Po niedzielnych wyborach premier Nikol Paszynian utrzymał samodzielną większość parlamentarną (jego partia Umowa Społeczna zdobyła 49,81 proc. głosów). Chce ją wykorzystać, by kontynuować marsz ku Unii Europejskiej i demontaż systemu oligarchicznego.
Na podpisy czekają porozumienie pokojowe z wrogim dotąd Azerbejdżanem i normalizacja stosunków z Turcją, nieumiejącą się rozliczyć z ludobójstwa Ormian sprzed ponad stu lat. Rosja, formalnie wciąż sojuszniczka, pozostanie strategicznym partnerem, choć bardziej jako dostarczycielka gazu ziemnego i odbiorczyni produktów rolnych niż – jak przez dwa minione stulecia – imperialna zwierzchniczka.
Udział w sukcesie Paszyniana mają szefowie unijnych rządów, którzy wiele w niego zainwestowali, w maju pokazali się w Erywaniu na wspólnym szczycie. Do opuszczającego rosyjską strefę premiera przykładają mało europejską miarę. Świadomi stawki aprobują, że w zwalczaniu rosyjskich wpływów posługuje się chwytami z katalogu autokratów, m.in. chętnie wysyła swoich przeciwników do aresztów. 51-letni były dziennikarz i dawny lider antykorupcyjnych protestów ma też „pełne poparcie” prezydenta Stanów Zjednoczonych. Z reguły Donald Trump w Europie wspiera zwolenników słabej Unii i miłośników Rosji. Tu robi wyjątek, bo przeważa strategiczne położenie Kaukazu, także jako korytarza tranzytowego do Azji.
Paszynianowi nie przeszkodziła niedawna utrata na rzecz Azerbejdżanu Górskiego Karabachu ani exodus 120 tys. tamtejszych Ormian. Sympatii wyborców nie była też w stanie odwrócić Rosja, próbująca wypaczyć wyniki metodami wykorzystywanymi dopiero co w Mołdawii i Rumunii. Prorosyjską opozycję, kierowaną przez miliardera z majątkiem zrobionym w Rosji i przez bliskiego Kremlowi byłego prezydenta, wsparto akcją dezinformacyjną oraz embargiem na warzywa i alkohole.