszeniu decyzji Władimira Putina o uznaniu separatystycznych republik Donieck. Radość po ogłoszeniu decyzji Władimira Putina o uznaniu separatystycznych republik Taisiya Vorontsova /TASS / Forum
Uznając separatystyczne republiki, Kreml odrzuca porozumienia mińskie. Rosja staje się faktycznym agresorem i traci status, którego pilnie strzegła od 2015 r. – strony niezaangażowanej. Jest państwem zbójeckim.

Władimir Putin wystąpił z orędziem do narodu i podpisał dekret o uznaniu separatystycznych republik Donieckiej i Ługańskiej. We wtorek ratyfikuje go Duma oraz Rada Federacji. Pozwoli to Kremlowi udzielić tym regionom oficjalnej pomocy zbrojnej. Prezydent zlecił też ministerstwu spraw zagranicznych rozmowy z ich władzami w sprawie nawiązania oficjalnych stosunków dyplomatycznych.

Zanim wygłosił orędzie, zwołał posiedzenie Rady Bezpieczeństwa, na którym sprawę omawiano. Wypowiadali się po kolei szefowie FSB, wywiadu zagranicznego, resortów spraw wewnętrznych, obrony i dyplomacji. Kolektywnie poparli wniosek o uznanie DNR i ŁNR za suwerenne w granicach określonych w ich konstytucjach, a nie tych, które realnie kontrolują.

Ukraina. „Państwo upadłe, marionetka”

Orędzie Putina było długie, pełne emocji i oskarżeń wobec Kijowa. Przedstawił w nim obraz Ukrainy jako państwa upadłego, skorumpowanego na jeszcze większą skalę niż Rosja. Rządzonego przez oligarchów, nacjonalistów i neonazistów. Ukraiński rząd to w jego oczach „reżim”, który nie dość, że krwawo przejął władzę w 2014 r., to uczynił z Ukrainy marionetkę. Wrogowie Moskwy przekształcili Kijów w kolonię i wykorzystują go jako platformę do osaczania Rosji. Największym zagrożeniem, w myśl słów prezydenta Rosji, jest wejście Ukrainy do NATO. „Grozi to nagłym atakiem na nasz kraj – mówił. – Wystarczy pięć minut, by rakiety trafiły w nasze cele”.

„Gdyby usłyszeli to nasi przodkowie, nie wytrzymaliby” – perorował Putin, dodając, że Ukraina „została stworzona przez Lenina” i „nie ma własnej państwowości”. Przekonywał, że Moskwa okazywała republikom takim jak Ukraina wsparcie nawet po rozpadzie „historycznej Rosji” (czyli ZSRR). Tymczasem – skarżył się – ze strony Kijowa nie doczekała się wdzięczności ani szacunku. Zrywane są więzy z Rosją, ze szkół rugowany jest rosyjski. „To derusyfikacja” – narzekał Putin. W Donbasie z kolei „prawie 4 mln osób zetknęło się z genocydem tylko dlatego, że nie poparło przewrotu państwowego, wystąpiło przeciw neonazizmowi i nacjonalizmowi”. Tak uzasadniał konieczność okazania pomocy bratnim republikom.

Tuż po orędziu i ceremonii podpisania dekretu o uznaniu republik Putin wydał ministerstwu obrony rozkaz „utrzymania pokoju w DNR i ŁNR przy pomocy sił zbrojnych Rosji”. Oficjalnie więc wysyła tam siły humanitarne, wręcz pokojowe, a w istocie to przykrywka dla interwencji zbrojnej.

Czytaj też: Co grozi Rosji? „Zareagujemy mocno”. UE ma pakiet sankcji

W Doniecku i Ługańsku fajerwerki

Gdy tylko Putin ogłosił swoją decyzję, w Doniecku i Ługańsku wystrzeliły fajerwerki. I natychmiast skrytykowali ją przywódcy Zachodu, od premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona po sekretarza generalnego NATO, ONZ i szefa unijnej dyplomacji Josepa Borrella („To uderzenie w integralność terytorialną Ukrainy, przekreślające rozwiązanie konfliktu drogą pokojową”). Nikt nie ma wątpliwości, że Rosja właśnie złamała porozumienia mińskie.

To pierwszy skutek decyzji Putina. Kreml przyznaje się tym samym do porażki, bo realizacja porozumień mińskich była aksjomatem jego stanowiska. Rosja traci kartę donbaską, którą grała od 2015 r. To ona pozwalała naciskać na Kijów, by rozpoczął bezpośredni dialog z władzami separatystów i zalegalizował specjalny status obu republik. Szefowa niemieckiej dyplomacji Annalena Baerbock uznała, że stawiając na rozwiązanie siłowe, Kreml niweczy proces pokojowy, w tym format normandzki.

Drugi skutek to zatem rezygnacja z opcji dyplomatycznego rozwiązania konfliktu. Rosja staje się faktycznym agresorem i traci status, którego pilnie strzegła od 2015 r. – strony niezaangażowanej, która obok Niemiec i Francji brała udział w procesie pokojowym. Oficjalnie na pewno będzie bronić swojej decyzji, odwołując się do prawnego charakteru dekretu i względów humanitarnych. W istocie jednak staje się państwem zbójeckim, które gwałci suwerenność i integralność terytorialną swoich sąsiadów. Bez względu na to, jak i kiedy zakończy się konflikt, a strony wrócą do rozmów, trudno będzie Rosji jako rogue state być wiarygodnym partnerem politycznym i biznesowym Zachodu.

Czytaj też: Rosja wysyła Ropuchy. Czy wojna zacznie się na morzu?

Putin wykonał ruch. Czy budżet to zniesie?

Decydując się na plan B, czyli interwencję w Donbasie, Putin postawił na logikę „jeśli nie teraz, to kiedy?”. Zapowiadane zachodnie sankcje wpisuje w koszty. To, że nastąpią, Kreml przyjął do wiadomości. Kiedy Putin przemawiał, już reagowała giełda: spadały akcje rosyjskich spółek i wartość rubla. Teraz ruch po stronie Zachodu i test spójności dla obrońców Ukrainy. Opcją atomową byłaby blokada Nord Stream 2. Bolesne byłoby też uderzenie w system bankowy, dług zagraniczny, strategiczne koncerny surowcowe, a przy tym sankcje personalne, uderzające w najbliższy krąg Putina.

W pierwszej reakcji administracja Joe Bidena zdecydowała się na pakiet godzący w separatystów, czyli zakaz prowadzenia operacji finansowych z DNR i ŁNR. „Jesteśmy gotowi do szybkiej reakcji” – podkreśliła ambasada USA w Warszawie. Jen Psaki dodała: „Następne będą bolesne sankcje, które przygotowaliśmy z sojusznikami”.

Konflikt tak czy inaczej jeszcze się skomplikuje, także w świetle prawnym. Republiki Doniecką i Ługańską uzna wyłącznie Rosja, może jeszcze kilka zależnych od niej krajów. Pozostaną quasi-państwami o statusie analogicznym do Osetii Południowej i Abchazji, na których Rosja przećwiczyła tę operację. Dołączają one do grona parapaństw na utrzymaniu Rosji, jak anektowany Krym czy spacyfikowana Czeczenia, nie wspominając o wiecznie subsydiowanej Białorusi. Budżet Rosji obciążają też kontyngenty w Górskim Karabachu, Syrii, „pokojowe” wojska w Naddniestrzu. Ekspansjonizm kosztuje, pytanie więc, czy w warunkach zapowiadanych sankcji budżet to zniesie.

Ostatecznie Kreml działa przeciwskutecznie. Nie dość, że nie złamał Ukrainy, to ją skonsolidował. Po północy miał wystąpienie prezydent Wołodymir Zełenski, który stwierdził: „Mamy luty 2022, a nie 2014 r.”. Podkreślał, że Ukraina nie będzie grać według reguł pisanych przez Rosję, nie da się sprowokować i wciąż wierzy w rozwiązanie polityczne.

Czytaj też: Pull up, pull up! USA podniosły alert w sprawie Ukrainy

Czas na reakcję. Kluczowe 48 godzin

Putin doprowadził do bezprecedensowego zjednoczenia w NATO bez względu na wewnętrzne różnice zdań. Nawet prezydent Turcji Recep Erdoğan potępił wkroczenie rosyjskich sił do Donbasu. Flanka wschodnia jeszcze nigdy nie była tak wzmocniona militarnie, a państwa skandynawskie tak poważnie nie rozpatrywały przystąpienia do Sojuszu.

Na wtorek wieczorem zwołano pilne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ, choć na tym forum można liczyć tylko na dyskusję, bo Rosja ma tu prawo weta. Rezolucję potępiającą może natomiast – jak osiem lat temu – przyjąć Zgromadzenie Ogólne. Do tego czasu stanowisko Zachodu nabierze zapewne kształtu, a najbliższe 48 godzin będą kluczowe. Być może dojdzie jednak do rozmowy Blinkena z Ławrowem, Biały Dom tego planu nie odrzucił. Waszyngton jest zdecydowany co do sankcji, ale dopiero się okaże, czy w grę wchodzi już „opcja atomowa”, czy też Zachód będzie czekać na przekroczenie kolejnej „czerwonej linii” – np. wkroczenie Rosji na obszar kontrolowany przez ukraińskie siły. Tak czy inaczej, właśnie padło „sprawdzam” dla przyszłości Ukrainy, bezpieczeństwa w Europie i wiarygodności Zachodu.

Czytaj też: Czy Ukraina ma się jak bronić?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Archiwum Polityki

Niepokorni

Historię PRL odmierza kilka dat społecznych protestów przeciw ludowej władzy, zwykle brutalnie lub krwawo tłumionych. W 1956 r. – czerwiec, w 1968 r. – marzec, w 1970 r. – grudzień, w 1976 r. – znów czerwiec... I gdyby nie tamte zdarzenia sprzed 30 lat, nie byłoby pewnie sierpnia 1980 r. i wyjątkowej polskiej drogi do wolności.

Marcin Kołodziejczyk
13.05.2006
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną