Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Porażka przed TSUE

Siedziba Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Siedziba Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Transparency International EU Office / Flickr CC by 2.0
TSUE uznał za niedopuszczalne pytanie prejudycjalne sędziów Izby Pracy Sądu Najwyższego. Zmierzało ono do otwarcia drogi do orzeczenia, czy neosędziowie w ogóle są w stosunku służbowym z sądami, w których orzekają.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że pytanie „nie odpowiada obiektywnej potrzebie rozstrzygnięcia zawisłego przed tym sądem sporu”.

Pytanie do TSUE było nowatorskie

Do tej pory sądy pytały TSUE, czy neosędziowie dają gwarancję niezawisłości i bezstronności ze względu na sposób ich powołania: przez upolitycznione ciało, jakim jest stworzona przez obecną władzę Krajowa Rada Sądownictwa. I dostawały odpowiedź, że ta bezstronność jest co najmniej wątpliwa (TSUE) albo że nie jest zagwarantowana, więc sąd z udziałem takiego neosędziego nie jest sądem (Europejski Trybunał Praw Człowieka).

Tym razem sąd (nie mając takich kompetencji wynikających z prawa polskiego) zadał pytanie prejudycjalne o to, czy TSUE może zbadać (na podstawie traktatu o Unii), czy z neosędzią w ogóle został skutecznie nawiązany stosunek służbowy. Inaczej rzecz ujmując: czy neosędzia jest sędzią już nie w sensie przymiotu niezawisłości, ale w sensie formalno-biurokratycznym.

Inicjatorką tej sprawy jest poznańska sędzia działająca w stowarzyszeniu Iustitia Monika Frąckowiak. Rzecznik dyscyplinarny Przemysław Radzik wszczął przeciwko niej sprawę. Ówczesny p.o. prezesa Izby Dyscyplinarnej SN Jan Majchrowski wyznaczył sąd do zajęcia się nią. Właśnie tę jego decyzję sędzia zaskarżyła do Izby Pracy SN, domagając się ustalenia, czy z neosędzią Majchrowskim został skutecznie nawiązany stosunek służbowy, skoro akt jego powołania był wadliwy.

Na czym polegała ta wadliwość? Po pierwsze, konkurs na neosędziów do SN prezydent ogłosił, nie mając do tego uprawnienia gwarantowanego konstytucją – powinien mieć kontrasygnatę premiera, a nie miał. Druga wada: powołanie przez upolitycznioną neo-KRS. I trzecia: NSA wstrzymał nominacje 27 rekomendowanych przez neo-KRS do Sądu Najwyższego sędziów do czasu zbadania zawisłych przed nim odwołań od konkursu, ale Andrzej Duda zignorował to orzeczenie i sędziów mianował.

Strasburg: polskie władze niszczą niezależność sądownictwa

Cztery powody odpowiedzi TSUE

Skład Izby Pracy, któremu przyszło zająć się wniesioną przez sędzię Frąckowiak sprawę, zwrócił się z pytaniem prejudycjalnym do TSUE: czy może tę sprawę sądzić, mimo że według polskiego prawa nie ma kompetencji. Chciał to zrobić, opierając się na traktatowej zasadzie prawa do skutecznej ochrony sądowej (art. 19). TSUE odpowiedział dziś, że pytanie to jest niedopuszczalne. Z czterech powodów.

Po pierwsze: sąd sam zwrócił uwagę, że nie leży w jego kompetencjach orzekanie o zgodności z prawem aktu powołania sędziego, a powinien pytać TSUE o sprawy leżące w jego kompetencji.

Po drugie: pytanie prejudycjalne musi być „nierozerwalnie związane” ze sprawą zawisłą przed pytającym sądem, a zdaniem TSUE sprawą główną jest tu postępowanie dyscyplinarne, sprawa wniesiona do Izby Pracy ma zaś jedynie charakter posiłkowy.

Po trzecie: zdaniem TSUE sędzia Frąckowiak miała inną drogę, tj. mogła zarzut nieprawomocności powołania neosędziego Majchrowskiego podnieść przed sądem dyscyplinarnym, który on wyznaczył.

Jak przypomniał TSUE, wcześniej (w lipcu zeszłego roku) już orzekł, że polskie przepisy, które dają prezesowi Izby Dyscyplinarnej dowolność we wskazywaniu sądu dyscyplinarnego, który ma sądzić sprawę w pierwszej instancji, nie spełniają wymogu wynikającego z art. 19 traktatu o UE. Czyli że sąd, aby być bezstronny, musi być wskazany ustawą, a nie arbitralnie. To sugestia, że sąd dyscyplinarny powinien był tę zasadę zastosować i uznać się za niewłaściwy. TSUE nie uwzględnił jednak faktu, że cała sprawa miała miejsce w 2019 r., na dwa lata przed zeszłorocznym orzeczeniem TSUE.

Po czwarte: Trybunał zaznaczył, że w polskim prawie nie ma trybu kwestionowania ważności powołania sędziego na drodze osobnego powództwa cywilnego. I uznał, że jest to argument przeciwko możliwości rozpatrzenia przez sąd takiego powództwa na gruncie prawa Unii.

Czytaj też: Święty PiS na wojnie, nie tykać

TSUE: radźcie sobie tym, co już macie

Z tym wyrokiem można dyskutować. Ale można na sprawę spojrzeć także od strony krytyki TSUE za poszerzanie własnych kompetencji, która najbardziej widoczna jest w Polsce i krajach byłego bloku wschodniego. Wyroki „anty-TSUE” i „anty-ETPCz”, których całą serię wydał już Trybunał Julii Przyłębskiej, opierają się właśnie na zanegowaniu zasady, że interpretując traktaty, TSUE określa własne kompetencje. Swoją drogą to zabawne, bo Trybunał Przyłębskiej sam niezwykle śmiało i szeroko poszerza własne kompetencje, przyznając sobie prawo sądzenia wyroków międzynarodowych trybunałów.

Tak więc z punktu widzenia tej krytyki TSUE dzisiejszy wyrok można uznać za podyktowany ostrożnością. Trybunał powiedział: nie dam wam nowego instrumentu w walce o praworządność, dajcie sobie radę za pomocą tych, które już dostaliście.

Instrumenty od TSUE, owszem, mamy. Ale mamy też tzw. ustawę kagańcową, która zakazuje kwestionowania prawomocności powołania neosędziów. I Izbę Dyscyplinarną, która mimo zawieszenia przez TSUE nadal prześladuje za to sędziów, odbierając im prawo do sądzenia.

Czytaj też: Stan wojenny. Jak PiS wyprowadza Unię z Polski

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Lew, czyli Lena. Trudne dzieciństwo transpłciowe

Lena miała pięć lat, gdy wróciła wzburzona z przedszkola i zapytała mamę, gdzie są nożyczki. – Po co ci nożyczki? – Chcę sobie obciąć siusiaka! Wtedy jeszcze Lena była Lwem.

Ewa Wanat
17.02.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną