Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Dwunasty dzień wojny. Rosjanom siadła logistyka

Irpień. Szczególnie barbarzyńskie jest ostrzeliwanie tzw. korytarzy życia, czyli tras ewakuacji ludności cywilnej z oblężonych miast. Irpień. Szczególnie barbarzyńskie jest ostrzeliwanie tzw. korytarzy życia, czyli tras ewakuacji ludności cywilnej z oblężonych miast. Dimitar Dilkoff / AFP / EAST NEWS
Rosjanie w obliczu niemocy na polu walki przeszli do zbrodniczego terroryzowania ludności cywilnej. Chcą zadać Ukraińcom straty i złamać ich morale.

Zacznijmy od tego, co powtarzamy od kilku dni: natarcie dramatycznie ugrzęzło, Rosjanie nie są w stanie wymęczyć żadnych nowych zdobyczy terenowych – na szczęście. Co najmniej od soboty nie posunęli się o włos ani po wschodniej, ani zachodniej stronie Kijowa. Nie zdołali przełamać obrony pod Hostomelem i Browarami. Trwa ewakuacja z położonych na południe Irpienia i Buczy, które znalazły się teraz na linii frontu.

Rosjanie utknęli na wszystkich kierunkach

Rosjanie nie opanowali Charkowa i nie weszli do oblężonego Mariupola. Nie poszli naprzód pod Zaporożem ani pod Mikołajewem. Utknęli na wszystkich kierunkach. Oficjalny przekaz rosyjskich władz jest taki, że wstrzymali aktywne działania, by dać negocjatorom szansę na spokojną dyskusję. To oczywiście bzdura, bo artyleria nadal ostrzeliwuje obiekty cywilne, szczególnie w Buczy, Irpieniu na zachód od Kijowa, w Charkowie i Mikołajewie, a to raczej w rozmowach nie pomaga. Nie widać jakichś znaczących przegrupowań wojsk, przesunięć poszczególnych jednostek, nie zachodzi też zmiana ugrupowania, więc przyczyna tego stanu rzeczy może być jedna: logistyka leży u Rosjan kompletnie, wojska stoją z braku paliwa, częściowo może też odpowiedniej ilości amunicji do toczenia prawdziwej walki, a nie tylko prowadzenia ognia nękającego.

Oczywiście celem współczesnego konfliktu zbrojnego nie jest zajmowanie terenu, lecz niszczenie sił zbrojnych przeciwnika, bo gdy się tego dokona, całe terytorium stoi otworem. Zdobycze terenowe są ważne tylko z dwóch powodów – pozwalają oskrzydlić ugrupowania przeciwnika, czyli ograniczyć mu pole manewru w kierunku bocznym, dzielą je na kawałki, walczące odtąd w pewnej izolacji, w końcu ułatwiają wyjście na tyły, zamknięcie wroga w okrążeniu i odcięcie go od źródeł zaopatrzenia. Ale żeby to się udało, trzeba działać szybko, bo gdy przeciwnik się zorientuje, wykona swoje manewry, by sytuacja się odwróciła. Jak wiadomo, Rosjanie posuwają się wolniej niż średniowieczna ciężka piechota.

Drugi powód zajmowania konkretnych obszarów to przejęcie ważnych węzłów komunikacyjnych, kluczowych dla zaopatrywania wojsk. Jak ważne jest zaopatrywanie z wykorzystaniem dróg, mostów i linii kolejowych – chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba.

Podkast: Po co Putinowi ta wojna?

Trwa barbarzyński ostrzał cywilów

Wygląda na to, że Rosjanie w obliczu niemocy na polu walki przeszli do zbrodniczego terroryzowania ludności cywilnej, by zadać Ukraińcom straty i złamać ich morale. Stąd powszechny już ostrzał i lotnicze bombardowania miast – zabijane są dzieci, starcy, kobiety i mężczyźni niezdolni do walki. To barbarzyństwo jest bezprecedensowe, niewyobrażalne i nie może pozostać bez kary. Odpowiedzialnych trzeba ustalić i choć zaocznie osądzić przed Międzynarodowym Trybunałem Kryminalnym w Hadze. Sankcje też powinny być utrzymane, a przynajmniej ich część, do momentu dobrowolnego wydania przez Rosję zbrodniarzy wojennych. Ukraina rozważa przekazanie do Hagi schwytanych pilotów, którzy atakowali obiekty cywilne. Zapewne brakuje dość dowodów, ale miejmy nadzieję, że to się uda.

Szczególnie barbarzyńskie (z trudem powstrzymuję niecenzuralne słowa) jest ostrzeliwanie tzw. korytarzy życia, czyli tras ewakuacji cywilów z oblężonych miast, w których cierpią głód z powodu niedostatecznej aprowizacji i trudności z przeprawą do sklepów z relatywnie bezpiecznych schronów. Jeśli już nawet Rosjanie nie strzelają, to ich wojska ruszają naprzód, zmuszając Ukraińców do otwarcia ognia, by usadzić wroga w miejscu – Rosjanie wówczas twierdzą, że strzela strona ukraińska.

W tym momencie Putin już przegrał, nawet gdyby militarnie Ukrainę pokonał. Wywołał w Ukraińcach ogromną nienawiść, o podporządkowaniu się jakiemukolwiek marionetkowemu rządowi nie ma mowy. Bez obecności rosyjskich wojsk takiego Janukowycza, dajmy na to, ludzie na taczkach wywiozą co najmniej do Dniepru. A dopóki wojska są, nie zaznają spokoju. Afganistan to nic w porównaniu z tym, co może im zgotować Ukraina. Prędzej czy później skończy się tak samo jak dla ZSRR – upadkiem. Najgorsze jest przy tym to, co zrobi ogarnięty paranoją nieobliczalny człowiek zapędzony w kozi róg. Sytuacja nieuchronnie do tego zmierza.

Czytaj też: Cywilizacja nuklearna. Dlaczego Putin straszy bombą?

Leży rosyjska logistyka

Logistyka wydaje się rosyjską piętą achillesową, ale musimy dobrze przyjrzeć się własnej, by w razie konfliktu za wszelką cenę uniknąć tych samych błędów. A jednocześnie zastanowić się, jak do maksimum wykorzystać rosyjskie słabości.

Wojskowa logistyka opiera się na czterech filarach. Pierwszy to zaopatrywanie wojsk – w paliwo, amunicję, części zamienne, medykamenty i racje żywnościowe. Drugi to zaplecze remontowe, przeglądy sprzętu i uzbrojenia. Trzeci to tzw. kwatermistrzostwo, czyli zakwaterowanie żołnierzy, zapewnienie im warunków do utrzymania higieny, dostarczanie umundurowania, wody pitnej (uzdatnianiem wody i dostawami energii elektrycznej z agregatów zajmują się saperzy), wyżywienia itd. I wreszcie ostatnim pionem logistyki jest całe zabezpieczenie medyczne, łącznie z systemem ewakuacji rannych.

Zaopatrywanie w paliwo, amunicję i inne materiały wcale nie jest proste. Po pierwsze, trzeba je dostarczyć, a najpierw mieć skąd to wszystko wziąć. Paliwo (olej napędowy, agregaty prądotwórcze, nafta dla śmigłowców czy samolotów) trzeba zgromadzić w odpowiednio zorganizowanych składach dostatecznie daleko od rejonu działań bojowych, by nie zniszczył ich przeciwnik, a zarazem na tyle blisko, by można je było dowieźć. Taki skład najlepiej uzupełniać transportami kolejowymi, a potem cysternami.

Czytam też: Nawet sojusznicy opuścili Putina. Kto mu pozostał?

Paliwo, amunicja, czas

Współczesne jednostki wojskowe potrzebują niewyobrażalnej ilości paliwa. Weźmy typowy rosyjski batalion czołgów – 31 sztuk T-72B czy T-90, ze trzy ciągniki ewakuacyjne, kilka samochodów osobowo-terenowych, ok. 30 ciężarówek, pluton przeciwlotniczy, pluton łączności. Ile paliwa zużywa jeden czołg? Ok. 800 litrów na 100 km. Dla 34 czołgów i ciągników ewakuacyjnych na tym samym podwoziu to będzie już 27,2 tys. litrów. Doliczmy pozostałe pojazdy i wychodzi 35 tys. – dla siedmiu typowych wojskowych cystern jednego batalionu na zaledwie 100 km marszu.

Dodatkowa kwestia – ile paliwa zużywa czołg, który stoi? Odpowiadam: ok. 20–30 litrów na godzinę. Bo jeśli stoi w strefie działań bojowych, to musi w nim chodzić agregat zasilający elektrykę i hydraulikę, by funkcjonował i strzelał w razie potrzeby, i aby działał licznik balistyczny, mechanizm obrotu wieży i automat ładowania armaty.

Dla jednej brygady mającej cztery bataliony, dywizjon artylerii i kilka samodzielnych kompanii robi się tego już ok. 200 tys. litrów na każde 100 km lub 5 tys. na każdą godzinę postoju. A to już 40 wojskowych cystern paliwowych po 5 tys. litrów. Jeśli cysterny jadą 50 m jedna za drugą, to jest to kolumna długa na 2 km.

O amunicję nawet nie pytajcie. Nabój do haubicy waży ok. 60 kg (45 kg pocisk i 15 kg ładunek miotający). Jedna salwa pojedynczego dywizjonu to ponad tona amunicji. W ciągu dnia walk dywizjon może wystrzelić i 50 takich salw. A zatem mamy dziesięć wozów amunicyjnych o ładowności po 7 ton (przecież jeszcze skrzynki). A gdzie amunicja do czołgów, piechoty i ich bojowych wozów, rakiety przeciwpancerne, granaty do moździerzy? Powstaje kolejna długa na 2 km kolumna przypisana do każdej walczącej brygady.

I teraz wyobraźmy sobie taki konwój (długi na ok. 5 km) jadący ze składów armijnych do wojsk. Czyli, dajmy na to, 200 km. Pięć godzin na załadunek, pięć na przejazd, pięć na dystrybucję do pododdziałów. Takie przedsięwzięcie wymaga doskonałej organizacji i synchronizacji, bo nie można jednocześnie ładować w składzie setki ciężarówek i cystern dla jednej brygady i drugiej setki dla kolejnej – jeśli przyjadą w niewłaściwym momencie, muszą czekać na swoją kolej.

Czytaj też: Fronty wojny. Plan Putina zaczyna się sypać

Bardach. Jakoś to nie będzie

Logistyka współczesnych wojsk to niezwykle skomplikowany mechanizm. Weźmy kwestię przechowywania amunicji w polowym składzie. Amunicja to nie ziemniaki. Jak zawilgotnieje, będzie do niczego. A zabezpieczenie przeciwpożarowe, ochrona przed dywersją? To masa organizacji, sprawności, zaradności.

Odwrotnością sprawnej organizacji jest rosyjski bardach i słynne „jakoś to będzie”. Psujący się sprzęt, błądzące konwoje logistyczne, drogi zawalone kolumnami zaopatrzenia... I oczywiście cała biurokracja, bo trzeba jeszcze podpisać dokumenty na pobranie odpowiedniej ilości paliwa i amunicji. Poza tym w logistyce takiej armii jak rosyjska pracują ludzie, którzy w normalnym życiu zajmują się głównie tzw. kręceniem lodów. Takie możliwości daje choćby stanowisko szefa zaopatrzenia w materiały pędne i smary. Przy dobrej koniunkturze można sprzedać na lewo niewiarygodne ich ilości. Pamiętam z czasów układu warszawskiego, że logistycy opływali w dostatki, żyli jak pączki w maśle. Mam pewne podejrzenia, że niewiele się do dziś zmieniło.

Rosja ugrzęzła więc na pootwieranych frontach, bo zawiodła logistyka. Nie da się prowadzić takich operacji w takich warunkach. Dowódca może zaplanować najbardziej błyskotliwy manewr, ale przymusowy postój czołgów, dziesięć godzin czekających na paliwo i amunicję, udaremni wszelkie plany. Świetnie wykorzystują to Ukraińcy, którzy nie odpuszczają okazji i atakują sparaliżowane wojska Rosji.

Czytaj też: Strefa zakazu lotów nad Ukrainą? NATO musiało odmówić

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną