Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Partia Ziobry pręży muskuły przed UE. Jej pomysł to samobój finansowy

Minister sprawiedliwości i szef Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro Minister sprawiedliwości i szef Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro Łukasz Błasikiewicz / Kancelaria Sejmu RP
Pomysł ziobrystów, by nie płacić składki do budżetu UE, to czysty finansowy samobój. W najłagodniejszym scenariuszu zaległości z karnymi odsetkami byłyby potrącane z funduszy dla Polski.

Polska jest największym beneficjentem unijnego budżetu (jeśli korzyści mierzyć wypłatami w miliardach euro) i co najmniej do końca siedmiolatki 2021–27 pozostanie beneficjentem netto, czyli łączne wypłaty ze wspólnej kasy będą dla nas większe – blisko trzy razy – niż należności.

W obecnej siedmiolatce w ramach różnych funduszy przewidziano dla naszego kraju ok. 130 mld euro w dotacjach, a średni roczny wkład krajowy Polski podczas negocjacji budżetowych był szacowany na 5,68 mld euro (większość to składka z polskiego budżetu dla Brukseli).

Czytaj też: Polska osamotniona. Ma w ogóle politykę zagraniczną?

Pomysł ziobrystów, w tle „dirty brexit”

„Solidarna Polska w czasie najbliższego posiedzenia Rady Ministrów zaproponuje zawieszenie składki płaconej przez Polskę do Unii Europejskiej. Po dwóch miesiącach wojny KE nie przekazała nawet jednego euro. Unia bezradności i hipokryzji” – napisał na Twitterze 21 kwietnia Michał Wójcik, minister z kancelarii premiera. Chodzi o – jak dodają politycy partii Zbigniewa Ziobry – spory w sprawie unijnej pomocy dla Polski w związku z falą uchodźców.

I co wtedy? Komisja Europejska w razie braku wpłat ze strony rządu Mateusza Morawieckiego byłaby zmuszona potrącać je z funduszy przekazywanych Polsce. Z karnymi odsetkami. Niewykluczone, że Bruksela przez dłuższy czas wstrzymywałaby się z inicjowaniem oznaczających ryzyko dodatkowych grzywien postępowań dyscyplinujących w tej sprawie, skoro ewentualna decyzja Polski o „zawieszeniu składki” nie miałaby żadnych efektów dla wspólnej kasy (wskutek ich zneutralizowania za pomocą potrąceń). Ale gdyby sytuacja ciągnęła się długo, zapewne rósłby nacisk, by ostatecznie sięgnąć po kary za tak jawne łamanie traktatowych zobowiązań. A to oznaczałoby kolejne straty i potrącenia od przelewów na politykę spójności albo dopłaty rolne.

Unijny budżet (wraz z postpandemicznym Funduszem Odbudowy) opiera się na „Decyzji o zasobach własnych” (ORD), która nie jest zwykłym przepisem, lecz umową międzynarodową ratyfikowaną przez 27 państw (w większości za zgodą parlamentu krajowego, tak jak w Polsce) przy wymogu jednomyślności członków wspólnoty. Dlatego ORD stanowi – podobnie jak traktaty – część „prawa pierwotnego” Unii. Zerwanie polskich zobowiązań byłoby złamaniem prawa międzynarodowego.

W czasie najbardziej zaognionych sporów między Brukselą a Londynem pojawiały się pogróżki takiego „dirty brexit” z zerwaniem zobowiązań finansowych odziedziczonych po okresie członkostwa w UE. Cios w międzynarodową wiarygodność Wielkiej Brytanii (również w oczach inwestorów z rynków finansowych) byłby tak wielki, że zobowiązała się spłacić 40–60 mld euro wierzytelności wobec wspólnej kasy – właśnie dlatego, że wynikały z umowy ORD ratyfikowanej przez Londyn.

Czytaj też: PiS gra z Unią. Słowa Morawieckiego zakrawają na kpinę

Skąd Bruksela bierze pieniądze?

Zawieszenie składek byłoby kolejną eskalacją w relacjach Polski z Brukselą, być może z początku o mniejszej wadze politycznej niż dotychczasowe bojkotowanie wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE w kwestii sądownictwa. Zapewne sytuacja zaogniałaby się wraz ze zbliżaniem się poważnych prac nad kolejnym unijnym budżetem.

I tu Polska stałaby na straconej pozycji. Wprawdzie w kwestii budżetów wieloletnich obowiązuje – przypomnijmy – zasada jednomyślności 27 państw, ale to nie oznacza bezbronności. W razie absolutnej konieczności Unia mogłaby skonstruować odrębną architekturę dla większości przepływów budżetowych (była do tego gotowa w przypadku Funduszu Odbudowy, gdy do połowy grudnia 2020 r. blokowały go Warszawa i Budapeszt). Dopóki Polska i Węgry są poza euro, naturalnym rozwiązaniem w takim – obecnie zupełnie hipotetycznym – scenariuszu byłoby skupienie się na kasie eurostrefy.

Obecnie tylko 10–15 proc. budżetu UE pochodzi z „dochodów własnych” w ścisłym sensie, czyli głównie z ceł ściąganych na wspólnej granicy, np. przez Holendrów, którzy odprowadzają do Brukseli cła pobierane w największym unijnym porcie w Rotterdamie. Drugie źródło dochodów to wpłaty krajów UE ustalane – ujmując to w uproszczeniu – na podstawie wielkości ściąganego przez nie podatku VAT. Im większa gospodarka, tym większa podstawa naliczania VAT, czyli większa wpłata do wspólnego budżetu. To „vatowskie źródło” odpowiada za 10–15 proc. wpływów do kasy UE.

Trzecim i największym źródłem dochodów Brukseli są składki wpłacane przez 27 rządów, wyliczane na podstawie wielkości ich gospodarek (stosuje się kryterium dochodu narodowego brutto zbliżonego wartością do PKB). Uzupełniają one księgową lukę w budżecie, która pozostaje po zsumowaniu pozostałych dochodów, dlatego w efekcie odpowiada aż za ok. 70 proc. wpływów do wspólnej kasy.

Czytaj także: Jak oszukać Unię? Profesor od manipulacji stosowanych

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Lew, czyli Lena. Trudne dzieciństwo transpłciowe

Lena miała pięć lat, gdy wróciła wzburzona z przedszkola i zapytała mamę, gdzie są nożyczki. – Po co ci nożyczki? – Chcę sobie obciąć siusiaka! Wtedy jeszcze Lena była Lwem.

Ewa Wanat
17.02.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną