1551. dzień wojny. Jak przeputać błyskotliwy sukces taktyczny i strategicznie nie osiągnąć niczego
Rosjanie zdecydowali się postraszyć Ukrainę dużym uderzeniem na Kijów. Skoncentrowano się na stolicy, zakładając, że ewentualne demonstracje za zakończeniem wojny będą tam dla władz o wiele groźniejsze niż w Odessie. W kierunku Kijowa poleciało równo 600 bezpilotowców rodziny Shahed (Gerań, Gerbera itp.), z których zestrzelono 549. Ponadto Rosjanie użyli 30 rakiet balistycznych Iskander-M (zestrzelono 11), 54 pocisków skrzydlatych Ch-101, 3M14 Kalibr i Iskander-K (zestrzelono 44), a także dwóch pocisków aerobalistycznych Ch-47M2 Kindżał i trzech hipersonicznych 3M22 Cyrkon, które doleciały do celu. Liczba ofiar jest wciąż ustalana; do tej pory doliczono się czterech zabitych i wielu rannych.
To jednak nie wszystko. Rano na Ukrainę spadła rakieta Oresznik. Miała to być odpowiedź na uderzenie ukraińskich dronów na internat Starobielskiej Wyższej Szkoły Zawodowej (w nocy z 21 na 22 maja 2026 r.). Rosjanie, oskarżając Ukraińców o zabicie 21 osób, zapomnieli dodać, że ofiary miały 19–24 lata i szkoliły się na droniarzy w jednostce wydzielonej z Centrum Zaawansowanych Technologii Bezzałogowych „Rubikon”. To rosyjski odpowiednik ukraińskich „Ptaków Madziara” i to w niego celował Kijów.
Rakieta balistyczna średniego zasięgu Oresznik to w rzeczywistości konwencjonalna odmiana pocisku RS-26 Rubież, będącego z kolei skróconą wersją strategicznej rakiety RS-24 Jars. Standardowo Rubież przenosi cztery głowice MIRV o mocy od 150 do 300 kiloton lub jedną głowicę termojądrową. Wersja Oresznik ma przenosić ładunek konwencjonalny, choć w dotychczasowych atakach używano makiet bez ładunku. Tym razem rakieta nie trafiła w Kijów, lecz spadła na miejscowość Biła Cerkiew, ok. 75 km na południe od stolicy. Pocisk zniszczył kilkanaście samochodów, jednak według doniesień silnej eksplozji nie było.
Oresznik to przede wszystkim ostrzeżenie dla Europy: dziś bez głowicy, a jutro na zachodnie miasta może polecieć nuklearna Rubież. Te rakiety służą do straszenia. Nikt nie użyje broni jądrowej, ale Kreml chce wymusić na Zachodzie odcięcie pomocy dla Kijowa, by móc zająć Ukrainę i iść dalej – w stronę państw bałtyckich lub Polski.
Działania lądowe i walka o przewagę dronową
Na południe od Borowej Ukraińcy pod silną osłoną własnych dronów przeprowadzili kontratak pancerny i spenetrowali rosyjską obronę na głębokość 5 km. Rosyjskie nagrania potwierdzają starcia i straty na zniszczonych pozycjach. Uderzenie zaskoczyło elementy 3. i 144. Dywizji Zmechanizowanej Gwardii z 20. Armii podczas przegrupowania. Z kolei w obwodzie sumskim ukraińskie wojska oczyściły z sił wroga wieś Riasne. Walki trwają też w obwodzie charkowskim i pod Kupiańskiem, ale poza rosyjską infiltracją nie odnotowano tam zmian – przenikający Rosjanie zostaną zapewne wkrótce zlikwidowani.
Na kluczowym kierunku kupiańsko-słowiańskim Rosjanie próbują intensyfikować działania. Podciągają artylerię i pojazdy pancerne, ale obawiają się wprowadzić je do walki z racji ukraińskiej przewagi dronowej. Ukraińskie bezpilotowce skutecznie niszczą rosyjskie środki ogniowe, a przede wszystkim paraliżują logistykę: transporty zaopatrzenia, składy amunicji, bazy remontowe i stanowiska dowodzenia. Szczególnym celem są warsztaty montażowe dronów i stanowiska ich operatorów. Walka o przewagę w tym segmencie nabrała w tej wojnie takiego samego znaczenia jak tradycyjne wywalczenie przewagi w powietrzu czy przewagi informacyjnej.
Ukraińska obrona trzyma się twardo i nic nie wskazuje na to, by miała w najbliższym czasie pęknąć. Do złamania ducha ukraińskiego społeczeństwa wciąż jest daleko, choć to stan niemierzalny i trudny do uchwycenia.
Cel strategiczny
Sztuka osiągania zakładanych celów strategicznych – czyli końcowego stanu, jaki chcemy uzyskać po użyciu siły militarnej – wcale nie jest łatwa. Samo dysponowanie potęgą wojskową nie gwarantuje sukcesu. W teorii wojskowości istnieją dwa podejścia: określanie celów punktowych, skonkretyzowanych (Objective Based Operations – OBO) oraz opisywanie pożądanego efektu końcowego (Effect Based Operations – EBO).
Gdy w 2003 r. Amerykanie zrealizowali w Iraku wszystkie cele punktowe wyznaczone przez polityków, okazało się, że nie przełożyło się to na oczekiwany efekt końcowy, czyli stan stabilizacji. Zaczęto wtedy intensywnie rozwijać koncepcję EBO. Towarzyszyło jej odkrycie, że środowisko międzynarodowe to system naczyń połączonych: politycznych, ekonomicznych, militarnych czy społecznych. Państwo dysponuje instrumentami oddziaływania na te obszary, opisanymi akronimem DIME (Diplomatic, Informational, Military, Economical). Użycie narzędzi z jednej grupy wywołuje mniejsze lub większe skutki we wszystkich pozostałych. Istotą EBO stało się więc prognozowanie rozwoju sytuacji z uwzględnieniem tych zależności.
Te mechanizmy działały od wieków, jednak dopiero w XXI w. opracowano model analityczny nazwany operacyjną oceną sieciową (ONA – Operational Net Assessment). Pozwala on prognozować rozwój wypadków (COA – Course of Action) w zależności od własnych kroków i reakcji nieprzyjaciela. Mimo zbudowania tego aparatu naukowego Amerykanie nadal z niego nie korzystają lub robią to nieumiejętnie. Często wojskowi analizują sytuację trafnie, ale politycy nakazują działania po swojemu. W efekcie po spektakularnych sukcesach taktycznych w XXI w. USA lądowały w strategicznym ślepym zaułku. Doskonałym przykładem są udane ataki lotnicze na Iran, po których Waszyngton jest obecnie skłonny podpisać z Teheranem układ mniej korzystny niż porozumienie JCPOA wynegocjowane przez Baracka Obamę w 2015 r. bez użycia siły. W Afganistanie z kolei cała operacja skończyła się pełną klapą, a wysiłek i życie tysięcy żołnierzy NATO poszły na marne.
Rosyjski plan: dominacja zamiast okupacji
Władimir Putin nie chciał popełnić tego samego błędu. Od początku zakładał, że samo militarne przejęcie terytorium Ukrainy nie wystarczy i skończy się tak, jak amerykańska okupacja Iraku czy Afganistanu. Rosjanie nie chcą klasycznej okupacji, lecz trwałej dominacji. Dążą do zniewolenia Ukraińców, zindoktrynowania ich, zastraszenia i odpowiedniego „wytresowania”.
Dokładnie tak samo Sowieci postąpili z Polską w latach 1944–50. Po spacyfikowaniu podziemia zbrojnego i opozycji, za pomocą propagandy i indoktrynacji wpoili społeczeństwu przekonanie, że sojusz z ZSRR to jedyna i najlepsza droga rozwoju. Ta „tresura umysłów” okazała się tak skuteczna, że rządzenie można było w pełni powierzyć miejscowym kolaborantom. Moskwa nie musiała utrzymywać kosztownej okupacji, za to bez przeszkód czerpała z zasobów ekonomicznych, przemysłowych i militarnych podporządkowanego państwa (choćby w ramach Układu Warszawskiego).
Dzisiejszym marzeniem Kremla jest takie złamanie ukraińskiej woli, by obywatele z rezygnacją pogodzili się z losem i uznali, że ich miejsce jest przy Rosji, a Zachód to samo zło. Moskwa próbuje zaszczepić narrację, że Europa i USA jedynie wykorzystały Ukrainę, popychając jej młodzież do walki, a same umyły ręce. Na takim gruncie można zbudować nie tylko lojalność wobec Kremla, ale też głęboką frustrację i niechęć do Zachodu. W ten sposób Rosja mogłaby bez przeszkód wprząc potencjał Ukrainy we własną machinę wojenną i w przyszłości wspólnie ruszyć na państwa zachodnie.
Cierpliwość się kończy
Okazało się jednak, że złamanie społeczeństwa ukraińskiego to nie taka prosta sprawa. Ataki na miasta setkami dronów i pocisków, krwawe walki na froncie, strata bliskich i życie w nieustannym stresie nie wystarczyły, by rzucić hardy naród na kolana.
Dlatego Rosjanie postanowili mocniej uderzyć w obszar kognitywny. Wraz z ewentualnym upadkiem Słowiańska i Kramatorska prowadzona w Ukrainie ofensywa informacyjna osiągnie swój szczyt. Mamy tu do czynienia z unikalną operacją hybrydową, w której konkretne działania wojskowe są ściśle sprzężone z kampanią dezinformacji i manipulacji.
Jednocześnie możemy spodziewać się nasilenia rosyjskich działań pozawojennych, a nawet kinetycznych w naszych krajach. Wszystko po to, by ostatecznie zniechęcić Zachód do pomagania Ukrainie – ale to już oddzielna historia.