Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Lepiej późno niż wcale. Wielka Brytania otwiera drzwi uchodźcom

Po szumnych deklaracjach Borisa Johnsona o gotowości przyjęcia „możliwie największej liczby” uchodźców z Ukrainy przyszło zderzenie z rzeczywistością. Po szumnych deklaracjach Borisa Johnsona o gotowości przyjęcia „możliwie największej liczby” uchodźców z Ukrainy przyszło zderzenie z rzeczywistością. Nick Potts / PA Images / Forum
Polityka Downing Street wobec wojny przypomina sinusoidę. Boris Johnson najpierw obiecał Ukrainie broń, a potem zamknął granice dla uchodźców bez wiz. Dzięki presji wreszcie je otwiera.

Jeszcze półtora tygodnia temu na brytyjski rząd wylewała się zasłużona fala krytyki. Po pierwszych szumnych deklaracjach Borisa Johnsona o gotowości przyjęcia „możliwie największej liczby” uchodźców z Ukrainy przyszło zderzenie z rzeczywistością. Bolesne, dodajmy, dla Ukraińców. Pierwotnie Brytyjczycy wpuszczali jedynie tych, którzy mają już tutaj krewnych i byli w stanie to udokumentować. To kryterium znacząco ograniczyło liczbę osób, które w ogóle mogły liczyć na schronienie. Dodatkowym problemem był wymóg posiadania wizy. Nawet jeśli była to formalność, uchodźcy musieli stawiać się w placówkach dyplomatycznych osobiście.

Londyn zaprasza, ale wyprasza

Nadmierna biurokracja i rozdźwięk między deklaracjami a działaniami doprowadziły do kuriozalnej sytuacji. Otóż ukraińscy uchodźcy, zapewnieni przez Johnsona o gościnności, odbijali się od granicy we francuskim porcie Calais. Urzędnicy celni odsyłali ich do konsulatów – najbliższe były w oddalonych o kilkaset kilometrów Paryżu i Brukseli. Dla Brytyjczyków była to katastrofa wizerunkowa. Zwłaszcza że do wsparcia procedury odprawiania uchodźców wezwał Gerard Darmanin, francuski minister spraw wewnętrznych, wielokrotnie krytykowany za bierność w polityce migracyjnej. Nawet on jednak wypadł lepiej od Downing Street.

A wszystko działo się z wielką ofensywą dyplomatyczną w tle. Johnson był pierwszym europejskim liderem, który zapewnił o gotowości wysyłania broni i sprzętu na Ukrainę. Szefowa dyplomacji Liz Truss, upokorzona przez Siergieja Ławrowa jeszcze przed wybuchem wojny, otwarcie zachęcała ochotników do wyjazdu na front. Co prawda naraziła się przez to na krytykę własnej partii i oskarżenia o nawoływanie do łamania prawa (według niektórych interpretacji udział Brytyjczyków w obcych wojnach jest od XIX w. nielegalny).

Za deklaracjami szły czyny – na Ukrainę płynęły szerokim strumieniem dostawy broni, w tym tak cenne i przydatne teraz ręczne pociski przeciwpancerne Javelin. Mobilizowała się brytyjska marynarka, przesuwając okręty stacjonujące na południu w kierunku wschodniej części Morza Śródziemnego. Dołączały do nich nowe jednostki, jak niszczyciel HMS Diamond. Wielka Brytania w dyplomatyczno-zaopatrzeniowej wojnie była jastrzębiem.

Czytaj też: Obozy dla uchodźców stają się koniecznością

Sponsorowane wizy dla Ukraińców

Dziś wiadomo, że nie wszystko w tej strategii zadziałało, przynajmniej nie od razu. Pierwszą porażką okazała się właśnie kwestia uchodźcza. Naprawienie jej zajęło ponad tydzień, ale Brytyjczycy wreszcie otworzyli granice. System nadal pozostawia wiele do życzenia, ale przynajmniej idzie w dobrym kierunku.

Po pierwsze, aplikację o wizę dla osób z rodziną na Wyspach można wreszcie składać przez internet – pod warunkiem posiadania ukraińskiego paszportu. Nie trzeba stawiać się w placówce dyplomatycznej, bo Brytyjczycy zgodzili się dane biometryczne pobierać już po przekroczeniu granicy z Francją. Poszerzono też zakres osób, które taką wizę mogą zasponsorować. Mogą to być posiadacze brytyjskiego paszportu, ale też statusu osiedleńca (który uzyskało wielu Europejczyków po brexicie) albo po prostu dowodu stałego pobytu. Według danych MSW jak do tej pory wydano 5 tys. takich wiz.

Co ważniejsze, do Wielkiej Brytanii będą mogli wjechać Ukraińcy bez żadnych osobistych związków z tym krajem. Jak zapowiedział minister ds. mieszkalnictwa Michael Gove, rząd umożliwi sponsorowanie wiz Brytyjczykom, którzy chcą uchodźców przyjąć pod własny dach. Początkowo system, również zdigitalizowany, będzie łączyć w pary Brytyjczyków i Ukraińców, którzy – przynajmniej teoretycznie – znają się nawzajem. Sponsor wizy będzie musiał umieścić w aplikacji dane osobowe gości. Wizy in blanco mają zostać uruchomione później. Obywatelom, którzy przyjmą Ukraińców, rząd obiecuje nieopodatkowaną zapomogę – 350 funtów miesięcznie na każde gospodarstwo domowe.

Czytaj też: Trybunał w Hadze zamraża wojnę Putina. Czy skutecznie?

Boris patrzy na Churchilla

Jest coś, co Brytyjczycy zrobili akurat bardzo dobrze. Centralizacja pomocy pozwala unikać oszustów. Żeby wziąć udział w programie, trzeba się zalogować do bazy danych – Homes for Ukraine – i zgłosić gotowość udostępnienia swojego lokalu na co najmniej sześć miesięcy. To rozsądny ruch, bo już na wejściu zapewnia uchodźcom stabilność przez pół roku. Otrzymają oni też prawo do zamieszkania i pracy do trzech lat, dostęp do edukacji, służby zdrowia, wsparcia socjalnego i, co być może najważniejsze, darmowej nauki języka angielskiego.

Mocno wziął się też Londyn za rosyjskich oligarchów. Zaraz po wybuchu wojny z Downing Street zaczęły płynąć przecieki o gniewie, w jaki wpadł Johnson z powodu rosyjskiej ofensywy. Błyskawicznie zerwał z polityką tolerancji brudnych pieniędzy w brytyjskiej stolicy. Powodów tej wolty jest wiele, jeden z nich nie dotyczy wprost bieżącego konfliktu. Nie jest tajemnicą, że Johnson ma obsesję na punkcie Winstona Churchilla. Niektórzy komentatorzy sugerują, że tutaj należy szukać praprzyczyny jastrzębiego podejścia Londynu do inwazji – Johnson, autor biografii Churchilla, desperacko pragnie mieć własny moment wojennej chwały. Zaczął więc od wyczyszczenia przedpola z jawnych i potencjalnych agentów rosyjskiego wpływu.

Najbardziej wymowny jest oczywiście przypadek Romana Abramowicza, któremu Brytyjczycy zablokowali możliwość przeprowadzania jakichkolwiek transakcji. Nie może więc nawet sprzedać udziałów w Chelsea FC, a sam klub ma zamrożone konta. Nie sprzedaje pojedynczych biletów na mecze i nie czarteruje samolotów, przez co piłkarze na odległe o tysiące kilometrów spotkania będą musieli jeździć autobusem. Nie wiadomo zresztą, jak długo – istnieje ryzyko, że klub nie dokończy sezonu.

Podkast: Uchodźcy z Ukrainy. Czy grozi nam katastrofa humanitarna?

Wielka Brytania sprząta po Kremlu

Również spóźniony, ale ostatecznie skuteczny był brytyjscy regulator rynku mediów. Dopiero 18 marca Ofcom ostatecznie cofnął Russia Today licencję na nadawanie na terytorium Wielkiej Brytanii. To ważne, ale już teraz czysto symboliczne, bo zablokowana przez Unię i osłabiona rezygnacjami dziennikarzy stacja od kilku dni i tak przypominała kanał widmo.

Nie znaczy to, że Johnson pozamiatał już cały prokremlowski kurz. W polityce i życiu publicznym Rosja usadowiła się głęboko, zapuszczając korzenie przez ostatnie 20 lat. Sam premier się do tego przyczynił – w 2020 r. rekomendował do tytułu szlacheckiego i miejsca w Izbie Lordów Jewgienija Lebiediewa, rosyjsko-brytyjskiego przedsiębiorcę. Miał to zrobić mimo „wyraźnych zastrzeżeń dotyczących bezpieczeństwa” przekazanych mu przez wywiad – twierdzi Dominic Cummings, były doradca i spin doktor szefa rządu. Takich historii do wyjaśnienia jest jeszcze mnóstwo. Brytanii przyjdzie usuwać lordów, restrukturyzować kluby piłkarskie, zmieniać nazwy uniwersytetów. Warto jednak zapłacić tę cenę. Nagrodą będzie niezależność od Putina, dziś towar jakże pożądany.

Oksana Zabużko: To nie jest jakiś „konflikt na Wschodzie”

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną