Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

Prymitywna wiara w masę żelaza. Rosyjska armia to technologiczny Titanic?

Próba przed paradą zwycięstwa na pl. Czerwonym w Moskwie. 7 maja 2016 r. Próba przed paradą zwycięstwa na pl. Czerwonym w Moskwie. 7 maja 2016 r. Aleksiej Witwicki / Forum
Rosja nie dokonała generacyjnego przełomu w żadnym kluczowym typie uzbrojenia i w Ukrainie widać tego efekty. W wyniku zachodnich sankcji będzie jej jeszcze trudniej wyjść z zacofania.

„Moskwa” zatonęła. Wielki krążownik rakietowy, jeden z symboli rosyjskiej potęgi militarnej, spoczął na dnie Morza Czarnego po nieudanych próbach uratowania okrętu, trafionego najpewniej ukraińskimi pociskami manewrującymi. Dysponujący teoretycznie przytłaczającą siłą ognia okręt nie był w stanie obronić się przed uderzeniem dwóch relatywnie niewielkich pocisków ani przetrwać skutków ataku.

Czytaj też: „Moskwa” na dnie. To coś absolutnie niesamowitego

Przegrywa z zachodnią technologią i ukraińskim sprytem

Flagowa jednostka Floty Czarnomorskiej zatonęła dokładnie w 110. rocznicę tragedii Titanica, który był symbolem i dumą innej potęgi. O „Moskwie” nikt wprawdzie nie mówił, że jest niezatapialna, ale nikt tego nie brał pod uwagę. Po raz kolejny w czasie rozpętanej przez siebie wojny Rosja została bardzo boleśnie ugodzona wskutek własnej pychy, lekceważenia przeciwnika, łamania podstawowych reguł użycia dużych okrętów na morzu oraz technologicznego zapóźnienia rzekomo potężnych sił.

Rosja pokazała w tej wojnie bardzo niewiele broni rzeczywiście zaawansowanej, a gdy już to zrobiła, nie można powiedzieć, by broń ta wykazała się nadzwyczajną skutecznością. Przeciwnie, nawet to, co zwykliśmy uważać za najnowocześniejsze w siłach zbrojnych Rosji, przegrywa z technologią zachodnią i ukraińskim sprytem.

Zwierzchnicy rosyjskiej armii ponad dekadę temu postawili sobie za cel jej gruntowną modernizację, zakładając osiągnięcie wskaźnika 70 proc. nowoczesnego sprzętu i uzbrojenia właśnie teraz, w trzeciej dekadzie XXI w. Owa nowoczesność nie została nigdy dokładnie zdefiniowana, nikt nie wskazał żadnych punktów odniesienia dla jej oceny, co pozwoliło na propagandową manipulację tym hasłem, włącznie z deklaracją, że cel został osiągnięty (a w niektórych rodzajach wojsk, np. rakietowych siłach strategicznych, rzekomo znacznie przekroczony). Jak to w gospodarce planowej, centralnie zarządzanej i niepodlegającej niezależnej kontroli, zarówno cel, jak i jego wykonanie mogą nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością, byle zostały ogłoszone na odpowiednim szczeblu. I nikt w systemie nie ośmiela się tego podważać.

Tak się też stało, już w 2020 r. minister obrony Siergiej Szojgu obwieścił, że cel 70 proc. nowoczesności osiągnięto, a armia pnie się w górę na krzywej modernizacji. W grudniu 2021 r., gdy wojska już czekały na rozkaz do ataku na Ukrainę, deklarował przyrost statystycznej nowoczesności do 71,2 proc. w wojskach lądowych i marynarce wojennej, a w siłach strategicznych aż do 89 proc. Może nawet zakładał, że rzeczywistość zweryfikuje jego zapewnienia niedługo, choć pewnie nie sądził, że aż tak boleśnie.

Bryc: Trzęsienie ziemi na Kremlu. Putin szuka winnych porażki w Ukrainie

Rosjanie prawdy nie powiedzą

Krążownik „Moskwa” nie był bronią nowoczesną, w czasie 40-letniej służby nie przeszedł modernizacji uzbrojenia i sensorów, które z czasem stały się przestarzałe. Jego głównym orężem były ciężkie pociski przeciwokrętowe, w zimnowojennych planach ZSRR mające zasypać salwą amerykańskie lotniskowce. Ale był fortecą, jeśli chodzi o obronę powietrzną. Dwa rodzaje rakiet przeciwlotniczych i sześć działek automatycznych miało zatrzymywać amerykańskie harpoony czy francuskie exocety (pociski przeciwokrętowe zachodnich niszczycieli) lub strącać tomcaty czy harriery (samoloty pokładowe zachodnich lotniskowców) na różnych dystansach i pułapach. I to tylko te, które przedarły się przez osłonę innych okrętów – mniejszych, lecz wyspecjalizowanych w roli eskorty, np. fregat obrony powietrznej czy zwalczania okrętów podwodnych.

Taki wielki i kosztowny krążownik, jednostka głównie uderzeniowa, nigdy nie operuje na morzu sam, a działa w zespole, który pozwala dzielić zadania ofensywne i obronne, a w razie zagrożenia zwiększa szczelność przeciwlotniczego parasola i przeciwpodwodnych sieci. Okręt broni sam siebie tylko w ostateczności, gdy zawiedzie cały zespół. Rosjanie na Morzu Czarnym zlekceważyli tę sztukę operowania okrętami, nie docenili możliwości technologicznych przeciwnika i zbyt zaufali własnej, starej technologii. „Moskwa” miała przecież zapewniać osłonę obrony powietrznej desantowi planowanemu na Odessę i siłom na lądzie. Teoretycznie trójwarstwowa osłona złożona z morskiej wersji rakiet przeciwlotniczych S-300, morskiego systemu krótkiego zasięgu Osa (znanego też w polskiej armii) i 30-mm działek powinna pokonać ukraińskie pociski manewrujące. Szczególnie że nie wystrzelono ich kilkunastu, a ledwie kilka.

Propagandowe hasło „70 proc. nowoczesności” jednak nie zadziałało, tak jak systemy pokładowe „Moskwy”. Możliwe, że ukraińskie pociski manewrujące Neptun wykryto za późno, znajdowały się za blisko, leciały za nisko i trafiły tak precyzyjnie w czuły punkt okrętu, który eksplodował. Czy zawiniły przestarzałe radary, czy nie trafiły pociski przechwytujące, czy Ukraińcom udało się ogłuszyć lub zmylić rosyjską jednostkę przy użyciu dronów Bayraktar – rosyjska flota zrobi wszystko, byśmy się nie dowiedzieli. Wiemy tylko, że dumny krążownik to dziś góra złomu na dnie.

Czytaj też: Zagadka niemocy rosyjskiej armii? Korupcja

Pierwsza armia trzeciego świata?

Hekatomba „Moskwy” to porażka rosyjskiej technologii wojskowej w mamuciej skali, ale dla przebiegu walk w Ukrainie ważniejsze są tysiące dowodów lżejszej wagi. Ukraińcy strącili już wiele rosyjskich bezzałogowców, a niedawno jeden z nich spadł na tyle cały, że udało się go rozłożyć na części pierwsze i pokazać światu komponenty drona Orłan, najbardziej rozpowszechnionego w siłach zbrojnych Rosji. Okazało się, że funkcję kamery optycznej spełnia w nim najtańsza wersja popularnej lustrzanki Canon, przypięta do „bloku optoelektroniki” na pasmanteryjny rzep. Aparat ustawiony był w tryb filmowania i wyposażony w obiektyw bez zooma, wpasowany w okrągłą dziurę na spodzie kadłuba. Ani precyzji, ani stabilizacji, kwestia sterowania układem optycznym też problematyczna. Zamiast znanej z zachodnich dronów ruchomej, stabilizowanej w płaszczyźnie 360 stopni głowicy z trzema obiektywami do światła widzialnego, podczerwieni i noktowizji – rosyjski dron ma troje oczu na brzuchu. Zamiast silnika elektrycznego, zapewniającego tej wielkości maszynie niemal bezgłośny lot, napędza go silnik spalinowy, jaki starsi modelarze mogą pamiętać ze Składnicy Harcerskiej z lat 80. Za zbiornik paliwa służy coś, co przypomina plastikową butelkę po napoju z zakrętką dyndającą na łańcuszku. Całość poklejona szarą taśmą, jak rozlatujący się samochód, może od nieudanych lądowań, a może z powodu marnego wykonania konstrukcji.

Symbol rosyjskiej modernizacji w skali mikro bardziej przypomina modelarskie rękodzieło niż zaawansowany wyrób profesjonalnego przemysłu zbrojeniowego światowego supermocarstwa. Oczywiście również takie drony mogą wyrządzić szkody, zwłaszcza gdy wskazują cele artylerii, a zastosowanie komercyjnie dostępnych podzespołów, dopóki ich zakupu nie zablokują sankcje, może być tańsze niż produkcja w wojskowym przemyśle. Ale składak na rzep ma niewiele wspólnego z nowoczesnością.

Nic dziwnego, że po analizie rosyjskich „osiągnięć” i „technologii” pokazanych w tej wojnie do wojska przylgnęła już nazwa pierwszej armii trzeciego świata.

Czytaj też: Żelazem i mięsem. Chaos i okrucieństwo rosyjskiej armii

Czy dowódcy nie lubią nocy?

Bo naprawdę trudno wskazać jakiś technologiczny przełom zastosowany przez Rosjan, który by radykalnie odróżniał ich współczesne siły zbrojne od poziomu prezentowanego w czasach późnego ZSRR. Najbliżej do tego w lotnictwie. Nad Ukrainą pokazują się – też regularnie zestrzeliwane – samoloty nowej generacji Su-34 i Su-35, które stanowią ewolucję niezwykle udanej zimnowojennej konstrukcji Su-27. Podobnie jest z migami-29, które są modernizowane na mniejszą skalę i dziś rzadziej używane jako migi-35. Rosja nadal bazuje na samolotach uderzeniowych Su-24 i Su-25, powstałych jako bombowe maszyny „frontowe” do walki z NATO w Europie Zachodniej. I realia są takie, że Rosji wciąż nie udał się generacyjny przeskok i nie zdołała wprowadzić do służby samolotów o obniżonej wykrywalności, znanych na Zachodzie jako stealth, których przewagą na polu walki jest przede wszystkim zdolność pozyskiwania, przetwarzania i przekazywania informacji o przeciwniku i celach.

Rosja nie ma swojego F-35 czy F-22, a gdy Amerykanie mają w budowie sześć egzemplarzy nowego bombowca B-21, który w tym roku zostanie pokazany, rosyjski program nowego samolotu strategicznego ugrzązł. Bardzo powoli tempa nabiera produkcja myśliwca nowej generacji Su-57, którego lotu nad Ukrainą Rosja nie zaryzykowała, mimo że kilka lat temu z dumą pokazywała go nad Syrią. Może rosyjska technika jednak nie jest gotowa na starcie z prawdziwą i dobrze działającą obroną powietrzną, nawet jeśli nie najnowocześniejszą?

Nowe śmigłowce doświadczyły tego boleśnie od wczesnych godzin konfliktu. Jednym z pierwszych zaliczonych trafień ukraińskich przeciwlotników lub pilotów myśliwców w czasie bitwy o podkijowskie lotnisko w Hostomelu był Ka-52 Aligator, wokół którego rosyjska propaganda tworzyła legendę najnowocześniejszego śmigłowca uderzeniowego świata. Z braku danych niewiele wiemy o jego skuteczności przeciw ukraińskim czołgom i wozom bojowym, czyli głównej roli, do jakiej został stworzony. Jednak pojawiające się nagrania śmigłowców prowadzących ogień pośredni (na wznoszeniu), przy użyciu niekierowanych pocisków rakietowych, mogą przeczyć tezie o postępie modernizacji tego rodzaju broni albo świadczą o brakach w kierowanym uzbrojeniu precyzyjnym.

Przedstawiany jako jeszcze groźniejszy „nocny myśliwy” Mi-28 nie był nad Ukrainą zbyt często widywany, a w branżowych mediach można było przeczytać o wysokiej awaryjności i niewysokim stopniu gotowości bojowej. Oczywiście i one padały ofiarą naziemnych strzelców z wyrzutniami przeciwlotniczymi. W sumie nie wiadomo, czemu Rosja nie zdecydowała się na szerszą skalę wykorzystać deklarowanej najmocniejszej strony Mi-28, czyli pełnego przystosowania do działań w nocy. Może, tak jak w innych przypadkach, ta modernizacja nie jest pełna, a może za sprzętem nie poszły zmiany w podejściu dowódców, którzy nie lubią nocy.

Czytaj też: Putin to notoryczny kłamca. Maskirowka Rosję zgubi

Przypięte na rzep?

O ogromnych stratach w rosyjskich wojskach lądowych można przeczytać bardzo dużo, tyle że nie wszystkie liczby świadczą wprost o niskim poziomie nowoczesności. Bardzo wiele złego wyrządziła błędna taktyka działania, zwłaszcza w pierwszych dniach wojny, która sprawiła, że wykorzystanie techniki nie mogło być pełne. Mimo to utrata kilkuset czołgów (Ukraińcy mówią o ponad 700!) świadczy również o ich niewystarczającej odporności na ostrzał z nowoczesnej i średnio nowoczesnej broni przeciwpancernej i z innych czołgów. Nie chodzi tylko o odporność samych pancerzy, w tym reaktywnych (niszczących nadlatujący pocisk wybuchem niewielkiego ładunku), ale także o skuteczność systemów obrony aktywnej i pasywnej, mających chronić czołgi przed trafieniem. Liczne zdjęcia odstrzelonych wież są dowodem, że Rosji nie udało się – bo nie mogło się udać bez zasadniczej zmiany konstrukcji – przełamać podstawowej wady karuzelowego automatu ładowania radzieckich czołgów, czyli podatności na wybuch amunicji znajdującej się u podstawy wieży. Trafienie w czuły punkt niemal zawsze kończy się zagładą załogi w spektakularnym gejzerze ognia.

Tematem wielu spekulacji, a nawet straszno-śmiesznych memów, jest odległość, w jakiej ląduje wieża z lufą armaty po takim wybuchu. Rekord to ponoć 30 m. W skali makro Rosja nie może więc zaliczyć modernizacji czołgów do udanych, jeśli mierzyć ją wielkością strat. Przy czym nie są szerzej znane straty ukraińskie – być może po ich uwzględnieniu bilans nie wychodzi aż tak źle. W każdym razie podobnie jak w przypadku samolotów Rosja nie ma w linii czołgu rzeczywiście nowej generacji, choć informowała o skierowaniu do jednostek pierwszych egzemplarzy T-14 Armata. W nim wieża jest bezzałogowa, a czołgiści są chronieni od wybuchu amunicji tytanowym pancerzem. Ale może, jak w dronie, coś i tak jest przypięte na rzep.

Prawdopodobnie najnowocześniejszym uzbrojeniem rosyjskiej armii są balistyczne pociski rakietowe Iskander i różne typy pocisków manewrujących, wystrzeliwanych z okrętów i samolotów. Nowoczesność nie oznacza jednak skuteczności ani adekwatności użycia. Nagłośniony przypadek bombardowania składu amunicji pociskiem hipersonicznym Kindżał okazał się półfejkiem i był operacyjnym nieporozumieniem. Broni hipersonicznej nie warto marnować na nieruchome cele, „ściga” się nią coś, co może uciec.

Obrona powietrzna Ukrainy radzi sobie jednak i z pociskami balistycznymi (trudniej), i z pociskami manewrującymi (łatwiej). Bo też Rosja nie zdołała przejść w ich konstrukcji kolejnego szczebla – w stronę utrudnionej wykrywalności. Pod skrzydłami samolotów nie ma odpowiedników pocisków JASSM, a na pokładowych wyrzutniach okrętów brak czegoś, co przypomina pociski NSM. Dlatego też skuteczność bombardowań „precyzyjnych” nie jest wcale wysoka, wykonane po nich zdjęcia satelitarne często pokazują kratery po wybuchach obok tego, co miało być celem. Największe „sukcesy” tej broni to zbombardowane cele cywilne, jak budynek władz w Mikołajowie czy główny plac Charkowa. Wiele pocisków zwyczajnie nie dolatuje, inne są strącane. Nowoczesna obrona powietrzna powinna sobie z nimi doskonale radzić.

Czytaj też: Umysł tyrana. „Oszalał”? Co siedzi w głowie Putina

Tak prymitywnie nie da się wygrać z NATO

Wojna trwa i być może Rosja wyciągnie jakieś technologiczne asy. Ale trudno wskazać dziedzinę, w której może być naprawdę zaawansowana w produkcji supernowoczesnej broni. Nie użyła jeszcze na Ukrainie „terminatorów”, wozów wsparcia, jeżdżących fortec z działkami i wyrzutniami rakiet. Nie skierowała na pole walki robotów bojowych, którymi się naokoło chwaliła. Najwyraźniej nie udaje się jej na szerszą skalę zakłócanie radioelektroniczne ukraińskich bezzałogowców czy łączności wojsk lądowych – mimo propagandowego nagłaśniania swej dominacji w spektrum radiowym. Rosja sama natomiast ma problemy z łącznością, jej żołnierze widywani są z chińskimi krótkofalówkami, a komunikacja radiowa jest notorycznie przechwytywana, bo korzysta z cywilnych łącz. Tu modernizacja najwyraźniej zawiodła, i to na całej radiolinii.

Rosja może po prostu wierzyć w masę żelaza i siłę eksplozji, a nie wyrafinowanie cyberataków. Rozpędzonego czołgu nie zatrzyma żaden cyfrowy wojownik zza klawiatury, a z salwą archaicznych „Gradów” mogłaby się zmierzyć jedynie superdroga Żelazna Kopuła z Izraela, której Ukraina nie ma. Bombowiec strategiczny może zrzucić kilkadziesiąt ton bomb z pułapu, na którym nie dosięgnie go żaden pocisk przeciwlotniczy. Taką nienowoczesną i prymitywną wojnę Rosja będzie prowadzić w Donbasie, a kto wie, może i przeniesie ją na Kijów. Trudno sobie wyobrazić, by nie chciała wziąć krwawego odwetu za zatopienie „Moskwy”.

Ale takiej prymitywnej wojny nie da się prowadzić ani wygrać z NATO. Nawet technologia i koncepcja wojny powietrzno-lądowej z końca ery zimnej wojny dawałaby Zachodowi przewagę nad Rosją w potencjalnym starciu. Dzisiejsze bardziej zaawansowane technologie dominacji informacyjnej, trudnej wykrywalności, obrony powietrznej i antyrakietowej, precyzyjnego uderzenia i zakłócania elektronicznego sprawiłyby, że Rosji byłoby o wiele trudniej skierować do walki masę żelaza, na której wciąż zdaje się polegać. A i ona by utknęła wobec dużo większego nasycenia pola walki nowoczesną bronią przeciwpancerną niż to, z czym Rosja mierzy się i przegrywa w Ukrainie.

Jeśli Zachód wyegzekwuje i przez dłuższy czas utrzyma technologiczne sankcje, rosyjska technika wojskowa nie ma przyszłości, chyba że stanie się chińską. Wojna w Ukrainie wskazuje, że Rosja może być jak Titanic, siłą inercji mogący jeszcze kogoś zmiażdżyć, ale nieuchronnie idący na dno.

Czytaj też: Nowy rosyjski generał do posprzątania bajzlu

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Nauka

Ziemia: matka dobra czy patologiczna? Zmarł słynny twórca idei Gai

W wieku 103 lat odszedł James Lovelock, pomysłodawca idei Gai. Sformułowana przez niego pół wieku temu hipoteza, że Ziemia jest jak wielki organizm, na pewno go przeżyje. Szokowała, kusiła – i nadal wywołuje gorące naukowe spory.

Marcin Ryszkiewicz
09.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną