Znów się zaczęło. Po dwóch miesiącach względnego spokoju na linii Izrael–Iran od niedzieli obie strony wymieniają bezpośrednie ciosy. Iran wystrzelił kilkanaście pocisków balistycznych w stronę Izraela, które – według izraelskich źródeł – nie poczyniły większych szkód. W nocy z niedzieli na poniedziałek odpowiedział Izrael, atakując największe irańskie miasta i dużą rafinerię. Nowa eskalacja nie jest na rękę prezydentowi Donaldowi Trumpowi, który liczył na przełomowe porozumienie z Iranem i wzywał premiera Beniamina Netanjahu do wstrzemięźliwości.
Najnowsza sekwencja jest następująca. W środę 3 czerwca Biały Dom ogłosił rozejm między Libanem a Izraelem. Tamtejszy kryzys rozpoczął się, gdy Hezbollah zaatakował z Libanu północny Izrael w ramach solidarności z Iranem zaatakowanym z kolei przez amerykańsko-izraelską koalicję. Zeszłotygodniowy rozejm przewidywał, że Izrael powstrzyma się od ataków na Bejrut, jeśli spokój zachowa również Hezbollah. Problem polega na tym, że rozejm zaakceptował libański rząd, ale nie Hezbollah. Ta szyicka organizacja próbuje bronić swoich pozycji w południowym Libanie, gdzie coraz głębiej wchodzi armia izraelska, równając kolejne wioski z ziemią i najwyraźniej przygotowując się do dłuższej okupacji. Spychany Hezbollah ostrzeliwuje północny Izrael. A Izrael bombarduje południowe przedmieścia Bejrutu, gdzie – jego zdaniem – Hezbollah ma swoje główne bazy.
Teraz szerszy kontekst. Trwają negocjacje między Iranem a Stanami Zjednoczonymi – głównie w sprawie odblokowania cieśniny Ormuz i – w dalszej perspektywie – przyszłości irańskiego programu nuklearnego. Trump jednego dnia potrafi napisać, że porozumienie jest o krok albo że nie ma na nie szans. Trudno jednak nie zauważyć, że amerykańskiemu prezydentowi bardziej na nim zależy, głównie z powodów ekonomicznych i prestiżowych.