Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

„Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”. Czy Kreml ma plan na Polskę?

Władimir Putin, zdjęcie z 22 lutego 2022 r. Władimir Putin, zdjęcie z 22 lutego 2022 r. Aleksey Nikolskyi / Kremlin Pool / Zuma Press / Forum
Wydawało się, że poradziecka Rosja postanowiła zmienić swój tradycyjny dominatorski stosunek do państw ościennych, gdy zgodziła się na samostanowienie tych części ZSRR, które tego chciały. Ta postawa była jednak nader nietrwała.

Krążą różne scenariusze końca obecnego konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, np. krótka wojna i zwycięstwo Rosji, długa wojna i wygrana Rosji, długa wojna i sukces Ukrainy polegający na utrzymaniu status quo, zawieszenie broni z otwartą przyszłością, bunt społeczny w Rosji czy mediacja zagraniczna.

Może któryś z nich zrealizuje się jeszcze przed ukazaniem się niniejszego felietonu. Nawet jeśli tak, nie uchyla to pytania, co dalej. Putin określił cel Rosji jako restytucję stanu rzeczy sprzed 1997 r., czyli powrót do granic NATO, zanim przyjęło nowych członków, w tym Polskę. Inaczej mówiąc, Rosja ma być otoczona przez „sfinlandyzowane”, tj. neutralne i zdemilitaryzowane państwa, w tym Finlandię i Szwecję – groźby pod ich adresem w wypadku akcesji do Sojuszu są znaczące.

Czytaj też: Putin wciągnie Szwecję i Finlandię do NATO?

Koncepcja świętej Rusi

Zarysowana koncepcja jest zdumiewająca z punktu widzenia racjonalnej oceny sytuacji politycznej. Nie są znane jakiekolwiek dokumenty czy wypowiedzi świadczące o tym, że tzw. Zachód zamierza zagrozić Rosji. Jeśli przyjąć to założenie, argumenty Putina, że atak na Ukrainę ma na uwadze bezpieczeństwo Rosji, są wątpliwe.

Jak więc je rozumieć? Przypuszczenie, że to przykrywka dla szerszego planu polegającego na odbudowie imperium radzieckiego, być może nawet w szerszych granicach (Skandynawia? Bałkany? ­Serbia czasem aż przebiera nogami, aby znaleźć się w domenie III Rzymu, czyli Moskwy), staje się na tyle realne, że trzeba je traktować poważnie. Nic tutaj nie pomoże uwaga, że nawet agresja na Ukrainę jest przeciwko rosyjskim interesom, bo niezależnie od wyniku obecnej wojny stwarza wroga (trudno przypuścić, aby Ukraińcy zapomnieli, kto wystąpił przeciwko ich niepodległości), nie mówiąc już o tym, że pomyślność (w naszym rozumieniu) cywilizacyjna Rosji jest ściśle związana ze współpracą ze światem zachodnim.

Jeśli już coś miałoby zagrażać państwu rosyjskiemu, to raczej konflikt z Chinami, na pewno ekonomiczny, a niewykluczone, że również terytorialny, np. o Syberię. Wszelako ten punkt widzenia niekoniecznie musi być podzielany przez władze w Moskwie. Te zdają się obecnie skłaniać ku koncepcji świętej Rusi i radykalnego słowianofilstwa (pisałem o tym w poprzednim felietonie), choćby ograniczonej do Rosji, Białorusi i Ukrainy. Ale groźby wobec krajów pomagającym Ukrainie (już sama pomoc jest określana jako coś zbliżonego do wypowiedzenia wojny) nie wykluczają agresji na szerszą skalę.

Czytaj też: Chiny nie spodziewały się tego po Putinie

Lwów, kość niezgody

Gdy Aleksander I powiadał, że kura nie ptak, a Polska nie zagranica, stwierdzał fakt polityczny – Polski nie było na mapie, a jej część znajdowała się w Rosji, reszta w Austrii i Prusach, a Rzeczpospolitą Krakowską można było pominąć. To jednak nie znaczyło, że polski problem zniknął z pola widzenia polityki rosyjskiej. Nie słyszałem, aby słowa Aleksandra II (ich fragment cytowałem w poprzednim felietonie): „Nie zamierzam niczego zmieniać. To, co uczynił mój ojciec, było słuszne. (…) Szczęście Polski zależy od jej całkowitego złączenia się z ludem mojego cesarstwa. Żadnych złudzeń, panowie, żadnych złudzeń!”, były adresowane do przedstawicieli innych nacji oczekujących carskiego zrozumienia dla ich narodowych aspiracji.

Władze rosyjskie zawsze odnosiły się podejrzliwie do „poloników”, by tak rzec. Gdy Leon Petrażycki, wielki teoretyk prawa, ale profesor w Petersburgu, został wybrany członkiem Akademii Umiejętności w Krakowie (było to przed I wojną światową; nie było jeszcze miana „Polska”), ponoć (piszę ostrożnie, bo rzecz nie została oficjalnie udokumentowana) miał miejsce protest dyplomatyczny ze strony carskiego ambasadora w Wiedniu. Rosja uczyniła niewiele w sprawie polskiej w czasie wojny (miała na uwadze jedynie jakąś formę autonomii Królestwa Polskiego), a początkowe deklaracje bolszewików o prawie do samostanowienia zostały zdezawuowane przez wojnę z 1920 r.

Może warto dodać, że gdy polscy komuniści w 1945 r. negocjowali przebieg tzw. linii Curzona (tj. wschodniej granicy polskiej), to sugerowali, aby Lwów znalazł się w Polsce, bo inaczej będzie to kość niezgody z ZSRR, szczególnie z Ukrainą. Mołotow, radziecki minister spraw zagranicznych, miał powiedzieć, że właśnie o to chodzi. I o tym warto dziś pamiętać.

Czytaj też: Piętnasty dzień wojny. Rosja zapędzona w kozi róg

Bratnia pomoc z ZSRR

Jak wyglądały stosunki na płaszczyźnie mniej oficjalnej? Posłużę się własnymi doświadczeniami, może niezbyt bogatymi, ale jak sadzę, pozwalającymi na pewne uogólnienia. W latach 70. „bratnie” kraje, głównie ZSRR i NRD, postanowiły udzielić nam pomocy ideologicznej. Polegała na zatrudnieniu w tzw. instytutach ideologicznych (filozofii, socjologii, ekonomii politycznej i nauk politycznych) ludzi z tych krajów, którzy mieli zapobiec staczaniu się Polaków na pozycje rewizjonistyczne.

Przybysze byli, co trzeba podkreślić, dobrze wykształceni i twardzi ideowo. To drugie jednak w wielu wypadkach nie działało. Pamiętam filozofa z Leningradu, który po paru miesiącach pracy w Krakowie przyszedł do mnie i rzekł: „Widzę, że u was są dyskusje i spory, zupełnie inaczej niż u nas”. Rychło stał się, by tak rzec, „zapadnikiem filozoficznym”. Tacy nie byli specjalnie lubiani w ZSRR, a wcześniej i później w Rosji, bo zagrażali imperialnej polityce.

Niemniej radzieccy koledzy byli żywo zainteresowani kontaktami z Polakami. Znali nasze prace, czytali czasopisma i wielu z nich uważało Polskę za pomost pomiędzy Wschodem i Zachodem. Pewnym paradoksem jest to, że wbrew politycznej doktrynie Breżniewa ZSRR był może tak „zapadni”, jak nigdy Rosja przedtem ani potem. W 1982 r. miał miejsce Polski Zjazd Matematyczny we Wrocławiu. Pewnego dnia pojawił się list radzieckich naukowców informujący o kłopotach Aleksandra Sacharowa, czołowego dysydenta. Zniknął (okazało się, że został zesłany do Gorki). Można było przeczytać (cytuję z pamięci): „Polacy, zróbcie coś w obronie Sacharowa, bo jak nie wy, to kto?”.

Chociaż ta wiara w polskie możliwości była tyleż wzruszająca, co naiwna, to jednak wyrażała tradycyjną nadzieję części Rosjan w „zbawczą” (cudzysłów zamierzony) rolę kontaktów z Zachodem, bywało, że uosabianym przez Polskę. Było jasne, że dla nich wprawdzie kurica nie ptica, no Polsza zagranica.

Czytaj też: To miała być szybka wojna. Jak długo Rosja wytrzyma?

Jak wy to w Polsce robicie?

Po raz pierwszy pojechałem do ZSRR w lipcu 1989 r. na prywatne zaproszenie jednego z moskiewskich logików. Czas był ciekawy, bo radzieckie państwo się rozpadało – faktycznie była to także moja ostatnia wizyta w kraju o tej nazwie. Byłem na stutysięcznym mityngu politycznym na stadionie Łużniki. Znajomy powiedział do grupy dyskutantów, że oto jest ktoś z Polski. Zaraz zebrała się grupka i usłyszałem: „Jak wy to robicie? My też tak chcemy”.

Spacerowałem słynnym moskiewskim Arbatem, ulicą artystów. Widok był niesamowity, spontaniczne polityczne teatry i kabarety, nastrój iście rewolucyjny. Pojechałem pociągiem do Leningradu. W tym samym przedziale był młody mężczyzna, zafascynowany Polską i wydarzeniami u nas, oraz dwie kobiety dość wylęknione tym, co opowiadałem. On powiedział: „Dobrze robią, my też tak powinniśmy”. One milczały.

Najciekawszą rozmowę miałem w pociągu z Moskwy do Lwowa. Wspominałem o niej w poprzednim felietonie. Rozmówczynią była żona oficera kiedyś służącego w Łotwie, bardzo sympatyczna pani, całkowicie oddana rodzinie. Zapytałem o niepodległościowe dążenia republik bałtyckich. Odparła: „To niemożliwe, przecież musimy ich bronić”. Na moją uwagę, przed kim, jeśli nie przed wami, nie odpowiedziała.

Opowiedziałem o tej rozmowie znajomym we Lwowie – usłyszałem, że większość Rosjan myśli jak moja rozmówczyni z pociągu. W 1995 r. podróżowałem z Krakowa do Lwowa w towarzystwie lekarza rosyjskiego. Dobrze wykształcony, studiował w Niemczech, pochodził z religijnej rodziny, która otwarcie manifestowała przekonania w czasach radzieckich, przecież trudnych dla wierzących. Powiedział, że Rosja nie może zrezygnować z Krymu, ponieważ 300 lat „walczyliśmy o tę ziemię”. Nie przekonał go argument, że walka nie kreuje uprawnienia, że Krym został przekazany Ukrainie (jako republice radzieckiej) oficjalną decyzją władz ZSRR, którego Rosja jest spadkobiercą prawnym. „Krym musi być nasz”, zakończył dyskusję. Powszechne poparcie aneksji Krymu (2014) przez przeciętnych Rosjan świadczy o tym, że pogląd mojego rozmówcy z 1995 r. nie był odosobniony.

Czytaj też: Migi dla Ukrainy, czyli kaskada potknięć. Czy leci tutaj pilot?

Moskwa przegrała dwa razy. Z Japonią i Polską

W 2011 r. odbyło się w Moskwie doroczne spotkanie Międzynarodowego Instytutu Filozofii. Zorganizowano zwiedzanie Kremla. Jedna z sal poświęcona jest XVII w. Przewodnik opowiadał, jak to polscy najeźdźcy chcieli opanować Rosję, a nawet zdobyli Moskwę na jakiś czas, ale zostali przepędzeni. Po zakończeniu zwiedzania zapytałem go, dlaczego mówi nieprawdę, skoro część bojarów chciała, aby królewicz Władysław Waza (późniejszy Władysław IV) został carem Rosji. Odpowiedział, że musi stosować się do oficjalnej narracji.

W czasie tego pobytu zobaczyłem w gablocie Instytutu Filozofii Rosyjskiej Akademii Nauk nowo wydaną encyklopedię filozoficzną. Zapytałem dyrektora instytutu, gdzie można kupić tę książkę – odpowiedział, że to trudne, ale da mi w prezencie. Zaoferowałem mu przesłanie jakichś wydawnictw z Polski, ale odrzekł, że niczego nie potrzebują. W końcu zapytał, kiedy w Polsce powstała filozofia. Odrzekłem, że to proste, mianowicie gdy powstał uniwersytet w Krakowie. Uderzył pięścią w stół i powiedział z wyraźną złością: „Będziecie mówić, że wcześniej niż u nas?”. Zauważyłem w odpowiedzi, że to kwestia faktów, a nie tego, co się mówi.

Na tym rozmowa się skończyła. Było to pouczające doświadczenie, świadczące o tym, że jakaś, trudno było wtedy powiedzieć jaka, część Rosjan, także inteligencji, wraca do antypolskich (i antyeuropejskich) stereotypów, zawsze używanych w oficjalnej propagandzie rosyjskiej (i radzieckiej). Rozmawiałem o tym z jednym z rosyjskich znajomych, akurat zapadnikiem z przekonań. Zapytał, czy wiem, dlaczego w czasach stalinowskich czystek często pojawiały się oskarżenia o szpiegostwo japońskie i polskie. Gdy odpowiedziałem, że nie bardzo, wyjaśnił, że Rosja ma kompleks wobec tych krajów, ponieważ jedyne wojny, jakie przegrała w XX w., to z Japonią w 1905 r. i Polską w 1920. A stosunek do „was”, jak się wyraził, jest naznaczony także tym, że Moskwa została zdobyta dwa razy – przez Żółkiewskiego w 1610 r. i Napoleona w 1812, z tym że to drugie jest, by tak rzec, wybaczone, bo Francuzi zostali pokonani, ale Polacy sami opuścili Moskwę.

Dodał, że „wasze” często okazywane poczucie wyższości wobec Rosjan jest dla „nas” (tj. dla nich) drażniące i bardzo pogłębia antypolskie nastroje.

Lipiński: Co popchnęło Putina do rozpętania wojny światowej

Tylko Wysp Kurylskich żal

Nie mam upodobania do historiozoficznych uogólnień, więc nie będę kruszył kopii o to, czy rosyjski dystans (celowo używam dość łagodnego sformułowania) jest jakoś szczególnie wydatny, czy też jest tylko elementem wyraźnej kontynuacji tradycyjnego słowianofilstwa (jeśli ktoś woli: „rosyjskiego nacjonalizmu imperialnego”). Nie ma też większego sensu dyskutowanie, na ile polska wyniosłość (że taka jest, nie ma wątpliwości) wobec „ruskich” skutkuje ich negatywnym stosunkiem do „Polaczków”.

Można tylko zauważyć, że Polacy (zapewne z jakimś statystycznym marginesem) nie mają nic przeciwko rosyjskiej kulturze, inaczej niż rosyjscy słowianofile, którzy negują nie tylko polski dorobek. Stan faktyczny jest jednak taki, że wektor słowianofilski zdecydowanie przeważył w obecnej polityce rosyjskiej, a jednym z tego owoców jest agresja wobec Ukrainy.

Moim zamiarem w tym (i poprzednim) felietonie jest wykazanie, że nie jest to rzecz określona tylko charakterem obecnego prezydenta Rosji (aczkolwiek jest rzeczą oczywistą, że osobiste ambicje Putina odgrywają jakąś, może nawet niepoślednią rolę w jego militarnych poczynaniach), ale mieści się w tradycyjnym kanonie rosyjskiej polityki, uznającej, że Rosja jest jedynym w pełni suwerennym państwem w pasie (mniej więcej) od Odry do Kamczatki i Amuru (od zachodu na wschód) oraz Bałtyku (ewentualnie z częścią Skandynawii) do Morza Czarnego (z północy na południe – z dookreśleniem tak zarysowanych rubieży w kierunku wschodnim). Lub, inaczej mówiąc, jest świętą i nietykalną Rusią.

Epizodycznym i symbolicznym przejawem tego pryncypium jest chociażby sprawa Wysp Kurylskich, mało znaczącego archipelagu, którego Rosja nie chce oddać Japonii – Putin pewnie strasznie cierpi, gdy przypomina sobie sprzedaż Alaski na rzecz USA w 1867 r. za 7 mln dol. (uczynił to ten sam car, który pouczał Polaków, aby pozbyli się jakichkolwiek marzeń).

Czytaj też: Strefa zakazu lotów nad Ukrainą? NATO musiało odmówić

Specjalny scenariusz dla Polski

Podstawa polityki rosyjskiej, tak jak to zostało przedstawione w poprzednim akapicie, jest mało racjonalna. Historia świadczy o tym, że kompromis polityczny zawsze jest rzeczą zdrową, a znamienitym przykładem jest chociażby normalizacja stosunków niemiecko-francuskich, wrogich, z niewielkimi przerwami, od 843 r. do II wojny światowej, czy francusko-angielskich, nieprzyjaznych od XII do XIX w.

Wydawało się, że Rosja poradziecka postanowiła zmienić swój tradycyjny dominatorski stosunek do państw ościennych, gdy zgodziła się na dekompozycję Układu Warszawskiego i samostanowienie tych części ZSRR, które tego chciały. Wygląda na to, że ta postawa była nader nietrwała. Nie ma dokładnych badań socjologicznych, ale oficjalna propaganda moskiewska jest niewątpliwie obliczona na to, że przeciętny Rosjanin uzna za prawdę to, że wojska rosyjskie wyzwalają Ukrainę z rąk faszystów i narkomanów.

Wprawdzie demonstracje antywojenne nasilają się, ale jak się ocenia, 4 mln ludzi musiałoby wyjść na ulice, aby protest był skuteczny. Przychodzi do nas trochę listów od rosyjskich kolegów. Niektórzy wprost potępiają wojnę, ale są i tacy, którzy powiadają, że nie rozumieją decyzji władz swojego państwa. Co jest tutaj do rozumienia? Ma miejsce agresja jednego państwa na drugie, niczym niesprowokowana, poparta absurdalnymi argumentami i coraz brutalniejsza – każda wojna jest tragedią zwykłych ludzi, a wojna motywowana irracjonalnymi interesami politycznymi bardzo szybko obraca się przeciwko ludności cywilnej. Udawanie, że się tego nie rozumie, jest próbą, może nawet nieświadomą (nie wątpię w szczere intencje moich kolegów), zamazania rzeczywistego stanu rzeczy.

Tytułowe hasło „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica” nie musi mieć tylko historycznego kolorytu. To, że Rosja grozi Estonii, Litwie i Łotwie, jest naturalne, bo to części „bezwarunkowe” imperium, a milczenie o Polsce może świadczyć o pogodzeniu się z ostateczną utratą Kraju Nadwiślańskiego, ale również o rozmyślaniu o specjalnym scenariuszu wobec Polski. Trzeba być czujnym, bo Rosja à la Putin nie zapomni Polsce pomocy dla Ukraińców.

Podkast: Po co Putinowi ta wojna?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Pusty Kościół. To już jest krach

Ks. prof. Andrzej Kobyliński o problemie pedofilii i innych grzechach polskiego Kościoła, kryzysie powołań oraz galopującej laicyzacji młodych.

Joanna Podgórska
04.03.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną