Atak USA na Iran nieco zmienił sytuację. Obok długotrwałej wojny w Ukrainie szykuje nam się teraz długotrwała wojna na Bliskim Wschodzie. Sprawa zniszczenia ukrytych i rozproszonych instalacji jądrowych nie jest taka prosta, jak się może wydawać.
Iran być może zacznie teraz ataki na amerykańskie bazy wojskowe w regionie, ale i rozproszone w innych częściach świata, wykorzystując metody terrorystyczne. Przypuszczalnie wcale nie był bliski zbudowania broni jądrowej, bo pozyskanie materiału rozszczepialnego to jedno, a funkcjonujący ładunek to całe mnóstwo pracy. Donosiła o tym przecież mjr rez. Tulsi Gabbard, czyli dyrektorka CIA.
Prawdę zna pewnie jeden z najlepszych wywiadów świata, czyli Mosad. Choć to, co komunikuje premier Izraela Beniamin „Bibi” Netanjahu, może mieć niewiele wspólnego z raportami, które lądują na jego biurku. Tak czy owak, Izrael bardzo się obawiał irańskiego programu jądrowego i wolał go zdusić w zarodku. Iran oczywiście oddaje ciosy, a że żaden przeciwrakietowy system na świecie nie jest w 100 proc. skuteczny, to część rakiet balistycznych dociera do celu. O tym zresztą Izrael powinien wiedzieć, jeśli patrzy na Ukrainę. Zapewne Bibi doszedł do wniosku, że jego żołnierze są lepiej wyszkoleni.
Tymczasem jedni i drudzy sroce spod ogona nie wypadli, Ukraińcy mają już doświadczenie bojowe, przeszli prawdziwą „szkołę ognia”, co pozwala zaliczać ich do elity. Wojna pokazuje, że kosztowne rakiety przeciwlotnicze kończą się szybciej niż relatywnie tanie środki napadu powietrznego, jak rakiety balistyczne, pociski skrzydlate, drony uderzeniowe dalekiego zasięgu.