Trzy razy naj
Mundial rusza. Na piłkę może nie wystarczyć miejsca. Byle tylko Trump nie dolał jakiejś benzyny
Niektóre bilety na finał, który odbędzie się 19 lipca na stadionie MetLife w stanie New Jersey, kosztowały tydzień temu ponad 35 tys. dol. (ok. 127 tys. zł) – i bynajmniej nie w lożach dla VIP-ów ani w sektorach superwidoczności. A gdy Stany Zjednoczone, Kanada i Meksyk zgłaszały potrójną kandydaturę do organizacji mundialu, maksymalna cena biletu na finał miała wynieść 1550 dol.
Nominalna cena miejsca na górnej trybunie – tzn. o kiepskiej widoczności – podczas inauguracyjnego meczu reprezentacji USA z Paragwajem wyniosła niemal 2 tys. dol. Cena za luksusową lożę na ten sam mecz osiągnęła podobno 112 tys. dol. (podaję tę informację za jedną z hiszpańskich gazet). Kilka dni temu na platformie odsprzedaży ceny biletów na mecz Holandia–Japonia wynosiły 800 dol. (najtańszy) i 7,5 tys. (najdroższy). Na platformie światowej federacji piłkarskiej FIFA za mecz Brazylia–Maroko trzeba zapłacić 6,4 tys. dol. za dwie ostatnie wejściówki, bo pojedynczej system nie pozwalał kupić.
Zaskakują nie tylko ceny, ale też system sprzedaży. FIFA wdrożyła model cen dynamicznych, które zmieniają się w czasie rzeczywistym w zależności od popytu (tak jak ceny biletów lotniczych). Prezes FIFA Gianni Infantino broni takiego rozwiązania, argumentując, że ze względu na potężny rynek odsprzedaży biletów w USA trzeba dostosowywać cenę początkową do wartości, jaką kibice i tak zapłaciliby na platformach wtórnej sprzedaży. Ale to nie koniec. Oficjalna platforma odsprzedaży biletów FIFA pobiera 15 proc. prowizji zarówno od kupującego, jak i od sprzedającego.
Dziennikarze BBC, którzy w kwietniu próbowali rozgryźć ten system, stwierdzili, że nie da się tego zrobić, bo często brakowało informacji o taryfach i liczbie miejsc dostępnych w każdej z kategorii biletowych.