Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

J.D. Vance w Budapeszcie zrugał Europę i wsparł Orbána. Mało śmieszny ten skecz

J.D. Vance w Budapeszcie spotkał się m.in. z Viktorem Orbánem. J.D. Vance w Budapeszcie spotkał się m.in. z Viktorem Orbánem. Jonathan Ernst / Reuters / Forum
Wiceprezydent USA przybył do Budapesztu, by krytykować Unię za mieszanie się w wybory na Węgrzech. Po czym sam się w nie wmieszał. Tymczasem na jaw wychodzą kolejne dowody służalczości Orbána wobec Kremla.

Jeszcze dwa lata temu taka relacja z wizyty amerykańskiego polityka w europejskiej stolicy brzmiałaby jak umiarkowanie śmieszny skecz kabaretowy. Oto wiceprezydent najpotężniejszego militarnie i gospodarczo kraju na świecie przyjeżdża do Budapesztu pięć dni przed najważniejszymi wyborami w najnowszej historii Węgier. Już w niedzielę, pierwszy raz od 16 lat, nacjonalistyczna prawica może stracić władzę, przynajmniej nominalnie.

Vance wini Europę

Co więc robi ów wiceprezydent? Najpierw krytykuje Unię Europejską – za „najgorszy przypadek zewnętrznej ingerencji w wybory, jaki kiedykolwiek widział”. Po czym na konferencji prasowej z Viktorem Orbánem mówi, że „zrobi wszystko, co w jego mocy, aby pomóc mu wygrać”. I to oczywiście nie jest zewnętrzna ingerencja w proces wyborczy.

Wiceprezydent USA przeszedł do ofensywy i prewencyjnie szukał winnych nadchodzącej porażki swojego sojusznika. To kolektywna Europa – co brzmi jak wyimek z kremlowskiej propagandy, wszak to Putin stworzył zbitkę „kolektywny Zachód”, za pomocą której opisuje mniej lub bardziej wyimaginowanych wrogów Rosji i całej chrześcijańskiej cywilizacji.

W wizji amerykańskiej administracji, co zostało powtórzone w Budapeszcie, owa „Europa” w rzeczy samej wywołała wojnę w Ukrainie, prowokując Rosję do inwazji. A czym? Braniem pod uwagę „zaprzestania importu energii ze Wschodu”, co zdaniem wiceprezydenta USA było błędem. W dodatku Europa – która nie uczestniczy nawet w negocjacjach pokojowych – jest rzekomo głównym hamulcowym procesu dyplomatycznego. To przez Brukselę nadal giną ukraińscy cywile. Można by dojść do wniosku, że winna jest też sama Ukraina, która zdaniem wiceprezydenta „próbuje przechylić szalę w wyborach w USA”.

Zadziwia zwłaszcza to ostatnie zdanie: Vance obawia się, że demokracja w jego kraju jest zagrożona przez kraj o jednej dziesiątej populacji USA, walczący od ponad czterech lat w wojnie na wyniszczenie, w dodatku bez specjalnego grawitasu politycznego czy zdolności wywiadowczych.

Vance to nie Trump

To wszystko może brzmieć absurdalnie, ale jest wiernym zapisem kończącej się dzisiaj wizyty J.D. Vance’a w Budapeszcie. Wiceprezydent USA, przechodzący spory kryzys wizerunkowy z powodu wojny w Iranie, wyglądał u boku Orbána jak polityk przestraszony i niedoświadczony. Słowa o rzekomej unijnej ingerencji w węgierskie wybory albo o Ukraińcach, którzy mieliby wpływać na kształt amerykańskiego Kongresu, trudno oczywiście brać poważnie – co nie znaczy, że nie stanowią fundamentalnego elementu światopoglądu MAGA i samego Vance’a.

Faktem jest, że Unii i Ukrainy organicznie nie znosi. Prędzej jest to jednak projekcja jego własnych lęków. Już w grudniu, kiedy Amerykanie opublikowali Narodową Strategię Bezpieczeństwa, Gideon Rachman napisał w „Financial Times”, że ten dokument jest właśnie projekcją lęków. Amerykanie spod znaku MAGA oskarżają w nim Europę o to, że jest tym, czym wcale nie jest, ale czym sami boją się stać. Słowa Vance’a w Budapeszcie pokazują, że ta diagnoza była jak najbardziej trafna.

Sama wizyta nie ma jednak zbyt wielkiego znaczenia dla preferencji węgierskich wyborców. Vance to nie Donald Trump, jego popularność i rozpoznawalność ma ograniczony wymiar w Europie. Każde kolejne badanie pokazuje, że elektorat raczej podjął już decyzję, co zrobić w najbliższą niedzielę. Obawy z weekendu, dotyczące ewentualnego odwołania wyborów i wprowadzenia stanu wyjątkowego z powodu podejrzenia zamachu na gazociąg Turkstream, też poszły w niepamięć. Serbski wywiad poinformował, że nie ma żadnych dowodów na udział Ukrainy w całym wydarzeniu. Oczywiście na ostatniej prostej wiele może się jeszcze wydarzyć, ale trudno spodziewać się ruchów drastycznych, nawet ze strony będącego pod ostrzałem Orbána.

Jak Orbán z Putinem

Najnowsze sondaże przewidują blisko dwucyfrowe poparcie dla opozycyjnej partii TISZA, która w modelach stworzonych przy użyciu metody Monte Carlo ma ponad 72 proc. szans na zwycięstwo. Szanse na większość konstytucyjną, która pozwoliłaby zniwelować przewagę instytucjonalną Fideszu, wynoszą w tej chwili 13 proc. Nawet lojaliści Orbána muszą to brać pod uwagę. Tak samo jak Władimir Putin i Siergiej Ławrow, którzy – jak wynika z najnowszych doniesień – traktują węgierski rząd jak swoich pomagierów, wykorzystując ich naiwność.

We wtorek Bloomberg opublikował zapis rozmów telefonicznych Orbána z Putinem. Węgierski premier oferował swoje usługi jako przedstawiciela i akuszera rosyjskich interesów w Brukseli. Jak dodał, „będzie jak mysz, która uwolni lwa z klatki” – w tej metaforze oczywiście lwem jest Rosja, zniewolona przez sankcje.

Z kolei w środę europejska odsłona portalu Politico ujawniła, że w grudniu Rosja i Węgry zawarły w Moskwie 12-punktowe porozumienie o współpracy. Dotyczy ono wielu obszarów polityki, jak polityka zdrowotna, sport, dyplomacja kulturalna, ale też energetyka i infrastruktura. Działo się to oczywiście w ramach jednej z wielu wizyt szefa węgierskiego MSZ Peter Szijjarto w Rosji.

O regularnych podróżach ministra do Moskwy i Petersburga informowaliśmy w „Polityce” już w ubiegłym roku, alarmując, że wynosi z Brukseli informacje. Dzisiaj więcej szczegółów tej historii w drugiej części swojego śledztwa ujawniło konsorcjum VSquare, wskazując, że Rosjanie przez ostatnie lata hodowali sobie w Unii dwa konie trojańskie – Węgry i Słowację. Putin wspominał m.in. o prawach węgierskiej mniejszości w Ukrainie jako potencjalnym powodzie zablokowania jej członkostwa w UE.

Szijjarto z kolei oferował Ławrowowi kopie unijnych dokumentów (które później okazały się tekstami jawnymi) za pośrednictwem węgierskiej ambasady w Moskwie. Wreszcie – za pomocą ewentualnego weta Budapesztu i Bratysławy Rosjanie chcieli pozbyć się restrykcji na import ich ropy i gazu.

Zwłaszcza to ostatnie zdanie brzmi zaskakująco podobnie do słów, które na Węgrzech wypowiedział J.D. Vance. W takim kontekście geopolitycznym trudno o mylną interpretację. Orbán realizuje politykę Kremla, amerykańska administracja w tym pomaga.

Najzabawniejsze w całej tej paradoksalnej opowieści jest to, że Orbán i Szijjarto z tym romansem z Putinem mogą zostać jak przysłowiowy Himilsbach z angielskim. Wybory raczej przegrają, choć władzy mogą nie oddać. Rosjanie czy Amerykanie zapewnią im przetrwanie, ale nie reżimowi czy strukturom władzy. W Unii nie mają już czego szukać. Chińskie inwestycje też nie przynoszą obiecanych korzyści. Okazuje się, że służalczość wobec potężniejszych partnerów na dłuższą metę się nie opłaca. Może polska prawica wyciągnie wnioski?

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Alergia na wiosnę. Cierpi aż 12 mln Polaków. Leczą się u naturopatów, problem jest gigantyczny

Już 12 mln Polaków zmaga się z wiosennymi alergiami. Gdy konwencjonalna medycyna oferuje lata leczenia, gabinety naturopatów obiecują odczulenie bez igieł i bólu. Dlaczego łatwiej uwierzyć w magię niż w naukę?

Paweł Walewski
31.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną