Demokracja losowana. Po co nam zawodowi politycy? Przecież zwykli ludzie mają więcej rozumu!
Tylu dziwacznych, często wariackich i groźnych typów nagromadziło się w polityce w całym świecie! Trudno się dziwić, że politolożka ze słynnego Yale University postuluje radykalną zmianę systemu demokratycznego. Hélène Landemore w swojej najnowszej książce proponuje przegnać zawodowych polityków i zastąpić ich losowo wybranymi zwykłymi obywatelami. Świat bez Trumpa, Farage’a i innych (tu z grzeczności nie wymieniam polskich nazwisk), bez partii politycznych i bez wyborów.
Losowanie wśród zwykłych ludzi będzie lepsze niż kosztowne i burzliwe emocjonalnie wybory, z którymi mamy na świecie złe doświadczenia. Przecież do polityki – jak ćmy do światła – garną się typy narcystyczne, makiaweliczne i psychopatyczne. Ich umiejętności manipulacyjne ogłupiają wyborców – w efekcie mamy w polityce nadreprezentację ludzi i złych, i miernych. Zwykli ludzie, wybrani na chybił trafił, na pewno będą przedstawiać lepszą jakość. To w skrócie główna teza książki „Politics Without Politicians. The Case for Citizen Rule” (Polityka bez polityków. Argumenty za rządami obywateli).
Czytaj też: Populiści to oszuści, sprzedają fałsz. Ale mogą już nigdy nie oddać raz zdobytej władzy
Zwykli ludzie, czyli demokracja losowana
Na tę książkę – z ubiegłego miesiąca – zwrócił mi uwagę przyjaciel, który jeszcze wyostrza te tezy i pisze z gniewem: przecież zawodowi politycy i tak są z reguły laikami w dziedzinach, w których podejmują decyzje, a naprawdę interesuje ich tylko reelekcja, utrzymanie się na stołkach, bo najczęściej nie potrafią robić nic innego. Pisze mi w mailu: słuchając plecionych przez tzw. zawodowych polityków bzdur (lub w najlepszym wypadku – banałów opowiadanych z nabzdyczonym patosem), hejterów i pieniaczy, utwierdzam się w przekonaniu, że Hélène Landemore i przywoływani przez nią starożytni Ateńczycy, którzy też do rządów wybierali ludzi z losowania, mają rację.
Autorka wierzy, że to zwykli ludzie mogą uzdrowić instytucje polityczne i całe polityczne życie kraju. Przepytywana przez Adama Granta (w ramach ciekawych programów edukacyjnych TED) wyznaje, że inspiracją do pracy – poza refleksjami z demokracji ateńskiej – była obserwacja procesu tworzenia nowej konstytucji Islandii. Rzeczywiście, po kryzysie finansowym w 2008 r. Islandczycy postanowili przepisać swoją konstytucję i zrobili to w bardzo niezwykły sposób – angażując zwykłych obywateli, nie tylko polityków. Dobrali ich losowo, a wybrani pracowali razem, konsultowali się z resztą społeczeństwa, korzystali nawet z platform społecznościowych, żeby zbierać opinie.
„To było dla mnie niezwykle inspirujące, bo pokazało, że zwykli ludzie są w stanie wykonywać pracę, którą zazwyczaj powierzamy profesjonalnym politykom. I pomyślałam: jeśli to było możliwe w Islandii, to może dałoby się zrobić szerzej – może nawet powinniśmy przemyśleć całą rolę polityków w demokracji” – mówi Hélène Landemore w tym programie.
Proponuje więc „demokrację losowaną”, którą można poprzeć funkcjonującym amerykańskim systemem ławy przysięgłych w sądzie. To zwykli ludzie z ulicy decydują o winie i sprawiedliwym wyroku. Bo nie potrzeba jakichś szczególnych cech ani wykształcenia, by ocenić, co jest dobre, a co złe. We wcześniejszej książce „Open democracy” Landemore dowodziła, że owi „zwykli ludzie” są – przeciętnie – bardzo rozsądni (i pozbawieni negatywnych cech przeciętnych polityków – nabzdyczenia i patosu). A na tych wspomnianych wyżej sesjach w Islandii wykazywali – zdaniem autorki – niezwykłe poczucie obowiązku, a zarazem skromność.
Ci zwykli pełniliby funkcję tymczasowo i nie traktowaliby jej jak kariery. Autorka uważa, że taka „demokracja losowana” zwiększałaby reprezentatywność społeczeństwa, ograniczała wpływ elit i lobbystów, a przede wszystkim wykorzystywałaby różnorodność myślenia ludzi.
Czytaj też: Trump gra w scenariuszu Putina. Tracimy przewagę moralną. Były ambsador USA w Moskwie dla „Polityki”
Wielkie bla bla
Co ciekawe, Hélène Landemore, chociaż jest profesorką nauk politycznych w Yale, a przedtem studiowała na Harvardzie, urodziła się i wychowała politycznie we Francji. Tam była związana z inicjatywą badawczą Observatoire des débats (Obserwatorium debat), skupiającą naukowców i praktyków „demokracji deliberatywnej”, czyli właśnie szerokich konsultacji społecznych. W odpowiedzi na głośny wielomiesięczny protest „żółtych kamizelek” (protestujący nakładali takie kamizelki i blokowali skrzyżowania we Francji) prezydent Emmanuel Macron zorganizował w 2019 r. Wielką Debatę Narodową – ponad 10 tys. dyskusji w całym kraju, w których udział wzięło półtora miliona obywateli!
Obywatele postulowali obniżenie podatków i kosztów życia, żądali poprawy wynagrodzeń, większej sprawiedliwości, oczekiwali większej roli opiekuńczej państwa zwłaszcza na prowincji, lepszego dostępu do usług publicznych, energiczniejszego działania na rzecz środowiska i transformacji energetycznej, ogólnie – większego udziału obywateli w decyzjach ogólnokrajowych. Środowisko Hélène Landemore krytykowało „odgórny” charakter debaty, jej określone ramy i zadane z góry pytania. W ocenach pojawiały się określenia, które Landemore przywoływała jako część odbioru społecznego: „maskarada”, „zasłona dymna”, „wielkie bla bla”.
Jednak badaczka chwaliła inicjatywę prezydenta jako cenny materiał do badań nad demokracją i realne zaangażowanie obywateli. Krytykowała natomiast jej odgórny i politycznie kontrolowany charakter, brak reprezentatywności i niejasny wpływ na późniejsze decyzje.
Skala debaty była bezprecedensowa, ale rezultaty nikłe – nie tylko zawinił brak jasnego mechanizmu wdrażania postulatów, ale w ogóle oceny ich realnych możliwości wdrażania. Po latach zresztą widać, że debata wcale nie przyczyniła się do poprawy notowań samego prezydenta. Większość Francuzów po prostu go nie lubi i ma dosyć, zarzucając mu zły charakter i dbałość o bogaczy, a nie o owych zwykłych ludzi.
Owi „zwykli ludzie” są drażliwym i niebezpiecznym tematem w debacie publicznej. Mają status soli ziemi, wartościowszej niż elity. Nie wypada w żadnym razie ich krytykować za brak wykształcenia, a zwłaszcza brak podstawowej wiedzy obywatelskiej czy niewłaściwe postępowanie. A że są wspaniałym materiałem dla populistów?
Czytaj też: Dlaczego świat się tak nagle popsuł? Układ sił wyraźnie się zmienia. Prof. Andrzej Leder dla „Polityki”
Hobbici, chuligani, wulkani
Ze współczesnych politologów największym przeciwnikiem „demokracji deliberatywnej” czy „demokracji losowej” byłby zapewne Jason Brennan, amerykański filozof z Georgetown University. W książce „Against democracy” (Przeciw demokracji, 2016) nie patyczkuje się z masą wyborców. Niemalże wyszydza taką formę rządów, w której prawo wyborcze, a więc prawo decydowania, kto sprawuje władzę, przysługuje w równym stopniu każdemu obywatelowi. Chce ją zastąpić epistokracją, w której takie prawa przysługują osobom światłym, wykształconym.
Choć nie jest socjologiem, wszystkich ludzi, potencjalnych wyborców, Brennan dzieli na trzy kategorie: hobbitów (obojętnych, nieidących głosować), chuliganów (emocjonalnych, nieracjonalnych i stronniczych) oraz „wulkanów” (ze „Star Treka”; przenikliwych i bezstronnych). Nie mają oni na politykę żadnego wpływu, choć powinni tylko oni o wszystkim decydować. Twierdzi, że większość obywateli jest podatna na dezinformację, przez co przyjmuje stronnicze poglądy, a także nie jest zainteresowana zdobywaniem użytecznej wiedzy.
Jaka szkoda, że Brennan nie przestudiował casusu Polski 2026! Dodałby zapewne liczną kategorię „naszystów” albo „wyznawców”. Ludzi, którzy zawsze i żarliwie – bez względu na argumenty – popierają najbardziej absurdalne hasła dlatego, że głosi je wódz czy prezes, a w każdym razie „nasi”. Stąd „Tusk – Niemiec”, „rozbiór Polski”, „sprzedawanie Polski obcym” itd.
Czytaj też: Krótka historia demokracji
Trzeba zaufać ludziom
Hélène Landemore prześlizguje się tylko nad plagą populizmu. Nie mówi wprost: „ludzie są podatni na niebezpieczne czy głupie hasła populistów”. Odwraca perspektywę: problem – twierdzi – leży nie tylko w „ludziach”, ale w systemie. To obecny system polityczny sprzyja populizmowi, bo politycy, żeby wygrać wybory, upraszczają przekaz. Także media i kampanie premiują emocje zamiast argumentów. Czyli populizm – jej zdaniem – to bardziej produkt systemu wyborczego, a nie ignorancji czy głupoty obywateli.
Czy nie za wielkie pokłada zaufanie, zbyt wielką wiarę w „zwykłych ludzi”? Czy nie należałoby ich najpierw wyedukować? Pada odpowiedź bardzo ciekawa: trzeba ich umocnić, dać im narzędzia – mówi Landemore i proponuje inny porządek działania: nie najpierw edukacja, a potem wyposażenie w prawa, lecz odwrotnie – najpierw prawa polityczne, a potem droga do edukacji. Trzeba zaufać ludziom, a sobie znajdą drogę do edukacji. Nigdy odwrotnie! Autorka na podstawie obserwacji (z Francji i Islandii) twierdzi, że ludzie podejmują złe decyzje w warunkach doraźnych i przypadkowych (kampanie, slogany), ale podejmują lepsze decyzje właśnie w warunkach deliberacji (czas, informacje, dyskusja).
Widziałem już w prasie anglosaskiej pierwsze oceny: książka ożywcza, choć niepraktyczna. „Angażująca, ale ostatecznie nieprzekonująca prowokacja” („Financial Times”). Ale tak na świąteczną refleksję w sam raz się nadaje.