Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

MEGA. Ameryka znów dzieli Europę. Czy Polska da z siebie zrobić „konia trojańskiego Trumpa”

Na wszelki wypadek Polska stara się tak lawirować, by Ameryki nie urazić, a jednocześnie podkreślać zakorzenienie w Europe. Na wszelki wypadek Polska stara się tak lawirować, by Ameryki nie urazić, a jednocześnie podkreślać zakorzenienie w Europe. Martijin Beekman / NATO
Niektórzy wciąż nie wyszli z szoku i niedowierzania, inni już adaptują się do nowej rzeczywistości. Są też tacy, którzy w dzielącej Europę doktrynie USA upatrują nadziei. Ta historia się przecież powtarza, tylko że na rympał, z właściwą Trumpowi bezceremonialnością.

„Trump chce zmiany reżimu w Europie” – usłyszałem w poniedziałek na konferencji w Kopenhadze od francuskiego eksperta z duńskiego sektora bezpieczeństwa. W tym przypadku pochodzenie i rodzima tradycja mogły przeważyć nad wymogami aktualnego miejsca pracy. Oceny formułowane przez Duńczyków nie były aż tak radykalne. Punkt widzenia Paryża zawsze był specyficzny. Bez wątpienia w ocenie Francji zawartość nowej strategii potwierdziła wszystkie najgorsze przypuszczenia wobec intencji Donalda Trumpa i kierunku przemian amerykańskiej „myśli strategicznej”.

„Amerykanie będą stosować wobec Europy wymuszanie, podstęp, szpiegostwo, kampanie dezinformacyjne i propagandę” – Francuz snuł czarny scenariusz „obalenia” europejskiego modelu integracji przez Amerykanów… przy udziale części Europejczyków. Niestety, nie jest to wyłącznie fantazja z gatunku noir. Niemal każdy dzień przynosi uzupełnienia planu Trumpa na Europę.

Czytaj także: Strategia Ameryki Trumpa. To nie był dobry tydzień dla Europy, a teraz jeszcze to

MEGA

Amerykański portal DefenceOne, jedno z czołowych mediów wyspecjalizowanych w obronności, twierdzi, że miał wgląd w szerszą od wersji opublikowanej w miniony piątek strategii bezpieczeństwa USA. Dziennikarze wyczytali między innymi, że Amerykanie zamierzają angażować się w działania zmierzające do „wyciągnięcia z Unii” Polski, Węgier, Włoch i Austrii. Wygląda to na uszczegółowienie, w niejawnej (a przynajmniej nieprzeznaczonej do publikacji) postaci zapisu, który znalazł się w upublicznionym dokumencie, o „wspieraniu oporu wobec obecnego kursu Europy, w krajach europejskich”.

Biały Dom w środę zaprzeczył, by istniała jakaś dłuższa, wewnętrzna wersja strategii.

Jednak strategia hodowania w Europie „koni trojańskich” nie jest Ameryce obca. Dwadzieścia lat temu próbowała tego, w łagodny z dzisiejszego punktu widzenia sposób, administracja George’a W. Busha, wówczas uznawanego gdzieniegdzie w Europie za jastrzębiego radykała. To jego sekretarz obrony Donald Rumsfeld ukuł termin „nowej Europy”, do której zaliczał wierne Ameryce kraje byłego bloku wschodniego, świeżo przyjęte do NATO i znajdujące się w poczekalni do UE.

Kontrastować z nimi miała stetryczała i niechętna amerykańskiej inwazji na Irak „stara Europa”, której uosobieniem była Francja, a rzecznikiem był ówczesny prezydent Jacques Chirac. To on, w reakcji na dobiegający z Polski głos wsparcia dla USA, skarcił Warszawę, mówiąc, iż „nie skorzystała z okazji, by siedzieć cicho”. Do Polski przylgnęła później karykaturalna łatka „konia trojańskiego” USA w Europie.

Wszystkie strony do dziś źle to pamiętają, bo często zamiast o koniu, pisano o ośle. Administracja Donalda Trumpa stawia jednak sprawy ostrzej niż za czasów Busha. Mówi wprost o podsycaniu w Europie nastrojów niechętnych integracji, a nawet „obecnej trajektorii” unijnej, która już pożegnała się z myślami o federalizacji wspólnoty czy uzyskaniu strategicznej autonomii. A jednak, mający awersję do Unii akolici Trumpa myślą o szarży na Brukselę – na grzbiecie między innymi Polski – pod hasłem MEGA, Make Europe Great Again.

W Polsce wciąż zwolenników Unii jest znacznie więcej niż przeciwników, ale poziom poparcia systematycznie spada. Wrześniowy Eurobarometr pokazywał poparcie dla Unii na poziomie 57 proc., oceny neutralne wyrażała jedna trzecia ankietowanych, a 10 proc. wypowiadało się o Unii negatywnie. Pod każdym względem były to wyniki lepsze od unijnej średniejj. Ale gdy na początku grudnia w sondażu Eurobazooka padło pytanie o Polexit, odsetek chętnych do jego wykonania wynosił 25 proc. – choć nadal 69 proc. ankietowanych wyrażało wolę pozostania.

Trzeba zastrzec, że ten sondaż był internetowy, a więc pozwalał na większą anonimowość odbiorców, która sprzyja radykalnym opiniom. Widać więc, że choć masowe obsadzanie Polaków w roli konia trojańskiego Trumpa będzie trudne, to da się grać na antyunijnych nastrojach, które stanowią istotny element rosnącej popularności partii na prawo od PiS.

Badanie EMI/Savanta z czerwca, opisywane przez Euractiv, przyniosło dane, że tylko 34 proc. pytanych w Polsce uważa, że członkostwo w Unii ma pozytywny wpływ na kraj jako całość – i był to najniższy wynik spośród wszystkich analizowanych krajów.

Nawet jeśli trumpiści nasilą kampanię, by rozwalić Unię od wewnątrz, to trudno sobie wyobrazić sojusz czterech wspomnianych państw. Z powodzeniem można sobie jednak wyobrazić hodowanie antyeuropejskich nastrojów, a jeszcze łatwiej – proamerykańskiej frakcji blokującej niekorzystne dla Waszyngtonu decyzje Brukseli czy bagatelizującej szkodliwe dla Europy decyzje USA. Symptomy już się pojawiają.

Czytaj też: Palec na spuście. Strzelać czy nie? Ochrona przestrzeni powietrznej NATO jest jak partia szachów

Co na to Polska

Podczas gdy europejscy przywódcy, w reakcji na wrogie zapisy amerykańskiej strategii bezpieczeństwa publicznie wyrażali oburzenie, niepokój czy niesmak – a w dyskusjach za zamkniętymi drzwiami pytali, czy to już koniec transatlantyckiego sojuszu – reakcje w Polsce były wyraźnie podzielone.

Premier Donald Tusk przypominał co prawda Amerykanom, że Europa pozostaje ich najważniejszym sojusznikiem, ale o dosadniejszą krytykę się nie pokusił. O relacje polsko-amerykańskie „nie obawiał się” szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, przynajmniej w radiowym wywiadzie.

Ostrzej prezentował się – jak zwykle – szef MSZ Radosław Sikorski, chętnie podając dalej na X-sie wpisy i teksty krytyczne wobec dokumentu z Waszyngtonu. Napiętnował, nie po raz pierwszy, Elona Muska, który wzywał do likwidacji UE w imię odzyskania pełni suwerenności przez państwa narodowe – z którymi wedle waszyngtońskiej strategii, Ameryka woli mieć relacje zamiast wspólnoty. Ostrożność rządu w krytyce USA nie dziwi. Polska w zbyt wielu obszarach wciąż zależy od Ameryki, by się narażać. Ale w jeszcze większym stopniu zależy od Europy, która jest jej domem.

Dlatego warto zwrócić uwagę na reakcje strony opozycyjnej i obozu prezydenckiego, bo to oni są prawdopodobnymi adresatami wezwania Trumpa do szarży na Brukselę. „Z ufnością i spokojem patrzę na przyszłość polsko-amerykańskich stosunków transatlantyckich” – tak szef BBN Sławomir Cenckiewicz zakończył wpis skierowany do jednego z autorów amerykańskiej strategii, Elbridge’a Colby’ego. Podkreślił, że BBN nie włącza się do chóru krytyków dokumentu, przeciwnie – widzi wynikające z niej „możliwości wzmocnienia swojej pozycji jako kluczowego sojusznika USA w regionie”.

Cenckiewicz wspomniał, bo nie wprost wytknął, że celem wzmocnienia obronnego musi być odstraszanie Rosji, głównego zagrożenia dla Polski i regionu, którego Ameryka nie uznała za zagrożenie dla siebie. Ludzie prezydenta mieli szczęście. Planowana od tygodni wizyta delegacji BBN w Waszyngtonie nastąpiła kilka dni po publikacji strategii – a Polacy byli zapewne pierwszymi rozmówcami Pentagonu w tej sprawie.

Jak relacjonował po rozmowach Nikodem Rachoń: „Amerykanie są otwarci na poszerzenie współpracy w zakresie bezpieczeństwa z Polską na zasadach bilateralnych” – co oznacza, że już wdrażają w życie wytyczne strategii, segregujące sojuszników. Ale zdaniem wysłanników prezydenta, nie ma się co martwić, a być może da się coś ugrać.

Pamięć pierwszej kadencji Trumpa jest na prawicy żywa, a wtedy – przy pogróżkach dotyczących wycofania się USA z NATO (sprawa ponoć miała stanąć na ostrzu noża w czasie szczytu w Brukseli w 2018 r.), Polska uzyskała zwiększenie obecności wojsk USA. „Ceną” były z jednej strony wielomiliardowe kontrakty zbrojeniowe, które po latach przyniosły istotne zdolności, jak samoloty F-35 czy systemy Patriot, a z drugiej sfinansowanie inwestycji pobytowych, przerzutowych i poligonowych na rzecz sił USA i innych sojuszników, co też ma dać Polsce wzmocnienie na wypadek kryzysu lub wojny.

Czy taki scenariusz jest do powtórzenia teraz? Trump na pewno powita z zadowoleniem kolejne zamówienia sprzętowe, ale pytanie, czy równie chętny będzie do rozmów o wojskach USA w Polsce, gdy tak zależy mu na „strategicznej stabilności” z Rosją. Na wszelki wypadek Polska stara się tak lawirować, by Ameryki nie urazić, a jednocześnie podkreślać zakorzenienie w Europie.

Czytaj też: Sensacja czy zmyłka? Politycy PiS mówią o obowiązkowej służbie wojskowej. Błaszczak milczy

Rosja to nasz kłopot

Ono się zresztą podkreśla samo. Kolejną misję w Polsce właśnie zaczęły niemieckie myśliwce Eurofighter, w ramach NATO-wskiej operacji wzmocnionego reagowania, zarządzonej po wtargnięciu rosyjskich dronów. Na lotnisku w Rzeszowie rozgościły się holenderskie wyrzutnie Patriot, zastępując kontyngent niemiecki. Przecieki z ustaleń dotyczących wykorzystania unijnego instrumentu pożyczkowego SAFE wskazują, że poza wzmocnieniem krajowego przemysłu przez zamówienia, będzie wykorzystany na zakup europejskiego sprzętu, który skutecznie konkuruje z amerykańskim: samolotów tankujących, maszyn wczesnego ostrzegania i śmigłowców szkoleniowo-bojowych, być może też transportowców.

Co ciekawe, na części tych zakupów skorzystać ma amerykański sojusznik – tyle że nie USA, a Kanada, jako producent samolotów będących platformami pod szwedzkie radary. Ottawa porozumiała się z Komisją Europejską, by wejść do programu SAFE jako zatwierdzony dostawca, mimo iż do UE nie należy. Amerykanie o taki status ubiegać by się nie byli w stanie – od początku chodziło przecież o to, by zmniejszyć europejską zależność od dostaw z USA. Ale nie zrobili też wiele, żeby „zeuropeizować” swoje produkty na tyle, by mogły uchodzić za „made in EU”.

Teraz wybrali konfrontację, być może też dostrzegając, że zwiększone – pod ich naciskiem – wydatki obronne Europy, w mniejszym niż do tej pory stopniu trafią do ich kieszeni. Tym niemniej zdołali wymusić sojusznicze finansowanie zakupów na rzecz Ukrainy – w tym roku za 5 miliardów dolarów, w przyszłym za miliard miesięcznie. Polska już dołożyła 100 mln dolarów i nie zrezygnuje z dalszych zakupów w USA.

Dlatego nowy amerykański ambasador Tom Rose tak nas chwali, a jednocześnie próbuje tłumaczyć postawę Waszyngtonu. „Potrzebujemy, aby Europejczycy trzymali się przykładu Polski i stali się pierwszymi strażnikami kontynentu” – mówił w wywiadzie w TVN, stacji będącej w amerykańskich rękach, choć mogącej zmienić właściciela. „Jesteście wiodącą siłą w Europie, najbardziej wpływowym krajem w zakresie obronności i zaangażowania w nią” – ciągnął pochlebstwa, tak chętnie przyjmowane w Warszawie jako ekwiwalent gwarancji bezpieczeństwa. Ale natychmiast tłumaczył, że to Chiny, a nie Rosja, są dla USA ważniejszym kłopotem.

Rosja jest kłopotem naszym – Europy i Polski – podkreślał, wskazując, że w kontrowersyjnej strategii Ameryka przestała karmić sojuszników iluzjami i wreszcie mówi szczerze, jak jest. Dlaczego jednak tę Europę chce jednocześnie rozbijać i osłabiać, z udziałem Polski – tego ambasador nie zdradził.

Szczerość ma jak widać swoje granice, nawet z wzorowymi sojusznikami.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Świat

Lęk przed drugą Jałtą. Trzech drapieżców gra już nowy koncert mocarstw? Trudny czas dla Europy i Polski

Amerykańska interwencja w Wenezueli i zapowiedzi Donalda Trumpa o zagarnięciu Grenlandii zapowiadają inny porządek świata. Fatalny dla takich krajów jak Polska.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
13.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną