Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

Czy Ukraina wystarczy Putinowi?

Kijów po ataku Rosji Kijów po ataku Rosji Umit Bektas / Reuters / Forum
Rosyjski dyktator nie uznaje niepodległości byłych republik ZSRR. Dlatego walka, którą toczą dziś Ukraińcy, może ochronić państwa NATO przed atakiem Putina.

Wojna w Ukrainie trwa piątą dobę, ale już stanowi najintensywniejszy i mający największą skalę konflikt zbrojny w Europie od zakończenia II wojny światowej. Zasięg geograficzny prowadzonych działań, używane uzbrojenie, rodzaj i ilość zaangażowanych wojsk, wreszcie liczba ofiar świadczą o tym, że to nie jest lokalne starcie, żadna „mała inwazja” w obronie ludności pogranicza. To pełnowymiarowa wojna między silnymi przeciwnikami, z których ten atakujący teoretycznie dysponuje przewagą militarną, ale broniący się bynajmniej nie jest słaby.

O randze tego konfliktu świadczy też cel, jakim dla Rosji jest obalenie konstytucyjnych władz w Kijowie i „zmiana reżimu” na przychylny Putinowi i rosyjskiemu poglądowi na świat. Jest to więc walka o przetrwanie ukraińskiej niepodległej państwowości, jaka istnieje od 30 lat. Na szali jest suwerenny byt drugiego co do wielkości (poza Rosją) kraju na kontynencie. Czegoś takiego w Europie dawno nie widzieliśmy, ale być może nie widzieliśmy jeszcze wszystkiego. Putinowska agresja w każdej chwili pójść może jeszcze dalej.

O co Putinowi tak naprawdę chodzi

Od wielu tygodni najważniejszym pytaniem stawianym w kontekście wiszącej w powietrzu wojny było: o co tak naprawdę chodzi Putinowi? O Ukrainę – jej podporządkowanie, zmuszenie do zerwania więzów z Zachodem i narzucenie prorosyjskiej polityki – czy o NATO i tzw. nowy ład bezpieczeństwa w Europie? Według Putina sprowadzać on się miał do odepchnięcia Sojuszu od granic Rosji i przywrócenia szarej strefy zdemilitaryzowanej, złożonej z krajów pozbawionych częściowo suwerenności i niemogących decydować o swoich porozumieniach obronnych.

Dopóki wojna nie wybuchła, eksperci i politycy prześcigali się w gromadzeniu argumentów za jedną albo drugą tezą. Zwolennicy poglądu o racjonalności Putina argumentowali, że nie posunie się dalej niż do Kijowa i jest zainteresowany najwyżej trwałym uniemożliwieniem Ukrainie wejścia do NATO, a nie rozpoczynaniem walki z zachodnim Sojuszem. Drudzy mówili, że Ukraina jest tylko narzędziem, testem zdolności do wywierania wpływu czy przystankiem na drodze do odbudowy imperium kształtującego na własnych warunkach relacje w Europie.

Atak na Ukrainę, poprzedzony komunikatem o zamiarze dokonania zbrojnego zamachu stanu, może prowadzić do przekonania, że to właśnie jest jedynym i głównym celem Putina. Odtworzenie ukraińskiego buforu miałoby Rosji zapewnić trwałe odgrodzenie się od NATO i zagwarantowanie, że się już nigdy nie przybliży do Moskwy, przynajmniej z południowo-zachodniego kierunku. Putin będzie spokojniejszy nie tylko o te kilkadziesiąt sekund, na ile szacował czas lotu pocisku Tomahawk wystrzelonego z Ukrainy (w jego wizji taka broń nieuchronnie musiała się w Ukrainie znaleźć i właśnie z tego powodu musiał ją zaatakować).

Celowo przytaczam ten kłamliwy i pokrętny tok rozumowania, bo wraz z całą paletą innych teorii spiskowych został zaprezentowany przez Putina w ramach uzasadnienia inwazji, zanim się zaczęła. Gdy wojna już wybuchła, stało się jasne, że rosyjski przywódca podejmuje decyzje o użyciu siły na wielką skalę na podstawie swoich fobii, fantazji i wyobrażeń, a nie faktów. A ponieważ jego wyobrażenia o Zachodzie, NATO, innych podobnych do Ukrainy państwach powstałych na gruzach ZSRR są jednoznaczne, eskalację obecnej dużej wojny w wojnę jeszcze większą łatwo sobie wyobrazić. Putin sam to zresztą sugerował.

Czytaj też: Sankcje Bidena nie zatrzymają Putina. Dlaczego nie są surowsze?

Zdrada Ukrainy boli najbardziej

W poniedziałkowej przemowie, zawierającej uznanie niepodległości donbaskich separatystów i wyliczającej wszystkie „grzechy” samodzielnej Ukrainy, Putin wyraził się jasno: przyznanie prawa do samostanowienia republikom związkowym ZSRR było fatalnym błędem. Stało się to za rządów Michaiła Gorbaczowa, w erze kryzysu gospodarczego, ale też początków liberalnych reform, które przyniosły szacunek dla narodowych odrębności „ludów radzieckich”. Putin widzi w tym dziś wyłącznie zdradę wielkiej Rosji: „Historyczne, strategiczne błędy przywódców bolszewików, kierownictwa KPZR, popełniane w różnym czasie w budowaniu państwa, polityce gospodarczej i narodowej, doprowadziły do rozpadu naszego zjednoczonego kraju. Upadek historycznej Rosji pod nazwą ZSRR obciąża ich sumienia”.

Największym dramatem miało być oddzielenie Ukrainy, zdaniem Putina powiązanej z Rosją od zarania, zrośniętej z nią kulturowo, społecznie, a nawet duchowo, ale nigdy nie samodzielnej. Zdrada uzyskania niepodległości była pierwszą z wielu, później przyszło zafascynowanie Zachodem, wpuszczenie zachodnich instytucji i powielanie wzorców, wreszcie pomysł związania się z Zachodem w sensie wojskowym. Taką drogą poszły inne, mniejsze kraje upadłego imperium sowieckiego, ale zdrada Ukrainy bolała i boli Putina najbardziej. Mówił więc, że od lat próbował po dobroci namawiać Kijów do powrotu na łono matki Rosji, ale się nie dało. Stąd ograniczona inwazja z 2014 r., kategoryczne żądania zmiany kursu w 2021, a teraz wojna.

Porozumienie o rozwiązaniu ZSRR podpisali w Białowieży, po białoruskiej stronie granicy, ówcześni liderzy trzech republik związkowych: Federacji Rosyjskiej, Białorusi i Ukrainy. Ironia historii sprawiła, że ze strony Rosji podpisał je Borys Jelcyn, wówczas demokrata, który później wypromował do władzy Władimira Putina, autokratę uznającego krok Jelcyna za katastrofalną pomyłkę i próbującego odwrócić jego skutki. Wart przypomnienia jest też fakt, że w „wyścigu po niepodległość” byłych radzieckich republik dzisiejsza zamordystyczna Białoruś była wtedy dosłownie o krok za Ukrainą. Deklarację niepodległości Mińsk ogłosił zaledwie dzień po Kijowie. Białoruś zrozumiała jednak swoją dziejową pomyłkę. Z Zachodem nie chce mieć już nic wspólnego, chce być jak najbliżej Rosji. Dlatego Białorusi ze strony Putina nic nie grozi. Cała reszta renegatów sowieckiego imperium ma się czego bać. Wydarzenia ostatnich dni w Ukrainie pokazują, jak to może wyglądać.

Czytaj też: Litwa, Łotwa i Estonia boją się Rosji. Sytuacja jest dramatyczna

Czy Rosja może zaatakować NATO?

Nie wiemy, czy Putin jest gotowy na rozszerzenie agresji na kraje należące do NATO. Na pewno jednak się do tego przygotowywał. Świadczą o tym scenariusze ćwiczeń odbywających się na Białorusi, która – co dziś jest całkiem jasne – była kluczowa w ataku na Ukrainę. To z niej idą główne ataki na Kijów, zarówno te lądowe, jak i desanty śmigłowcowe, z Białorusi ostrzeliwana jest ukraińska stolica rakietami.

Białoruś jednak nie jest wyłącznie bazą wypadową na południe, w kierunku Ukrainy. To platforma w pewnym sensie obrotowa, umożliwiająca Putinowi wykonanie uderzenia w dowolnym kierunku. W tej chwili czerwona wskazówka skierowana jest ku Kijowowi, ale po jej przekręceniu o 180 stopni będzie wskazywać Wilno.

Litwa to oczywiście jedna z republik radzieckich, które nie tylko ośmieliły się wyłamać z ZSRR, ale co gorsza, wstąpiły do NATO, Unii, przyjęły zachodnioeuropejską, wspólną walutę i mają czelność gościć u siebie sojusznicze siły wojskowe. Gdy przypomnimy sobie mapy ćwiczeń Zapad-21, publikowane przez białoruskich wojskowych, pokazywały one kontruderzenie wojsk rosyjskich na Litwę po rzekomym ataku Zachodu. Wilno jest cztery razy bliżej granicy z Białorusią niż Kijów. W zasadzie nie trzeba się nawet ruszać, wystarczy je solidnie ostrzelać. Ten sam kierunek ataku symulowały tegoroczne ćwiczenia Sojusznicza Stanowczość, które okazały się treningiem przed atakiem na Kijów.

Czytaj też: Co teraz? To może być długa wojna na wyczerpanie

Dziś stracimy Ukrainę, jutro będziemy walczyć

Tylko dlaczego Putin miałby się ograniczać do Litwy? Na terytorium wszystkich trzech niepodległych państw bałtyckich – niegdyś republik ZSRR – żyją etniczni Rosjanie czy ludność posługująca się językiem rosyjskim, którą da się wykorzystać do sfingowania jakiegoś kryzysu. Gdzieniegdzie, jak w estońskiej Narwie, ludzie ci stanowią absolutną większość mieszkańców. I nie chodzi o to, że komuś źle się żyje w krajach dobrze zarządzanych, znacznie bogatszych od Rosji, cywilizacyjnie stojących na zupełnie innym poziomie. Putina boli przede wszystkim to, że podobnie jak Ukraina kraje te wyłamały się z ZSRR, nie chcą mieć z dzisiejszą Rosją nic wspólnego i że na ich terytorium, niemal pod granicami Rosji, stacjonują kontyngenty NATO. I to kontyngenty rosnące.

Putinowska agresja już wywołała decyzje Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec o wzmocnieniu wojsk stacjonujących w państwach bałtyckich i Polsce. Sojusz w piątek po raz pierwszy w historii uruchomił też kolektywne siły odpowiedzi NRF i zapowiedział skierowanie ich na wschód w celu ubezpieczenia najbardziej narażonych przed skutkami rosyjskiej agresji. Wściekłość Putina musi rosnąć, bo zamiast odsuwania NATO od granic Rosji zafundował sobie więcej NATO u granic Rosji. Może to jednak oznaczać, że tym bardziej będzie się chciał go pozbyć. Minister obrony Niemiec Christine Lambrecht wywołała szok po wczorajszym szczycie przywódców NATO, gdy powiedziała, że obawia się, iż Putin uderzy na partnerów Sojuszu i przekroczy kolejne granice, bo stał się zupełnie nieprzewidywalny. Litewski minister spraw zagranicznych komentował sytuację w podobnym tonie: jeśli stracimy Ukrainę dziś, jutro będziemy musieli walczyć o NATO.

Czytaj też: Putin rozrabia na balkonie. Zagrożenie dla Polski wzrosło

Ukraińcy kupili czas zachodniej Europie

A kolejną po Ukrainie granicą mogłaby być sąsiadująca z nią Mołdawia. Kraj ten ma na swym terytorium problem podobny co Ukraina w Donbasie – samozwańcze parapaństewko Naddniestrza. Jego twórcy długo nie mogli się pogodzić z rozpadem ZSRR i ustanowieniem niepodległej Mołdawii (tym zapewne zapunktowali u Putina), skorzystali więc z obecności sowieckich wojsk, by się wybić na własną „niepodległość” w ścisłym związku z Rosją.

Rosyjski prezydent proponował kiedyś nawet formalne przyłączenie Naddniestrza do Rosji, ale temat na wiele lat ucichł. Wrócił na chwilę przy okazji pierwszej wojny Putina przeciw Ukrainie i aneksji Krymu w 2014 r. Gdy Moskwa uznała niepodległość separatystycznych republik w Donbasie, natychmiast przypomnieli o sobie separatyści z Tyraspola i dopominają się o to samo. Jeśli Rosji uda się zdominować Ukrainę, przyległy do niej pas terytorium Mołdawii byłby naturalnym kolejnym kandydatem do powiększania sfery regionalnej destabilizacji. Zwłaszcza że NATO potwierdziło, iż nawet widok spadających na Ukrainę pocisków nie powstrzyma współpracy z Mołdawią. Putin znalazłby więc argument, by ją utrudnić i zablokować przemocą.

Jeśli będzie mieć jeszcze siłę. Bo dzisiaj o możliwościach dalszej agresji Rosji decydują Ukraińcy. To oni swoją odwagą, walecznością, strategiczną mądrością i taktycznym sprytem, wreszcie swoim potem i krwią z każdą godziną osłabiają przyszłe możliwości prowadzenia wojny przez Putina. Rosja postawiła wiele na ukraińską kartę, zgromadziła do ataku przeciwko niej większość potencjału swoich wojsk lądowych, wykorzystuje lotnictwo – i ponosi znaczące straty. Nawet jeśli dane podawane przez Ukraińców są zawyżone, Rosja mogła stracić w pierwszych dniach walk kilkuset żołnierzy, kilkadziesiąt czołgów i kilkanaście statków powietrznych. Najwyraźniej też uderzenia z dystansu nie przyniosły znacznego osłabienia ukraińskiego potencjału. Im dłużej będzie trwać walka, tym bardziej będzie osłabiać rosyjskie możliwości i odsłaniać luki w zdolnościach.

Wszystko to sprawi, że kolejny atak, zwłaszcza na kraj członkowski NATO, będzie trudniejszy. W najgorszym przypadku NATO zyska czas, gdy Rosja będzie odbudowywać zdolności działania. W najlepszym – gniew Rosjan na wywołane przez Putina straty w ludziach będzie tak wielki, że powstrzyma jego szaleństwo.

Reszka: Putin się nie zatrzyma. Myślę, że następna będzie Polska

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Świat

Co z tymi czołgami? Niemiecka prasa o kolejnym sporze Warszawy i Berlina

Spór o Leopardy, obiecane ponoć Polsce w ramach „zamiany okrężnej”, zmienił się w kolejny punkt zapalny. Sprawa rozgrywana jest przez rząd PiS jak zwykle w pełnym świetle jupiterów.

Adam Krzemiński
07.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną