Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Putinowska Rosja staranowała europejski ład. Pożałują. I to bardzo

Prezydent Rosji Władimir Putin i prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka z wizytą w kosmodromie Wostoczny. 12 kwietnia 2022 r. Prezydent Rosji Władimir Putin i prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka z wizytą w kosmodromie Wostoczny. 12 kwietnia 2022 r. Michaił Klimentjew / Forum
Rosja zniszczyła budowany przez dziesięciolecia ład w Europie i poniesie tego największe konsekwencje, nawet jeśli wcześniej dotkliwie porani Ukrainę. Zostanie otoczona kordonem sił NATO, czego Putin tak bardzo chciał uniknąć. Najistotniejsze zmiany szykują się na północy kontynentu.

Rozpętana przez Rosję agresja wywoła integrację Europy wokół filaru jej bezpieczeństwa, czyli NATO. Na wschodnich granicach kontynentu może wyrosnąć nowa żelazna kurtyna. Ale nie wyznaczy już podziału ideologicznego, tylko kordon wokół agresora.

Czytaj też: Putin to notoryczny kłamca. Maskirowka Rosję zgubi

Amerykanie silni w Europie

To może nieco przypominać zimną wojnę z drugiej połowy XX w., choć z ogromną różnicą na niekorzyść „wschodniego bloku”. Rosja, w przeciwieństwie do ZSRR, nie będzie otoczona pierścieniem państw satelickich, rządzonych przez podzielające jej ideologię partie. Jako sojusznik zostanie jej w Europie tylko formalnie niepodległa Białoruś, wspierać będzie pewnie jeszcze Serbia, pozostająca pod jej wpływem część Bośni i Hercegowiny oraz nieuznawane prawie przez nikogo na świecie parapaństewka na wschodnim obrzeżu Ukrainy (o ile nie wchłonie ich całkowicie w wyniku porozumienia kończącego wojnę).

Radykalnie zmniejszy się sfera neutralności, w której Rosja mogła szukać jeśli nie przychylności, to chociaż dialogu. Pod wrażeniem niepohamowanej agresji i nieracjonalnego okrucieństwa nawet najbardziej przekonane do zasad pokojowego współistnienia narody wolą się przede wszystkim zabezpieczyć i uzbroić. Moskwa utraci również większość „zysków”, jakie przyniosła jej dywidenda czasu pokoju z końca XX w. – w postaci redukcji sił militarnych państw zachodnioeuropejskich i mniejszej amerykańskiej obecności wojskowej na Starym Kontynencie. W kilka miesięcy przestał istnieć europejski ład bezpieczeństwa wykuwany przez wielkie mocarstwa od Jałty i Poczdamu do konferencji w Helsinkach w 1975 r., a utrwalony na pokojowych zasadach po rozpadzie ZSRR, zjednoczeniu Niemiec i odzyskaniu suwerenności przez byłych wasali komunistycznego hegemona. To Rosja dokonała zamachu na ten ład i to ona poniesie tego największe konsekwencje, nawet jeśli wcześniej dotkliwie porani Ukrainę. System zachodnioeuropejskiego bezpieczeństwa nie zawalił się bowiem od ciosu Putina. Uruchomiona została jego ekspresowa przebudowa, a prace trwają jednocześnie na kilku poziomach. Na transatlantyckich fundamentach wyrasta europejski bastion.

Przede wszystkim do Europy wróciła Ameryka jako gwarant bezpieczeństwa i obrońca stojący na pierwszej linii, ramię w ramię z sojusznikami. Na kontynencie jest już 100 tys. żołnierzy USA, a dowódcy i przedstawiciele politycznego kierownictwa w Waszyngtonie nie pozostawiają wątpliwości, że wkrótce może być jeszcze więcej.

Amerykanie w swoich czołgach, samolotach, okrętach i ze swoimi rakietami pojawią się nie tylko w większej liczbie, ale znacznie bliżej granic putinowskiej Rosji. Będą w Europie nie tymczasowo, na czas ćwiczeń, ale przygotowani do walki i na dłużej, prawdopodobnie na stałe. Może nie zbudują sobie nowych miasteczek garnizonowych, jak w czasie zimnej wojny w Niemczech, ale stacjonować będą w obiektach umożliwiających utrzymywanie gotowości do podjęcia natychmiastowej walki. Dewiza „ready to fight tonight” stanie się rzeczywistością i oczywistością na lata, jeśli nie dekady. Przynajmniej do upadku putinowskiego reżimu i upewnienia się, że jego następcy są inaczej nastawieni. Na co trudno dziś liczyć w warunkach totalnej indoktrynacji kolejnych pokoleń Rosjan i otoczenia się dyktatora przez grono potakiwaczy.

Czytaj też: Żelazem i mięsem. Chaos i okrucieństwo rosyjskiej armii

Rosja Putina – imperium zła z innej galaktyki

Rosję jeszcze bardziej zaboli to, że Europa wróciła do Ameryki. Po dwóch dekadach narastania dystansu Północny Atlantyk skurczył się do szerokości rowu melioracyjnego, który z łatwością daje się przeskoczyć. Różnice rzecz jasna nie zniknęły, Europejczycy nadal są bardziej z Wenus, a Amerykanie z Marsa, ale Rosjanie udowodnili mieszkańcom obu planet, że są z innej galaktyki, przeciwko której nasz układ słoneczny po prostu się zjednoczył. Wszyscy, a w każdym razie wystarczająca, bo przytłaczająca większość mieszkańców „planety Europa” zdała sobie sprawę, że kontratak imperium zła powstrzymać może wyłącznie ścisły transatlantycki sojusz, nie tylko militarny.

W efekcie już jest „więcej NATO w NATO”, a Sojusz przesuwa środek ciężkości i zdolności obronne dalej na wschód. Nieistotne, czy to Waszyngton narzucił ton i wciąż dyryguje, ważne, że większość europejskich instrumentalistów gra unisono. Fałszywe głosy, jak te z Budapesztu, są absolutnym marginesem, choć na pewno zakłócają odbiór (choćby w Warszawie). Ale nawet najwybitniejsi europejscy soliści zrozumieli ostatnio, że własną piękną melodią nie zagłuszą tonu jedności i solidarności. Dlatego francuskie samoloty latają niemal bez przerwy nad Polską, a francuscy żołnierze pojechali dołączyć do Amerykanów (a może na odwrót) do Rumunii. To dlatego Niemcy kupią amerykańskie trudno wykrywalne F-35, które dwa lata wcześniej skreślili z listy opcji. To samo robią nawet neutralni i niezaangażowani Szwajcarzy i Finowie.

Czytaj też: Zagadka niemocy rosyjskiej armii? Korupcja

Granica NATO z Rosją wydłuży się o 1,3 tys. km

Najistotniejsza przebudowa europejskiego ładu szykuje się na północy. Finlandia jest dziś o krok od przygotowania wniosku o przyjęcie do NATO, Szwecja jest nieco za nią w tyle, ale najpewniej podąży śladami sąsiada. Jeśli oba kraje skandynawskie dołączą do Sojuszu, zamknie się jego północna i bałtycka flanka, a możliwości prowadzenia wspólnej obrony przed Rosją radykalnie się poprawią. Nie będzie już dyskusji, czy to sojusznicy nieformalni – po prostu staną się towarzyszami broni pozostałych 30 krajów Europy i Ameryki Północnej. Granica NATO z Rosją wydłuży się o 1,3 tys. km, ale tak naprawdę będzie to większy problem dla wschodniej despotii niż demokratycznego Zachodu. Rosja oczywiście będzie Finlandię straszyć, tak jak Szwecję, o ile też wejdzie do natowskiej poczekalni. Jeśli oba kraje zostaną objęte gwarancjami strategicznymi USA, a od europejskich sojuszników dostaną zapewnienie przyjścia z pomocą w okresie przejściowym, ich status od złożenia wniosku o członkostwo stanie się niemal równorzędny z pełnoprawnymi sojusznikami, a atak na nie wywoła kaskadę konsekwencji porównywalną z art. 5 traktatu waszyngtońskiego.

Ryzyko wojny z NATO będzie po stronie Putina, który jako miłośnik historii zapewne dobrze też wie, jakie są koszty wojny z Finami, nawet jeśli walczą sami. Ciosem symbolicznym dla Rosji może być to, że w przeddzień 50. rocznicy porozumienia z Helsinek zakładającego OBWE stolica Finlandii może być już terytorium NATO. Skandynawowie nie zmienią swego pokojowego nastawienia, bo nie muszą – NATO to sojusz defensywny i deklarujący użycie siły wyłącznie w samoobronie. Ale pozbędą się groźnego w obecnej sytuacji ciężaru neutralności i niezaangażowania, który sprawia, że są łatwiejszym celem dla pozbawionego skrupułów drapieżcy z Kremla. Mogą nawet, i zapewne będą, prowadzić z Moskwą dialog, tyle że z pozycji siły całego NATO.

W lokalnym, bałtyckim wymiarze Rosja zostanie niemal odizolowana, szlak morski do Petersburga będzie pod całkowitą kontrolą sił sojuszniczych, obronny pomost ze Skandynawii do wschodnioeuropejskich państw bałtyckich będzie łatwiej przerzucić, a Obwód Kaliningradzki będzie jeszcze bardziej wyspą. Z punktu widzenia Polski wejście Finlandii i Szwecji do NATO ma same zalety, także dlatego, że szwedzkie okręty podwoją dostępne na Bałtyku siły podwodne, a ogłoszone jeszcze przed wojną fińskie zamówienie 64 maszyn F-35 skokowo podniesie sojusznicze zdolności panowania w powietrzu. Wygląda więc na to, że Rosja strzeliła sobie kilka strategicznych goli samobójczych jednocześnie.

A czy w Europie zdobyła w ogóle jakieś punkty?

Czytaj też: Umysł tyrana. „Oszalał”? Co siedzi w głowie Putina

Z kim romansuje Serbia?

Jeśli Moskwa – poza Budapesztem, który formalnie jest w NATO i UE – mogła na kogoś liczyć, to na Serbię. Największy i najludniejszy kraj po rozpadzie Jugosławii pod koniec XX w. stał się ofiarą agresywnej polityki własnych nacjonalistów. Po wszczęciu wojny domowej z mniejszością albańską o Kosowo przeciwko Serbii interweniowało z powietrza NATO, co na kolejne dekady ustawiło Belgrad na pozycjach antyamerykańskich i prorosyjskich. Świadoma ryzyka niestabilności Bałkanów Zachodnich Unia Europejska włożyła wiele wysiłku i pieniędzy w utrzymanie pokoju, a Serbia ostatecznie stała się kandydatem z perspektywą członkostwa w 2025 r.

Nie oznacza to, że przeszła na zachodnią stronę i zerwała więzi z Rosją. Szczególnie po ogłoszeniu przez Kosowo niepodległości w 2008 r. Serbia podkreśla mentalną, a nawet religijną jedność z Rosjanami i ich przywódcą. Rządzący od kilku lat Aleksandar Vučić w 2019 r. gościł rosyjskiego prezydenta w słynnej cerkwi św. Sawy, a jednocześnie finalizował z nim zbrojeniowe kontrakty. Najnowsze zamówienie na 30 czołgów i 30 transporterów opancerzonych dotarło w styczniu, tuż przed wybuchem wojny.

Ale Serbia nie jest wyłącznie rosyjską „wyspą”, a Putin ma w Belgradzie konkurenta. To chiński prezydent Xi Jinping, którego wielkie plakaty zawisły w serbskiej stolicy jeszcze w czasie pandemii jako wyraz wdzięczności za maseczki i szczepionki. Później Serbia kupiła chińskie bezzałogowce, co już zaniepokoiło NATO. Kilka dni temu odebrała transport uzbrojenia jeszcze poważniejszego, chińskich systemów obrony powietrznej średniego zasięgu, podobnych do rosyjskich S-300. Żeby było jeszcze ciekawiej, Vučić ogłosił właśnie, że rozmawia z Francją o zakupie 12 myśliwców Rafale, takich, jakie Paryż sprzedał wcześniej sąsiedniej i rywalizującej z Serbią Chorwacji.

Jak na w sumie niewielki kraj mozaika strategicznych transakcji z potęgami robi się imponująca i będzie skomplikowana w zarządzaniu, ale pokazuje przede wszystkim utratę rosyjskiego monopolu w Belgradzie. Chiny oczywiście nie są przeciwnikiem Rosji, czasem otwarcie ją wspierają, ale przecież Serbia nie musi dywersyfikować zakupów tak demonstracyjnie. Czy to dowód, że Kreml traci siłę oddziaływania nawet tam, gdzie była do tej pory największa, bo duchowa? Czy Serbowie dostrzegli, że rosyjskie zapewnienia o braterstwie Słowian są niewiele warte?

Czytaj też: Nowy rosyjski generał do posprzątania bajzlu

Putin stracił Ukraińców na zawsze

Ogromną i bolesną dla Rosji zmianą będzie także zasiana na długie lata ukraińska wrogość. Niezależnie od tego, jak skończy się rozpętana przez Putina wojna, rany będą nie do zabliźnienia dla kilku pokoleń: tych, co dziś walczą, i ich dzieci, którym wojna zabierze rodziców i zostawi zrujnowany kraj. Rosyjska propaganda i indoktrynacja sprawiają, że rozpadają się więzi rodzinne, przyjacielskie i towarzyskie między zdradzonymi Ukraińcami a Rosjanami, trwającymi w zaprzeczeniu i kłamstwie. Deklarowane w Rosji poparcie dla wojny Putina, nawet jeśli wykrzywione w trudnych do weryfikacji sondażach, ujawnia istnienie przepaści cywilizacyjnej. Władca Moskwy może oderwać Ukrainie część terytorium i zmusić do podpisania jakiegoś układu, ale nie jest już w stanie odzyskać Ukraińców.

Nawet jeśli Kijów zostanie zmuszony do ogłoszenia neutralności, jego związki z Zachodem w ciągu ostatnich sześciu tygodni wzmocniły się jak nigdy przez ostatnie 30 lat. Symbolem tego zbliżenia jest teczka z kwestionariuszem akcesyjnym wręczona w Kijowie Wołodymyrowi Zełenskiemu przez przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen zaraz po tym, jak ubrana w kamizelkę kuloodporną na własne oczy widziała rosyjskie zbrodnie w Buczy.

Bezpośrednie zaangażowanie liderów rodzi emocje, które mogą okazać się silniejsze niż procedury. Trudno sobie wyobrazić, by szybko wygasły, więc o ile tylko niepodległa państwowość przetrwa rosyjską napaść, będzie tak blisko formalnego związania się z Zachodem jak nigdy wcześniej. A jeśli nie przetrwa, Zachód będzie miał nie tylko wyrzut sumienia, ale i konkretne zadanie wsparcia ponownej walki o niepodległość Ukrainy.

Póki Ukraina walczy, nowy europejski ład na gruzach starego ma cel i nadzieję.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną