Big Father
Czy Władimir Putin zostanie kimś w rodzaju przywódcy duchowego narodu, rosyjskim ajatollahem Chomeinim czy Deng Xiaopingiem? Kimś może nawet bez formalnej władzy, trzymającym jednak wszystko mocną ręką?

 

  
 

Jeszcze nie tak dawno wydawało się, że 2008 r. będzie przełomowym w rosyjskiej polityce. Władimir Putin powtarzał, że nie zamierza zmieniać konstytucji i ubiegać się o trzecią kadencję. Udało mu się do tego przekonać nawet najbardziej nieufnych krytyków. Najciekawsze było to, kto w rzeczywistości zostanie następcą rosyjskiego prezydenta i stanie na czele kraju na najbliższe cztery, a może i osiem lat; kto zostanie nowym Putinem. Państwowe kanały telewizyjne nadawały reportaże z udziałem walczących o prezydencką przychylność pierwszych wicepremierów – Dmitrija Miedwiediewa i Siergieja Iwanowa. Analitycy próbowali zrozumieć, do jakich klanów na Kremlu i wokół niego należy każdy z prawdopodobnych następców i czy nie pojawi się ktoś jeszcze – trzeci, ten prawdziwy sukcesor.

Intryga skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy Władimir Putin zdymisjonował rząd Michaiła Fradkowa i nowym szefem gabinetu – jak zwykle niespodziewanie – został stary petersburski współpracownik prezydenta Wiktor Zubkow. Być może to właśnie on jest tym trzecim? Być może to właśnie nowy premier – pełniąc funkcję szefa rządu lub głowy państwa – zostanie prawdziwym strażnikiem władzy Putina i petersburżan, zaniepokojonych, że będą musieli opuścić Kreml po wygaśnięciu mandatu swojego najwyższego protektora?

Jednakże po tym jak na zjeździe Jednej Rosji Władimir Putin ogłosił, że gotów jest otwierać ogólnorosyjską listę wyborczą partii (w rezultacie został na niej jedynym kandydatem), jak uszczęśliwieni członkowie tej formacji porozwieszali we wszystkich miastach i wsiach propagandowe billboardy z wymyślonym przez nich planem Putina, o potencjalnym następcy praktycznie się już nie mówi. Mało kogo interesuje, kto nim będzie – Miedwiediew, Iwanow, Zubkow czy może jeszcze ktoś inny. I to nie dlatego, że w Rosji nie będzie wyborów prezydenckich; nie dlatego, że Władimir Putin nie dotrzyma słowa i będzie w nich startować, lecz dlatego, iż stały się jasne polityczne intencje rosyjskiego prezydenta i jego otoczenia. Pozostać u władzy nie łamiąc konstytucji, ale bazując na putinowskim autorytecie.

Życie polityczne Rosji znowu skoncentrowało się nie na domniemanych czy prawdziwych następcach, lecz na osobie samego prezydenta. Najwyraźniej postanowił, że sam zostanie głównym strażnikiem własnej spuścizny politycznej. I gwarantem tego, że nawet po opuszczeniu najważniejszego gabinetu w państwie jego władzy nic nie zagrozi. Właśnie to będzie najważniejszą intrygą polityczną 2008 r. Łatwiej wymyślić, niż zrobić. W Rosji nie ma już monopartii i jeszcze nie ma tradycji politycznej. A w rosyjskiej konstytucji nie ma takich funkcji, które mogłyby zmusić kogokolwiek do wykonania dyspozycji Władimira Putina, gdyby była ona sprzeczna z wolą urzędującego prezydenta.

Władimir Putin, co prawda, ma przykład Borysa Jelcyna, też często porównywanego do Deng Xiaopinga. W przeddzień jego rezygnacji przepowiadano, że właśnie takie polityczne funkcje chciałby zachować po opuszczeniu Kremla. Rzeczywiście, po odejściu na polityczną emeryturę i oddaniu władzy swojemu następcy pierwszy prezydent Rosji przez długi czas pozostawał największym autorytetem dla wielu urzędników i przedsiębiorców. Do jego daczy w podmoskiewskiej Barwisze na konsultacje z nim i członkami jego rodziny dyskretnie przyjeżdżał zarówno Putin, jak i poszczególni członkowie rządu.

Wszelako Borys Jelcyn nigdy nie pretendował do roli duchowego przywódcy narodu. Po ustąpieniu Jelcyn praktycznie zniknął z publicznej polityki, pojawiając się jedynie na turniejach tenisowych czy sporadycznie udzielając wywiadów. Można powiedzieć, że z publicznego punktu widzenia wiódł on życie typowego politycznego emeryta, a nie narodowego lidera. Natomiast Władimir Putin będzie musiał wpływać na sytuację. Za pomocą telewizji. Tej samej, która wykreowała go na wszechmocnego gospodarza kraju, znanego wszystkim Rosjanom. Eksprezydent nie będzie jednak miał takich możliwości sterowania mediami, jakie miał, gdy zasiadał w kremlowskim gabinecie i pociągał szefów telewizji za sznurki. Bez względu na to, jak marnym i nieinteresującym człowiekiem okaże się nowy szef państwa, magia stanowiska może być silniejsza od wskazówek duchowego przywódcy.

Świadczą o tym osobiste doświadczenia Putina. Do momentu powołania na stanowisko premiera, o istnieniu tego mało wyrazistego, miniaturowego urzędnika wiedziano tylko w wąskim kręgu osób, które głęboko siedzą w rosyjskiej polityce. Nawet w fotelu dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa – nie mówiąc o gabinecie szefa rządu – Putin wywoływał konsternację. Dlaczego nieznanego pułkownika, który nie osiągnął stopnia generalskiego, postawiono na czele potężnych służb specjalnych?

Jednak już po kilku miesiącach od wyboru Putina na prezydenta Rosji odkryto w nim mądrość państwową, zdecydowanie, seksapil i urok osobisty. Zaczęto o nim kręcić filmy i pisać książki. Popularny girlsband nawet nagrał o nim hit z przydechami. Po ośmiu latach od przejęcia przez niego władzy pracownicy telewizji i intelektualiści przekonują nas, iż bez Putina nie można myśleć o stabilizacji w Rosji. Również sam prezydent, tłumacząc chęć dalszego uczestniczenia w życiu politycznym po odejściu ze stanowiska, używa tego samego argumentu – powołuje się na potrzebę zachowania stabilności.

I tu właśnie pojawia się pytanie – dlaczego następcy Władimira Putina nie miałaby się zdarzyć taka metamorfoza? Społeczeństwo rosyjskie przywykło szanować władzę, a pod rządami Putina zrobiono wszystko, by nadać temu przyzwyczajeniu rangę czynu patriotycznego. Dlaczego więc jeszcze dzisiaj nieznany trzeci prezydent Rosji już po kilku miesiącach nie miałby wydać się społeczeństwu zdecydowanym, profesjonalnym, seksownym i mądrym, prawdziwym mężem stanu?

Niewiele potrzeba, aby tak się stało – funkcja prezydenta, ciągła obecność w telewizji, strofowanie nieudolnych urzędników oraz ojcowski stosunek do narodu. Przy tworzeniu wizerunku Putina potrzebny był większy wysiłek. Popularność prezydenta rosła na tle wojny na Kaukazie i walki z terroryzmem, ale to były czasy konkurencji politycznej. Trzeba było przekonać Rosjan, że ten nieznany im człowiek jest o wiele lepszy na stanowisku szefa rządu czy głowy państwa niż weterani rosyjskiej sceny politycznej.

Rosja pod wodzą Władimira Putina została pierwszym w historii imperium telewizyjnym. Potęga państwa, jego dobrobyt, wpływ na światową politykę, sukcesy na Kaukazie, stabilizacja wewnętrzna – o wszystkim tym dowiedzieć się można przede wszystkim z telewizji, z informacji czytanych przez spikerów, z wystąpień polityków i urzędników. Nie zaryzykowałbym jednak twierdzenia, że każdy Rosjanin może znaleźć potwierdzenie tych informacji w swoim codziennym życiu.

Mało tego, to właśnie tryskające petrodolarami lata putinowskich rządów przekształciły Rosję w kraj wyobcowanych. Mieszkańcom Dalekiego Wschodu trudno jest wyobrazić sobie, jak funkcjonuje centrum kraju. Bilet lotniczy z Władywostoku do Moskwy kosztuje kilka tysięcy dolarów.

Natomiast mieszkańcy Moskwy wyjeżdżają za miasto czy do ościennych obwodów jedynie na dacze lub w celach turystycznych. Oczywiście mają świadomość, że życie w stolicy różni się od życia w innych regionach Rosji, jednak jeszcze od czasów radzieckich uważają to za naturalną kolej rzeczy i nie dziwią się głównemu marzeniu każdego mieszkańca prowincji – żeby przeprowadzić się do Moskwy i pożyć jak człowiek. Z kolei mieszkańcy luksusowych willi przy Szosie Rublowsko-Uspienskiej z trudem wyobrażają sobie, jak żyją zwyczajni moskwianie, którzy rzadko odwiedzają chełpiące się hollywoodzkim bogactwem Żukowki i Barwichy. O narastających konfliktach narodowościowych, o nieakceptowaniu uchodźców z kaukaskich republik Rosji lepiej nie wspominać – grzeszą tym i naród, i władza.

Taki kraj na jakiś czas rzeczywiście może zjednoczyć tylko telewizor. A w telewizji mówią, że zjednoczycielem państwa jest Władimir Putin.

Prawdę mówiąc, Putin już funkcjonuje jako duchowy przywódca, a nie głowa państwa. Szeregowy obywatel Federacji Rosyjskiej z wielkim trudem może sobie wyobrazić, że lider polityczny powinien nie tyle pozować do zdjęć telewizyjnych, ile pracować z dokumentami, kreślić koncepcje rozwoju kraju i do znużenia dyskutować ze sztabem doradców. Oczywiście oprócz tego, od czasu do czasu powinien występować publicznie – na konferencjach prasowych, udzielając wywiadów czy wygłaszając orędzia do narodu.

Tak zazwyczaj postępują prezydenci. Duchowy przywódca – to zupełnie inna postać. Władimir Putin uczestniczy w jednej wielkiej konferencji prasowej w roku, na której zbierają się wszyscy akredytowani w Moskwie zagraniczni korespondenci, przedstawiciele największych stołecznych mediów oraz dziennikarze z terenu. Do tego dochodzi doroczna, emitowana na żywo telekonferencja z rodakami – coś na wzór rozmowy z Wielkim Bratem z powieści Orwella czy popularnego reality show o tym samym tytule. Oba te wydarzenia są dokładnie wyreżyserowane. Pytania są w miarę możliwości kontrolowane – podobnie jak odpowiedzi prezydenta. Widzowie, mający niepowtarzalną możliwość oglądania tego na kilku kanałach naraz, obserwują nie prawdziwego, rozwijającego się, mającego wątpliwości polityka, lecz sprawnego kreatora wirtualnej rzeczywistości.

Po ośmiu latach prezydentury bez odpowiedzi pozostaje zasadnicze pytanie: Who is mr Putin? Wiemy, jak prezydenta Rosji chce postrzegać jego najbliższe otoczenie. Wiemy też, jak on sam chciałby wyglądać w naszych oczach. Jednakże nie wiemy nic o Putinie człowieku i Putinie polityku. Jego małżeństwo, dzieci, prawdziwe poglądy polityczne, ludzkie sympatie – wszystko to jest albo starannie skrywane, albo pokrywane gęstą warstwą telewizyjnego pudru. Jednocześnie wszystko to okazuje się bez znaczenia w badaniach socjologicznych i sondażach wśród wyborców. Rosjanie są gotowi głosować na to, co wiedzą o Władimirze Putinie, nie zaprzątając sobie głowy zbędnymi szczegółami. Co jeszcze potrzeba, aby być duchowym przywódcą?

Inna sprawa, że w 2008 r. rosyjskie elity polityczne będą musiały zgodzić się na rozdzielenie funkcji duchowego przywódcy i prezydenta państwa, co w obecnym systemie władzy wydaje się niemożliwe. Prezydenta słuchają i szanują właśnie dlatego, że jest on odzwierciedleniem nie republikańskiej, lecz pseudomonarchistycznej władzy.

Prezydent z definicji nie może być pozbawiony oblicza dobrego batjuszki – ostrego, lecz sprawiedliwego. Właśnie taki obraz jest jego tarczą ochronną. Wiara w dobrego prezydenta jest obecnie istotą wzajemnych relacji społeczeństwa i władzy. Następca Władimira Putina – nieważne, kto nim będzie – nieuchronnie będzie musiał konkurować ze swoim poprzednikiem już nie o fotel prezydenta, lecz o miejsce duchowego przywódcy narodu.

Witalij Portnikow z Moskwy
Tłumaczył Jerzy Malczyk

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj